Świat ubrany w słowa

Świat ubrany w słowa

Miałem dziewięć lat kiedy usłyszałem, że w języku jakiego używasz odbija się twoja rzeczywistość. Wierzę w to do dzisiaj.

To słowa jakich używamy zdradzają jakie są nasze wartości cele i obawy. Nikt kto żyje wspomnieniami, nie używa często słowa „przyszłość”. Ktoś kto nie chce wyjechać na wakacje do Argentyny, nie wymawia na co dzień tego słowa. Żebracy nie używają zwrotu: „zarobię miliardy”, tylko w przerwach pomiędzy sikaniem pod siebie włóczą się za kimś kogo nazywają kierownikiem i chcą kilkudziesięciu groszy do zawsze brakującej flaszki. Nasze ulubione słowa, to zdjęcie naszego życia. Bardziej realne niż fotki wrzucane przez Instagram.

Słuchanie tego co się mówi, to najlepsza rzecz jaką można zrobić z zapiętymi spodniami. Sam najczęściej używam takich słów jak:

Liczby i fakty

Używam ich do opisywania osiągnięć. To liczby są jednym z wyznaczników prawdy. Ktoś ci mówi, że jesteś głupi, ale wiesz że masz IQ 135? To łatwo jest to olać. Zawiedziona dziewczyna mówi ci, że nikt nie zechce z tobą być, ale kiedy wiesz że masz w komórce siedem numerów dziewczyn, które możesz zamawiać jak pizzę, to możesz mieć gdzieś jednostkową opinię. Działa to też w drugą stronę kiedy słyszysz o swoich osiągnięciach, ale nie da się ich zmierzyć. Dla mnie jeśli sukcesu nie da się ująć w liczbach, to znaczy że on nie istnieje.

Lubię

Wczoraj słuchałem wystąpienia dziewczyny, która podniosła do góry kalendarz. Spodziewałem się, że powie: „Używam go do zapisywania spotkań i rzeczy, o których muszę pamiętać”. Jednak ona powiedziała zdanie tak niespotykane jak murzyn w szeregach Ku Klux Klanu:
- To mój kalendarz. Używam go do planowania czasu i zapisuję w nim same przyjemne rzeczy, które będę robić przez najbliższy tydzień.
Moim zdaniem to najlepsza rzecz, do której można używać kalendarza, bo nie wiem po co w ogóle planować robienie samych rzeczy, których się nie lubi. To wieje mocnym upośledzeniem i żeby je zwalczać byłby taki głupi ustawowy nakaz robienia trzech przyjemnych rzeczy dziennie. To takie proste: spacer, kawa w swojej ulubionej knajpce, przeczytanie rozdziału jasnej powieści, rozmawianie z przyjaciółmi, gotowanie, zakupy, kreatywne używanie mózgu, wyjście do kina. To ważne, bo im częściej mówisz „Lubię” tym jesteś szczęśliwszy. Serio.

Pieniądze

Nie jest to dla mnie najważniejsza rzecz w życiu, ale odkąd ludziom nie wystarczają korzonki i jagody, jest bardzo ważna. Nie po to żeby sobie kupić lamborghini, a na pewno nie w pierwszej kolejności, ale dlatego, że liczą się dla mnie ich dwa aspekty: po pierwsze są dowodem skuteczności tego co się mówi, robi i jak się żyje, a po drugie pozwalają wpływać na przyszłość, a tylko tam opłaca się patrzeć.

Czuję

To chyba odpowiednik intuicji albo podświadomości. Sam nauczyłem się tak mówić od kobiet. Wcześniej tego nie umiałem i często myślałem o tym, dlaczego chcę coś zrobić, zamiast to olać. Oduczyłem się tego, bo powody żeby coś robić lub przestać to robić, są zawsze tylko dwa: „czuję to” i „nie czuję tego”. Czuję czego chcę, a czego nie chcę i zauważyłem, że opłaca się za tym podążać.

To jest proste!

Nie wiem kiedy ostatni raz powiedziałem, że coś jest trudne. Kiedy mam coś zrobić, to ląduje to w jednej z dwóch kategorii:
- proste
- do zrobienia później.
Tak jest lepiej, bo wszystko jest proste, tylko do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć i zwiększyć swoje możliwości. A jak coś mimo wszystko jest trudne? To działa tylko w teorii, ale najczęściej nawet w niej występują zgrzyty.

Kobiety

Bo je lubię, bo je znam, bo dużo wniosły do mojego życia, bo byłoby coś ze mną nie tak gdyby było inaczej. Lubię świadomość że są i lubię też w nich to, że dobre kontakty z nimi układają bardzo poprawiają życie. Zapewniają komfort, dobre samopoczucie, dają dużo energii, sprawiają, że nie ma się ochoty na narzekać i irytować jak panie z dziekanatów z syndromem niedopchania.

Entuzjazm

Dla mnie jest to synonim pełnego wykorzystywanego czasu. To takie kredki, których można używać zawsze kiedy się chce i bez względu na to ile się ma lat. Skoro muszę coś robić, to dlaczego chociaż trochę nie zacząć się tym cieszyć? Muszę jeść, więc dlaczego ma nie zaprosić kogoś, żeby zjeść coś razem? Muszę napisać maila, to dlaczego nie pożyczyć komuś dobrego dnia? On się ucieszy, ja się ucieszę – win-win. W urzędzie mogę się uśmiechać do urzędników, bo i tak tam jestem, a przynajmniej nie będę innym psuł humoru. W końcu tak samo bardzo jak nikt nie lubi być obsługiwany przez nadętą krowę, tak samo nie lubi nadętej krowy obsługiwać.

  • Magdalena

    bardzo pozytywnie :-)

  • Damian

    Mega prosty wpis i chyba jeden z lepszych, jakie popełniłeś.

    Life is simple!

  • Liuba

    Tekst wspaniały.
    Ale wydaję mi się że przycisk do Facebook’a nie działa jak należy.

    • Volant

      Rozwiń :)

  • Ksiądz Mateusz

    „jeśli sukcesu nie da się ująć w liczbach, to znaczy że on nie istnieje”
    A być szczęśliwym bez powodu? To dopiero sukces…

    • Volant

      Ale zawsze jest powód :(

  • Tak patrzę coraz więcej pozytywnych tekstów, dobrze, bardzo wiosennie ;)

    „To jest proste!

    Nie wiem kiedy ostatni raz powiedziałem, że coś jest trudne. Kiedy mam coś zrobić, to ląduje to w jednej z dwóch kategorii:
    - proste
    - do zrobienia później.”

    to jest świetne. Dziś po prostu usiadłem i zacząłem pisać pracę magisterską. I wiem, że szybko ją skończę i będę miał z głowy, podczas gdy moi znajomi będą narzekać kilka miesięcy, że praca im idzie jak krew z nosa.

    Co do sukcesu, że zawsze wyrażony jest liczbami to bardzo chciałbym się nie zgodzić, ale brakuje mi argumentów ;)

    Pzdr

    • Guido

      znalazłem argument :)
      Impresjoniści. Gdyby spotkać takiego za życia powiedziałby: maluję znakomite obrazy, nikt przede mną takich rzeczy nie tworzył.
      Pytanie: a jak ujmiesz swój sukces liczbami?
      Odpowiada: No zwyczajnie, nie sprzedałem ani jednego obrazu, nigdzie ich nie chcą wystawiać, nikt też o nich zwyczajnie nie pisze. Żyję więc w skrajnej biedzie, maluję więcej i piję.
      ;)

      • Volant

        Mam kontrprzykład: Sukces w liczbach oczami Maneta

        „Jestem jedną z dwóch osób, które zgłosiły zażalenie na dużą liczbę odrzuconych obrazów w Salonie. Napoleon III osobiście rozkazał wystawienie dzieł 380 autorów w Salonie Odrzuconych. Byłem jednym z głównych wystawców. Salon Odrzuconych cieszył się on ogromną popularnością. Już pierwszego dnia moje „Śniadanie na trawie” obejrzało 7 000 osób zaliczających się do kulturalnej elity i w atmosferze skandalu pisała o nim cała Europa.”

        Zwykle artyści odnoszą sukces za życia i mitem jest twierdzenie, że to nie prawda. Fakt, że nie zawsze żyją bogato, ale najczęściej z własnej winy – patrz: Mozart, Rembrandt.

        Przypadki kiedy jakiś artysta zostaje „odkryty” po śmierci są ekstremalnie rzadkie, a kiedy się zdarzają, to wciąż taki sukces da się podać w liczbach z tym, że jest to bardziej sukces osoby, która wypromowała to dzieło niż jego twórcy. Przykład techniczny – W.H. Hoover nie wymyślił odkurzacza, tylko odkupił patent od człowieka, który nie potrafił go sprzedawać. On zrobił to w setkach tysięcy sztuk więc to jego sukces, a nie wynalazcy i to dlatego na odkurzacz mówi się „hoover”, a nie „spangler”. Tak jest sprawiedliwie.

      • Guido

        Manet to zły przykład. Choć za życia nie sprzedawał się tak jak teraz.

        Wielcy artyści jeśli byli cenieni za życia to zwykle nie za to, z czego sami byli dumni, ale za efekty uboczne swojej działalności.

        Mahler sam głośno mówił:
        „moje czasy jeszcze nadejdą”. Biedny nie był, bo był cenionym dyrygentem i dyrektorem. Ale jako kompozytor uznaniem się nie cieszył. Po premierze pierwszej symfonii napisano: „Jak wielu dyrygentów przed nim, także Mahler okazał się być marnym kompozytorem” (co jest dzisiaj przestrogą dla krytyków). Publiczność reagowała co prawda różnie, entuzjastycznie bądź z pogardą, ale publiczność na koncertach miewa humory… Nie można powiedzieć, żeby Mahler się słabo promował jako kompozytor. Zwyczajnie ludzie w jego czasach byli niezbyt dojrzali do jego muzyki. Powoli w latach ’60 zaczął się przebijać, ale dopiero od niedawna zyskał uznanie jako najwybitniejszy symfonik w historii muzyki. Obecnie na amazon jest ponad 3000 CD z jego muzyką (a skomponował 21 utworów (liczonych jako formy cykliczne)). Nie pomylił się, 100 lat po jego śmierci, jego czas ostatecznie nadszedł.

        Chopina sukces za życia jako kompozytora opierał się na miniaturach: walczykach i salonowych utworkach, których sam nie cenił za bardzo. Jego największe dzieła, kroki milowe w historii muzyki wyprzedzające epokę o 50-70 lat jak polonez fantazja, fantazja f-moll czy sonata wiolonczelowa wtedy były niezrozumiałe, uważane za dziwne, spychane na margines jego twórczości. Chopin wiedział lepiej co ma większą wartość niż publiczność i krytyka jego czasów, historia przyznała mu rację.

        Schubert uznany był tylko w gronie najbliższych przyjaciół, którzy go utrzymywali i umożliwiali komponowanie. Elita doceniła go dopiero 60 lat po śmierci.

        To prawda, że sukces ostatecznie liczby oddadzą dość dokładnie. Jednakże część danych do tego opisu dostępna będzie po czasie, nieraz bardzo długim.

        To jakby spotkać zarozumiałego producenta whisky, twierdzącego, że produkuje najlepszą 50 letnią. Gdy poprosić o degustację bądź wyniki sprzedaży, ten zaprasza nas najwcześniej za 48 lat, bo póki co leżakują dopiero 2 lata ;)

      • Volant

        I z tym producentem whisky to normalna sprawa, bo póki czegoś nie da się sprawdzić, to równie dobrze można to olać. Jednak zwróć uwagę na to, że o ile nie jest to bufonada, to zazwyczaj i tak jest poparta innymi faktami: doświadczeniem, zgromadzoną wiedzą, faktem że ten ktoś robi najlepsze pięcioletnie whisky, więc są jakieś podstawy, „sukcesiki” wyrażane w faktach i liczbach, dzięki którym można wierzyć w jego sukces. Jeśli ich nie ma, to po prostu jest mitomanem.

        Fakt, że ktoś został bardziej doceniony po śmierci nie jest dziwny, bo gdyby oceniać osiągnięcia pod kątem tego, czy po kilkudziesięciu latach są warte więcej, to należałoby wykreślić słowo „sukces” ze słownika. Spójrz – Ford zbudował wielką fabrykę, ale gdyby spojrzeć na nią w dniu jego śmierci i porównać ze stanem dzisiejszym to obecnie jest kilka razy większa, ma kilka razy większy majątek nie mówiąc już o ilości zagranicznych przedstawicielstw. McDonalds w chwili śmierci Raya Kroca i teraz – to samo. A sieć hoteli Hiltona albo marka Coco Chanel?

        Co do Mahlera weź też pod uwagę o ile od jego czasów zwiększyła się liczba ludności+dostęp do utworów, więc oczywiste jest, że więcej osób go słucha. Sukces powinno się mierzyć w czasach, w których się żyje, a nie później. Mówienie że dopiero teraz na Amazonie sprzedaje się 3000 płyt z jego muzyką, to jak mówienie, że Ludwik XIV był biedny, bo nie miał telewizora i samochodu.

  • Guido

    Liczba ludności tu wiele nie zmienia – do filharmonii i tak wchodzi przeważnie 700 do 4 000, a koncerty są przeważnie w weekendy. To nie radio. Natomiast co do płyt – wiadomo, że za czasów Gustawa fonografia się rodziła. Natomiast ja porównuję stan jeszcze z latami ’80 kiedy to mało kto go nagrywał. Największy rozkwit wydawnictw z Mahlerem dokonał się już za naszego życia.

    • Volant

      Wiem, że chodzi do filharmonii stała liczba osób, ale sam dobrze wiesz, że łatwiej znaleźć 700 osób na rynku, który ma 200 000 osób niż na takim, który ma 100 000. Wiadomo, że zależy to od wielu czynników, ale generalnie taką statystykę ciężko przebić :)

  • Jacek

    Zajebisty tekst.

    Aż chce się zacytować Van Dijka i jego Socio-Cognitive Approach towards Discourse czy Lakoffa i jego Conceptual Metaphors, ale po co zanudzać ludzi lingwistyczną teorią, skoro Volant does it better ;)