Przywracanie ustawień fabrycznych

Przywracanie ustawień fabrycznych

Mając wybór łatwo się pogubić. Mając możliwości łatwo pójść w złym kierunku. Słuchając innych łatwo zapomnieć kim się jest i że mniej zwykle naprawdę znaczy więcej.

Problem z dzisiejszym światem jest taki, że od ilości możliwości, informacji i znajomości zapychają nam się mózgi. W czasach kiedy one ewoluowały każda informacja mogła decydować o życiu lub śmierci, a każda znajomość miała wpływ na jakość egzystencji. Dziś już nie jest to aktualne, ale mimo to większość osób intuicyjnie przez dwanaście godzin kolekcjonuje tony zbędnych informacji i nieświadomie je analizuje.

Stale porównując się z innymi łatwo nabrać przekonania, że jest się niewystarczająco dobrym, idzie się w złym tempie, uwierzyć w to, że powinno się być znacznie bardziej zajętym, przestraszyć się konsekwencji podejmowanych decyzji i łyknąć jak młody pelikan zdanie: „Ktoś powinien się tym zająć!” zrzucając z siebie odpowiedzialność.

Ostatnio przeglądałem książkę sir Edmunda Hillary’ego „Widok ze szczytu” opowiadającą o wspinaczce na Mount Everest i chociaż później zdobywano go nie tylko w spektakularny sposób, ale również zjeżdżano z niego na nartach i snowboardzie, to wciąż to on jest tym badassem, który zrobił to jako pierwszy.

Wiecie dlaczego chociaż sam nie jestem fanem podróżowania lubię książki pisane przez podróżników? Ze względu na ich spojrzenie i sposób poukładania priorytetów. Różnica pomiędzy przeciętną osobą, a Edmundem Hillarym jest taka, że z nich dwóch to on jest odpowiednikiem osoby żyjącej na ustawieniach fabrycznych, naturalnych i w pełni biologicznych. To on podczas zdobywania szczytu walczył o przetrwanie, opierał się na ścisłej współpracy z innymi ludźmi i podejmował ryzyko, a nie student zastanawiający się czy lepiej studiować prawo czy jednak zostać na ekonomii.

Dużo ostatnio myślałem o sobie i potrzebowałem poukładać sobie listę priorytetów, a z przeczytania tej książki wyciągnąłem kilka wniosków. Ok, wiem, że swoim skomplikowaniem ani trochę nie są porównywalne z dowolną technologią NASA, ale z drugiej strony mogę się założyć, że o większości z nich zwykle nie pamiętasz.

Jesteś dobry właśnie taki jaki jesteś.

Mamy tendencję do porównywania się z innymi ludźmi, brania do siebie ich zdania i zaniżania własnej wartości, ale jeśli jesteś sam na sam ze swoim celem, to nie ma to znaczenia. Nawet jeśli zgubisz się w lesie to twoje wady przestają mieć znaczenie. Po prostu koncentrujesz się i wykorzystujesz wszystkie umiejętności jakie masz, żeby znaleźć drogę.

Jeśli ty czegoś nie zrobisz to być może nikt tego nie zrobi.

Mamy skłonność do litowania się nad sobą i czekania na decyzje kogoś innego, ale… to nie jest życie innych tylko nasze.

Jeśli nie włożysz w coś wysiłku to nic nie dostaniesz.

Chcesz wejść wyżej to musisz się spocić. Nic nie osiągniesz jeśli wcześniej nie dasz z siebie energii, wysiłku lub emocji.

Liczy się wyłącznie cel, a nie oglądanie kwiatków przy drodze.

Jeśli masz wejść na szczyt to koncentrujesz się na nim. Nie robisz zdjęć na insta. Nie obserwujesz przyrody. Nie siedzisz i nie rysujesz obrazków. Robisz tylko to, co przybliża cię do celu, a jeśli tego nie robi to odrzucasz to, bo…

Każdy zbędny bagaż spowalnia.

Każdy element zbędnego ekwipunku i każda myśl, która sprawia, że czujesz się gorzej, mniej wartościowy i mniej pewny siebie. Życie przeciętnego człowieka swobodnie można porównać do żywotności przeciętnego laptopa. Początkowo jest on szybki, sprawny i wyposażony w najważniejsze funkcjonalności. Nikt tego nie sprawdzał, ale legenda głosi, że nawet Internet Explorer na nich śmigał. Inna sprawa, że od chwili przyniesienia go do domu powoli nabiera on wagi i zamienia się w wysypisko. Jego dysk zapełnia się wspomnieniami w formacie jpg na wypadek gdybyśmy sami o nich zapomnieli. Obrasta on w puste foldery, pliki z dawno usuniętych programów, błędy i wirusy, które wszystkie razem sprawiają, że praca na nim to bardziej kara, niż wyzwanie.

Liczą się tylko osoby, które mogą na tobie polegać i na których ty możesz polegać.

Bo nie chcesz mieć wokół siebie nikogo, kto ciebie nie wesprze i nikt nie chce mieć koło siebie ciebie, jeśli nie jesteś godny zaufania.

Nie mierzysz się z innymi tylko ze swoimi słabościami, czasem i pogodą.

Nie ma wtedy porównywania się, załamywania rączek i płakania po porażce, bo im dłużej płaczesz, tym dłużej idziesz do celu. Jest tylko poczucie mocy sprawczej, bo nie jest ważne to, co ktoś zrobi. Jest istotne tylko to czy ty przetrwasz czy nie.

To same proste zasady i jeśli myślisz, że w innych okolicznościach one nie działają to przykro mi, ale się mylisz.

Przywróć ustawienia fabryczne. Wyrzuć zbędny bagaż. Będzie ci lżej.

Dodaj komentarz

42 komentarzy do "Przywracanie ustawień fabrycznych"

Powiadom o
avatar
100000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Wojtek
Gość

Wielkie prawdy zebrane w kupę i ubrane w piękny garnitur. Świetny tekst !

Adastreia
Gość

To są bardzo proste zasady, które trudno wprowadzić w życie. Jesteśmy tylko ludźmi, i jak sam wspomniałeś, lubimy żalić się nad sobą, lubimy też oglądać kwiatki. Ale chyba czas zastanowić się czy warto :D
Twój blog niesamowicie mnie motywuje do działania. Dzięki! Pozdrawiam.

Nemesis Nave
Gość

Również ostatnio doszłam do wniosku, że jako społeczeństwo jesteśmy przeładowani informacjami, zajmujemy się nieistotnymi pierdołami.

aga
Gość

Kolejny mega pozytywny kop w „cztery litery”:-) dzięki Volant ;-)

trackback
Zwolnij swoje neurony | Dmon.pl

[…] artykułu natchneła, może bardziej zmotywowała dzisiejsza sytuacja życiowa i wpis volanta o Przywracaniu ustawień fabrycznych.Będzie to trochę mieszanka komentarza do wpisu Volanta oraz kilka zdań o społeczeństwie i o […]

Asia1990
Gość

Volant, Volant, Volant dlaczego ja nie mam takich znajomych jak Ty? :)

Pan O
Gość

Nie widzę powodów abyśmy nie zostali znajomymi ;)

Lucass
Gość

Po przeczytaniu artykułu to co napisałeś skojarzyło mi się z ilością znajomych na fejsie. Niby mam ich prawie 500, a i tak utrzymuję kontakt tylko z 10 z nich. Za jakiś czas spotykam jedną z tych 500 osób (nie z tych 10) na ulicy, patrzę jej w oczy, a ona odwraca wzrok w drugą stronę. To daje do myślenia. Przekładając to teraz na ilości niepotrzebnych spraw jakimi się codziennie otaczamy, albo które nas co gorsza bombarduję ze wszech stron czas najwyższy poukładać sobie te sprawy i znajomości i skupić się na konkretach,a nie śmieciach.
Dzięki za kolejny świetny wpis! Pozdrawiam.

Michał Zieliński
Gość

„Nikt tego nie sprawdzał, ale legenda głosi, że nawet Internet Explorer na nich śmigał.” hahha

Krzysiek
Gość

Przyjemny tekst – wyrafinowanie jest w prostocie, hehe! Rozdzielmy tylko relacje od znajomości. Te pierwsze (o których wspomniałeś) to z założenia wąski krąg wyselekcjonowanych Osób. Te drugie warto mieć jak najbardziej różnorodne i jak najliczniejsze – i nie chodzi o sam fakt ich posiadania, ale siłę rażenia (przy szukaniu pracy, organizowaniu czegokolwiek, etc.) Pozdrawiam!

Volant
Gość

Dla mnie to wciąż w kontekście mojego tekstu jedno i to samo, bo jak masz wejść na górę to cieszenie się procesem wchodzenia na nią wciąż składa się w większości ze wspinaczki. Oglądanie kwiatków to już w wielu przypadkach może być zupełnie inny cel. Nie wiem czy jasno to wyjaśniłem, więc daj znać :)

pandarek
Gość

Powołałeś się na przykład, który sprowokował mnie do reakcji, inaczej bym sobie odpuścił ;-) „Cel „i „Proces osiągania celu” to absolutnie nie to samo. Jak przejdziesz cały proces, to cel jest już bez znaczenia, bo stał się już częścią ciebie, albo ty stałeś się częścią celu. We wspinaczce samo wspinanie nie jest największą częścią procesu wchodzenia na jakąś górę. Tyle samo czasu zajmuje (i tak samo jest ważne) słuchanie jak gadają z sobą kamienie, oglądanie miejsc, których wcześniej mógł nikt nie widzieć, czucie odpowiedzialności za osoby, za które odpowiadasz i na które możesz liczyć, brak zajmowania się zbędnym bagażem, bo zostawiłeś go wcześniej. Ba, najwięcej czasu zajmuje samo przygotowanie się do realizacji, które też jest częścią całego procesu. Koncentrowanie się tylko na „celu” doprowadza do sytuacji, w której porzuca się członków ekipy, bo stają się zbędną częścią bagażu, przestaje mieć znaczenie odpowiedzialność za innych i poczucie, że ty także możesz na nich liczyć, wygrywa chęć zmierzenia się z innymi (którzy byli tu wcześniej, albo którzy będą później, już po tobie, więc się nie liczą). Upada więc ta cała misterna układanka, którą oparłeś na przykładzie wspinacza. Qurcze, a wystarczyło tylko inaczej zdefiniować skoncentrowanie się na celu, spojrzeć na to bardziej holistycznie, sorry… ;-)

Lenta
Gość

Przepiękne zdjęcie… :)

Karolina G.
Gość

Wiem, że pytanie nie do mnie skierowane, ale nie mogłam się powstrzymać – wybacz. W pewnym wieku, człapiąc po zboczu tej samej góry po raz kolejny, coś się w środku przełącza i człowiek stwierdza, że już się tyle naoglądał kwiatków, tyle przyrody napodziwiał, że zaczyna patrzeć bardziej do środka samego siebie. Zaś to, co go otacza, tylko mu w tym pomaga – podobno w górach mieszkają Świetliste Istoty, im wyższe góry, tym te istoty wspanialsze, to pewnie one pomagają, choć nie wiem, czy w to wierzyć ;). I nie ma znaczenia, że tę drogę pokonuję trzeci raz z rzędu – zmienia się to, co niosę ze sobą, w głowie, a raczej to, czego nie niosę – zgodnie z tym, co Volant napisał.

Karolina G.
Gość

Jeśli chodzi o ten tekst o podziwianiu kwiatków przy drodze – jeszcze kilka lat temu bym się buntowała, dyskutowała i usiłowała postawić na swoim. Teraz już nie. Wszystkiego nie da się zrobić za jednym zamachem – albo podziwiamy okoliczności przyrody, albo jest robota do zrobienia, bo się pogoda załamie i tyle z tego będzie. Choć z drugiej strony – góry jak stały, tak stać będą, warto wiedzieć, kiedy się wycofać, żeby móc jeszcze raz wrócić na szlak. W takich momentach warto pamiętać, że jest się tak silnym, jak to, z czym się zmagamy, mój własny wróg, niczyj inny. Jeśli nie ma we mnie szacunku i pokory względem tego, z czym walczę, to ja również nie zasługuję na szacunek w moich własnych oczach.
W zeszłym roku byłam na spotkaniu z Krzysztofem Wielickim. Człowiek, który robi niesamowite, rozczulające wrażenie, a jednocześnie po pierwszym szoku wizualnym dochodzi do głosu świadomość co On osiągnął. W momencie pytań od publiczności padło jedno, na które odpowiedź jeszcze długo będzie mi dźwięczeć w głowie. Młody chłopak, na oko student, zapytał się, czy jak Wielicki tak się wspina w tych Himalajach, to czy znajduje czas na kontemplowanie widoków, które się tam roztaczają, piękna i grozy przyrody. Odpowiedź z grubsza zawierała się w jednym zdaniu – po co zaprzątać sobie głowę tym, co można znaleźć na wszystkich pocztówkach. Tam się nie po to jeździ.
Nie po to jesteśmy tu i teraz, żeby zajmować się pierdołami. Wystarczy świadomość, że na drugim końcu liny jest człowiek, któremu ufam i że ja jestem kimś takim dla niego. Acha, i jeszcze parę groszy żeby mieć za co wrócić z wyprawy i zaplanować następną. Wszystko inne to… kwiatki przy drodze, fajne, ale wszędzie jakieś rosną.

Valthard van der Sand
Gość

Jesli sie skupiasz wylacznie na celu a proces dochodzenia doniego jest obcinany do maksymalnej efektywnosci traci sie czesto sporo z tego procesu. W zyciu malo kto wspina sie na Everest, laduje na ksiezycu albo wyrusza samotnie na biegun. W sytuacji ekstremalnej – kazdy oddech jest wazny, kazdy wysilek, ktory niepotrzebny jest zly. Ale ile takich ekstremalnych sytuacji w zyciu jest?
Jesli ktos widzi tylko wierzcholek a nie oglada widokow w drodze na szczyt traci te emocje, ktore daje mu proces wspinaczki. I nie chodzi tu o wysylanie zdjec na instagrama co z definicji jest glupie, ale o wdychanie powietrza, czujac zmiany w jegos czystosci i swiezosci, to zwrocenie uwagi na rozszerzajacy sie widnokrag, to chwila refleksji nad tym, jak ten swiat z wysoka wydaje sie maly, malutkie ludziki gdzies w dole, samochody, domki, etc. Otwarcie na swiat i otoczenie pozwala przezywac kazdy proces bardziej intensywnie.
Mozna oczywiscie, kiedy jest to konieczne, byc robotem z precyzyjnie wyznaczona fukcja celu i przec jak lodolamacz z klapkami na oczach….
Bagaz zbedny, zawsze jest zbedny, bo zamiast skupiac sie na widokach, skupiamy sie na uwierajacym w plecy wystajacym, zle spakowaym bucie, wrzynajacych sie w ramionach paskach, etc. Jeszcze gorzej, kiedy niesie sie zbedny bagaz nie tylko swoj, ale i innych osob, ktore kompletnie niepotrzebne rzeczy zwalaja na kogos innego…

Bajja
Gość

Może i wielkie prawdy ale czy rzeczywiście słuszne??? W życiu odrzuć zbędny bagaż, przyjaźnij się tylko z tymi, którzy mogą coś dać, nie oglądaj się na innych, liczysz się tylko Ty Twoja droga oraz Twój cel.
Kiedyś ktoś powiedział podróż przeżywa się trzy razy: pierwszy raz podczas marzeń, drugi raz podczas samej podróży a trzeci podczas wspominania jej. Takie też jest i życie. Młodość pełna planów potem samo życie i weryfikacja tychże planów, a trzeci etap to wspominanie tych dwóch pierwszych etapów :) Moim zdaniem to droga wiodąca do celu jest ważniejsza od samego celu a podczas niej trzeba bardzo uważać aby niczego nie zgubić nie odrzucić i nie przegapić, bo później można żałować :) poza tym po drodze cel może także ulec zmianie a wówczas ten zbędny wyrzucony bagaż może bardzo się przydać :)

Karolina G.
Gość

Droga jest o tyle istotna, o ile człowiek nią podążający zauważa i jest świadomy tego, co ona w nim rozwija, co zmienia, co przełamuje. W innym przypadku będzie jedynie zachwycaniem się kwiatkami (czytaj: pierdołami).
Nie wiem kto powiedział o tym trzykrotnym przeżywaniu podróży, ale to nieprawda. Jak mogę przeżywać coś w marzeniach, skoro mnie nigdy tam nie było i nawet z grubsza nie mam pojęcia o tym, co mnie czeka. Ktoś mi powiedział „przygotuj się na mozolną walkę z górą”. Dopóki się na własnych rękach i nogach nie przekonałam co to oznacza, marzenia niewiele mi podpowiadały. Dlatego lepiej się do nich nie przywiązywać, bo rzeczywistość szybko je weryfikuje. Lepiej wierzyć we własne siły, niż wyobrażenia, które najczęściej są nieprawdziwe. We wspomnieniach? To te metaforyczne, choć nie do końca, jpg-i gromadzone na dysku. Już kiedyś w jednym z komentarzy pisałam – jest tu i teraz i nie ma niczego innego. Dlatego podoba mi się postawa mojego Dziadka, 90+, to ile ma planów i siłę żeby je realizować. Też tak chcę! A jednocześnie nie ma w Nim tęsknoty za tym co było, że był młody, że więcej mógł itp. Nie ma w nim zgorzknienia, które często jest cechą ludzi w podeszłym wieku – bo coś się skończyło i nie wróci. Nad wieloma rzeczami przeszedł do porządku dziennego, nawet nad problemami ze zdrowiem. Są to są, bo takie jest prawo starości. Też tak chcę, kiedy będę w Jego wieku. Ze sobą zabieram to, co droga we mnie zmieniła i nic więcej, wszystko inne to kwiatki przy drodze.
Cel jest ważny. Bez niego nie warto zaczynać drogi, bo wówczas to sztuka dla sztuki i można tylko sobie biedy napytać w życiu. Spytaj się o to osoby, która próbuje zrzucić wiele zbędnych kilogramów, co ją motywuje do działania, do walki. Droga, czy cel, który chce osiągnąć.
Podczas drogi ZAWSZE coś zgubisz, ale też ZAWSZE coś znajdziesz i nie musi to być materialna rzecz – prawo zachowania energii we Wszechświecie. Nie da się niczego nie zgubić, nie przegapić, nie da się iść kilkoma drogami jednocześnie.
Żeby zrobić omlet trzeba stłuc jajka. To Twoja decyzja, czy wolisz mieć omlet, czy trząść się nad jajkami, które mogą się stłuc. A wtedy nie będzie ani jajek, ani omletu. Na tym polega dowcip z odrzucaniem zbędnego bagażu. Zbędny bagaż to też emocje, uprzedzenia, jakieś blokady, które w nas są, które nie pozwalają na wolność w myśleniu, krępują nas jak niewidzialna klatka, a które – niestety – najczęściej ładują w nas przez pierwszych kilkanaście lat naszego życia rodzice. Potem musimy z mozołem wywalać te pierdoły z plecaka, bo nie da się iść przez życie z tym wszystkim.
Jeśli cel w drodze ulega zmianie, to oznacza, że był od początku źle wybrany. Jeśli zaczynamy drogę z nastawieniem, że może w trakcie cel się zmieni – to nie warto robić nawet pierwszego kroku (patrz: wpis Volanta o tym, dlaczego nie jesteśmy gotowi na długotrwałe związki).

Lorka
Gość

porównanie z laptopem mega:)

Karolina G.
Gość

Wiesz, w pewnym wieku przestałam gdybać: „a może to, a może tamto, fajnie by było gdyby”, itp.; zaś zaczęłam mówić głośno, tak żeby moje uparte ja usłyszało i wszystkie inne siły we Wszechświecie „chcę to osiągnąć!”. Piszesz o przeżywaniu życia w marzeniach – owszem, kiedy byłam dzieckiem, ale cały czas wiedziałam, że to tylko zabawa, coś co nie jest prawdziwe i się nie zdarzy. Spotykają mnie rzeczy o wiele ciekawsze i piękniejsze niż w marzeniach, dlatego nie przywiązuję się do nich specjalnie. Wolę scenariusze pisane przez Życie. Teraz mnie, dorosłego człowieka, przeraża to jak wielu spotykam ludzi, którzy nadal żyją w świecie własnych marzeń, zaklinając rzeczywistość. Zaś planowanie to dla mnie zupełnie inna historia.

Osiągnięcie celu a strata – wspomniany we wpisie Hillary, Meissner, czy polscy himalaiści – mogli być kimś innym, nie tracić czegoś co nazywamy normalnym życiem, jednak nie zyskaliby tego, kim się stali. To jak gra w karty – kto nie ryzykuje, nie rozbija banku, nie zdobywa szczytów. Chyba, że chce przebrnąć przez życie zachowawczo w stylu „na pół gwizdka”, nieustannie gdybając i żyjąc marzeniami, popadając we frustrację, „mogłem to, albo tamto, gdybym nie wybrał tego, czy tamtego”. A najgorsze jest z w takiej sytuacji obarczanie winą wszystkich na około, tylko nie siebie. Projekcja to chyba najgorszy demon jakiego hodujemy we własnej głowie.

Serio znasz kogoś, kto stracił 20kg i kontakt z bliskimi? Bo ja nie. Za to znam osoby, które straciły może nie 20, ale solidny kawałek sadełka, zmieniły podejście do życia, samych siebie. Jeśli w drodze do tego celu najbliżsi odbierali to jako zatruwanie życia, znakiem tego, że nie rozumieli i nie szanowali dążeń tej osoby. Wsparcie jest ogromnie ważne, zamiast krytyki. Stwierdzenie „i tak ci się nie uda, bo jesteś taki-śmaki-owaki, nie tacy jak ty próbowali” jest jak wbicie noża w plecy, zwłaszcza od najbliższych. Z drugiej zaś strony są ludzie, którzy nie potrafią inaczej niż po trupach. Tak ich doświadczenia ukształtowały, choć ci, co tak nie umieją zawsze mogą się czegoś od tych bezpardonowców nauczyć.

Podtrzymuję to, co napisałam o zmianie wybranego celu w trakcie drogi. Powyżej w komentarzu napisałam, że ze szlaku mogę się zawrócić ze względu na niesprzyjające warunki, ale jeśli chcę zdobyć szczyt to czekam na lepszy moment, zbieram siły i robię kolejne podejście. Trzeba wiedzieć kiedy się wycofać żeby potem wrócić, ale to nie jest tożsame z przewartościowaniem celu. Najwyraźniej Los nie chce żebym tak szybko osiągnęła „szczyt”, może to dla mnie za wcześnie, może bym nie doceniła własnego wysiłku, może mam coś „zgubić” żeby to „znaleźć” na szczycie.

Bajja
Gość

Z tego co napisałaś widać, że jesteśmy inne ale to dobrze przynajmniej
możemy podyskutować . Ja mam pokorę do życia i staram się
przeżyć je jak najlepiej to wcale nie znaczy, że na pół gwizdka, oczywiście dla
mnie. Myślę, że nasza różnica polegają na innym rozumieniu pewnych pojęć. Dla
mnie wyznaczenie celu to już plan na przyszłość to właśnie jest to marzenie, o
którym piszę i do którego dążę to ta chęć zdobycia szczytu. Dla mnie marzenie
jest wyznaczaniem sobie celu, bez „marzeń – planów” nie możesz
przecież wyznaczyć sobie celu, cel jest przecież na przyszłość prawda. Nie
piszę tutaj o jakiś dziecinnych marzeniach nie o to mi chodzi. Z tego co
piszesz widać, że wszystko odnosisz bardzo dosłownie a spróbuj wznieś się
trochę wyżej ponad „zdobywanie tego szczytu”.

To wzniesienie się wyżej to właśnie to gdybanie. Każdy gdyba
Ty też, czyż nie zastanawiasz się nad różnymi sytuacjami, które mogą w życiu Cię spotkać. To gdybanie to też przecież nic innego jak zastanowienie się, którą
drogą pójdziesz na ten upragniony szczyt i co po drodze może Cię spotkać np. idąc
w góry zabierasz coś od deszczu a więc gdybasz – może padać.

Niestety znam osoby, które podczas odchudzania popadły w
obłędną depresję lub rozchorowały się i zrujnowały sobie i innym życie i wcale
nie dlatego, że nie miały wparcia bliskich. Są to dość częste przypadki, o których rzadko się mówi w dzisiejszym świecie tak mocno nastawionym wyłącznie na sukces i osiągnięcie celu. W tym miejscu dochodzimy do sedna, ja uważam, że nie zawsze liczy się sukces i dojście na szczyt, czasami trzeba sobie odpuścić w imię różnych sytuacji (znowu gdybam) i to wcale nie będzie oznaczało naszej słabości i życia na pół gwizdka wręcz przeciwnie będzie to wielkie bohaterstwo, ponieważ człowiekowi bardzo trudno jest powiedzieć sobie nie, zwłaszcza gdy jest się krok od tego upragnionego szczytu. I może dlatego obecnie ludziom trudno jest budować związki bo nie mają pokory i nie umieją powiedzieć sobie nie i zrezygnować z własnych celów w imię innych. Pozdrawiam :)

Karolina G.
Gość

Ciekawe spostrzeżenie o dosłowności – nie myślałam o sobie w ten sposób. Ogólnie piszemy o tym samym, tylko innym językiem.

Świat według Neo
Gość

Ciekawy i trafny tekst. Cieszę się, że tu trafiłem. Coś tak czuję, że przeczytam książkę o której piszesz, bo sam planuje kiedyś wejść na Mount Everest.

Dobrowolska Kinga
Gość

Kurcze, jestem osobą, która ma ogromny poroblem w walce o siebie i swoje potrzeby. Wpadłam dziś na Twojego bloga i mam nieodparte wrażenie, że artykuły, które piszesz pomogą mi się ogarnąć i wyjść z szeregu zwykłych mało ambitnych ludzi. Z wielką ochotą przywróce sobie ustawienia fabryczne i zaprogramuje się tak, aby osiągnąć to co jest dla mnie najistotniejsze !


Kinga Dobrowolska–blog. Pozdrawiam gorąco ♡

PS
Gość

Fajnie, a teraz rozkmińmy jak znaleźć swój cel, jak ustalić które ustawienia są fabryczne są faktycznie moje. Łatwo się pogubić. Ja się pogubiłem. Jak jasna cholera.
A nawet jeśli znajdziemy jakiś cel, to co kiedy nie możemy go realizować. A nie możemy, bo jak proza życia traktuje, filozofia i cele to luksusy, którymi możemy się zająć wypełniwszy wcześniej obowiązki, zobowiązania.
Może nie potrzeba wiele kasy, żeby wyruszyć do Indii. Ale koszty podróży to nie wszytko, są ważniejsze, te codzienne czy to długi, czy alimenty, czy jedno i drugie.
A co jeśli Twoja ścieżka zawodowa i wykształcenie skazuje Cie na pracę której nie lubisz? O jak prosto jest czegoś nie lubić, a jaką sztuką jest odszukanie tego co daje radość, już nie wspominając o pasji. Przynajmniej w aspekcie zawodowym.
Jak odnaleźć cele i siebie, kiedy jesteś obciążony bagażem nie tylko pięciu osób z którymi się spotykałeś, ale także tymi wynikającymi choćby z błędnych decyzji. Decyzji, o których niestety nie można zapomnieć, bo one każą o sobie pamiętać.
Jak wyrobić sobie cart blanche? Jak zrobić krok do przodku, kiedy ciągle musisz zrobić co najmniej dwa wstecz.

Wszystko piękne jest i proste, kiedy jedynym bagażem jest wstyd, niewiara w siebie etc. Trochę jak z miękkimi kompetencjami, tyle że w drugą stronę. Są fajne, ale twarde na dłuższą metę wymiatają. Są na papierze, są sprawdzone, i trudno je relatywizować tak jak np czyjś charakter, inteligencję.
Tak i solidny bagaż, to nie tylko sprawa spojrzenia i oceny. Solidny bagaż to ogon, który czasem jest za długi by się móc go pozbyć i za ciężki by móc ruszyć na przód.

Pozdrawiam

Lenta
Gość

Zgrabnie opisałeś życie w bardzo skondensowanej pigułki. Coraz bardziej doskwiera mi, że nie ma na około ludzi, z którymi można by tę pigułkę rozpuścić i porozmawiać, czy tam dokąd zmierzamy to właściwy kierunek rozwoju…?
Bo ileż można zadawać sobie samemu w kółko te same pytania…?

Pozdrawiam

PS
Gość

Niestety straciłem komfort takiego myślenia.
Teraz popadam w paranoję, że to nie z ludźmi na około nie da się porozmawiać, tylko ze mną jest problem.

Jestem zdania, że w życiu są różne cele, niekoniecznie musi istnieć cel nadrzędny wobec pozostałych, dlatego nie ma co ich wartościować. Co najwyżej można kategoryzować pod względem społecznym czy indywidualnym.
Rozmowa może być celem samym w sobie, rozmowa to wiedza i odpowiedzi ale także nowe pytania i wątpliwości. Nie oczekuje już od rozmowy jakichkolwiek wniosków, a tym bardziej odpowiedzi na najbardziej fundamentalne pytania. Wolę rozmowę traktować jako cel sam w sobie.
Rozmowa, cele, wartości są zależne od punktu siedzenia, statusu, wieku czy nawet nastroju tym bardziej trudno oczekiwać że przyniesie jakieś stałe, słuszne i uniwersalne rozwiązania.
Ale już sama rozmowa, choćby taka akademicka, może dać ogrom satysfakcji i spełnienia.

To dla ducha. Jemu wystarczy trochę abstrakcyjnych pojęć, romantycznych wycieczek, utopijnych wizji.

A co dla ciała? Tu zaczynają się schody. Nie rozwinąłem wystarczająco swoich pragmatycznych kompetencji, lub idąc za parabolami prowdzącego ten blog, mój duch jest niekompatybilny z ciałem.

Duch czuje potencjał, a ciało..Ciału to mało, poczucie możliwości przy jednoczesnym braku niemożliwości ich wskrzeszenia..Prawdziwy dramat. Wszystko znowu wraca do ducha, który łka, że ciało nie może.

Lenta
Gość

Zagadkowe jest jednoznaczność Twojej niekompatybilności ciało-duch i rodzi pytania. O ile nie spotkało Cię jakieś losowe nieszczęście – wypadek, choroba – spotkało? – to wnioskować należy, że już … sędziwy jesteś:) Ale wtedy skąd niekompatybilność…?
Dla statystycznego człowieka-automatona to raczej duch sprawia największe problemy by się wydawało…? Pozdrawiam

PS
Gość

Ok, może nie do końca adekwatna forma do problemu. Chodziło mi o jakąś wewnętrzną niespójność. Sam nie wiem co nie gra, ale nie gra. Nie mogę, nie potrafię się zrealizować, wykorzystać potencjału, a może źle oceniam swoje możliwości. Zbyt wysoko.
Tak, czy owak coś jest nie teges. Brakuje mi czegoś: pomysłu, pasji, umiejętności.. Kto mi pomoże to odnaleźć jeśli ja sam nie potrafię?!
Kiedyś myślałem, że to kwestia czasu, teraz mam poczucie że nic się nie zmieni.

Nieszczęść rzeczywiście nie brakowało, ale pomijając życie – tę przypadłość mimo wszystko lubię i cieszę się z niej, mam szczęście być całkiem zdrowym człowiekiem w wieku nieco-poniżej-średnim. Chrystusowy już był, a do pożądanej temperatury ludzkiego ciała jeszcze trochę:)
Ale tak, czuje się bardzo zmęczony. Za towarzyszy mam charakterystyczne emocjonalne depresje z tymczasowymi i skrajnie odmiennymi uniesieniami.
Sądzę, że uniesienia i optymizm są dla mnie wtórne, i kiedyś te proporcje były zgoła odwrotne, ale „życie w Polsce nie jest sprawiedliwe”, prawda?:)

ps.. Lubie tragediom odbierać im ich patos, stąd groteska czy żart. Takie „shit happens” i sru. Albo jakby zabrać wzniosłości „w” i jest po prostu znośniej:)
Wreszcie są tacy którzy mają z pewnością gorzej, dużo gorzej, i jest ich dużo więcej.
Moje poczucie dyskomfortu kiedy narzekam nań, tj komfort swojego życia, jest wtedy usprawiedliwiane. Przynajmniej nieco usprawiedliwione i łatwiejsze do wyartykułowania.

Lenta
Gość

Życie nie jest sprawiedliwe. Z tej przyczyny, że życie to wytwór natury… a sprawiedliwość to wytwór – wymysł człowieka…

Komfort życia ma niewiele wspólnego ze znaczeniem życia – mówi się „w dupach się poprzewracało”, prawda?

Do jakiegoś stopnia mam podobne egzystencjalne ruminacje. Choć chyba łatwiej mi zdefiniować co najbardziej mnie wkur…: brak relacji. Brak ludzi, którzy mają ochotę poznać kogoś bardziej niż za wszelką cenę zamęczyć innych swymi ograniczonymi ideologiami. Zastanawiałeś się na ile ważna jest kwestia relacji lub ich braku w Twoim obecnym położeniu?
Żyjemy w tym samym rynsztoku, ale jednak niektórym z nas udaje się sięgnąć do gwiazd :)

PS
Gość

I ja chcę dotrzeć do moich, niezależnie czym one są i jakie cele dadzą mi spełnienie, satysfakcje, sympatycznie i kojące poczucie szczęścia. Póki co towarzyszy mi już wcześniej wspomniany bagaż, i mój balon leci w dół zamiast do góry.
A nigdy nie wyobrażałem sobie, że ja mógłbym szukać pomocy u innych. Jeszcze na stronach jakichś blogujacych kołczów…

To z tym życiem i tą sprawiedliwością, to było tylko nawiązanie do pewnego obecnie będącego na tapecie polityka. Taki żart, ale nie po to by robić wycieczki w kierunku naszej czy jakiejkolwiek sceny politycznej. Wole deski teatru.
Ja sam nie oczekuje od życia sprawiedliwości. Choć jasne, w sądzie czy w relacjach z ludźmi którzy dla mnie coś znaczą…W sumie szacunkiem darzę każdego a priori. Tak jak napisałeś, życie to natura i nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością.

Relacje miewam na ogól obojętne, bardzo rzadko bywają dobre, są niestety i trudne.
Np z byłą partnerką są wyjątkowo trudne. Z obecną różnie to bywa. Z rodziną różnie. Dobrych przyjaciół zawsze było mało – cecha dobrej przyjaźni. Obecnie jednak wyjątkowo mało.
Relacje to jedna ze składowych poczucia szczęścia. Jasne, są cholernie ważne.

Apostołowie ideologi są niebezpieczni, agresywni, zaborczy i roszczeniowi, przekraczają granice wolności drugiego człowieka. Wzbudzają niechęć.
Ale stosunki ludzkie są dosyć luźnie i na ogół musza takie być. Nie zgłębisz każdej relacji, praca często wymaga konformizmu, rozmowy i gadania rzeczy których nie wcale nie chcesz mówić. Udajemy coś lub kogoś bo inaczej odpadniemy w przedbiegach, manipulujemy świadomie i nieświadomie. Czasem z wyrachowania, czasem ze strachy, innym razem z odpowiedzialności za naszych bliskich. Czasem nam się wydaje, że tak trzeba, czasem znajdziemy jeszcze inne usprawiedliwienie.
Czasem jest to konieczne. Bród, smród i ubóstwo. Witaj w moim świecie.
Chciałbym być inny, lepszy, chciałbym nie mieć niczego do zarzucenia.
Gdyby tak było, byłbym nieco szczęśliwszy. Choć nie wiem czy to wystarczyłoby do szczęścia. Chyba nawet w to wątpię. Ba, jestem tak pewien jak tylko można być czegoś pewnym pamiętając, że nie można być niczego.

Lenta
Gość

Ałć… eufemistycznie ujmując, czysta melancholia :)
Kto nie chce dotrzeć do swoich gwiazd?? Nasuwa się pytanie: czy masz nakreślony kształt gwiazd, do których chcesz zdążyć? Bo nazywając je ogólnie gwiazdami, czy szczęściem, to robisz sobie tylko jeszcze większy bajzel w głowie. Freud (niektórzy na sam dźwięk tego nazwiska doznają … hibernacji umysłowej – ale to inny temat) głosił, że dążymy do zaspokojenia instynktów: głód, bezpieczeństwo, samice. Fromm poszedł dalej i wskazał „namiętności” jako nasz życiowe popychadła: miłość, akceptacja, władza. Frankl stworzył teorię wyznaczania celów samemu sobie, co chyba jako jedyne z tych trzech daje zalążek „metody” na życie, a nie tylko wytłumaczenie, dlaczego jest tak a nie inaczej. A między tymi trzema szkołami jest Berne, który mówi, byśmy nie przejmowali się za bardzo uniwersalnymi celami, tylko nauczyli się strukturalizować czas, szukali zajęć tu i teraz, które pozwolą nam odciąć się od egzystencjalnych zagwostek…
A gdzie Ty widzisz siebie?

PS
Gość

Cóż, egzystencjalizm zawsze mnie pociągał:)

Gdyby to było takie proste..Brak celu jest jedną z przyczyn moich życiowych porażek.
Naturalnie, choć to w sumie bez znaczenia, nie jestem w tym odosobniony. Już nie pamiętam czyje to słowa, ale iluż to utalentowanych wiolonczelistów nieświadomych tego daru wydał świat…
To bardzo bolesne nie znać swojego talentu, skazując się tym samym na smutek i poczucie pustki, braku..
A następne słowa jeszcze pamiętam czyje. I jakby moje. Michel Houllebecq napisał w Platforme: „w życiu może zdarzyć się wszystko, ale najprawdopodobniej nie zdarzy się nic”.
I ja tak czekam na to wszystko, czyli w moim mniemaniu wielkie COŚ. Wielkie, bo ma wypełnić moja wielką pustkę.
Myślę, że nim ją COŚ wypełni, chyba wcześniej będę musiał sobie poradzić z rzeczywistością. I to przeraża. Wolałbym, żeby COŚ mi pomogło, ale tak już czekam, a inspiracji jak nie było tak nie ma.
Do tego odwrotnie proporcjonalnie do czasu oczekiwania maleje moja wiara w siebie i swoje talenty, możliwości, przyszłość.
A może to głos rozsądku?

Lenta
Gość

To Twoje „wielkie COŚ” nie bardzo pasuje do egzystencjalizmu, który stara się jasno nazywać nasze niedostatki.
Zacytuję fragment poważnej książki:

„Egzystencjalna pustka to (…) zjawisko powszechne.
Można to z łatwością zrozumieć; egzystencjalna pustka ma bowiem związek z
podwójną stratą, jakiej musiał doświadczyć człowiek od czasu, gdy w pełni stał
się człowiekiem. U początków historii rodzaju ludzkiego utracił on część
podstawowych zwierzęcych instynktów, które wpisane są w zachowanie
zwierzęcia i gwarantują mu bezpieczeństwo. Owo poczucie bezpieczeństwa,
podobnie jak raj, zostało człowiekowi bezpowrotnie odebrane, co zmusiło go do
dokonywania życiowych wyborów. Dodatkowo na późniejszym etapie swego
rozwoju, stosunkowo niedawno, człowiek poniósł jeszcze jedną dotkliwą stratę
będącą konsekwencją gwałtownego zanikania tradycji określających dotąd
charakter jego zachowań. Nie mogąc liczyć ani na instynkt, ani na tradycję w
kwestii swojego postępowania, człowiek często sam już nie jest w stanie
stwierdzić, jak chciałby postąpić. W rezultacie albo chce postępować tak jak inni
(konformizm), albo robi to, czego inni od niego oczekują (totalitaryzm)”

PS
Gość

Pustkę czuję. A że chcę ją mimo wszystko zapełnić..
Założę się, że sam jesteś pełen dysonansów i sprzecznych myśli.

Może ten stan egzystencjalnej pustki wynika faktycznie z konieczności podejmowania decyzji. Choć nie prowadzą działalności naukowej nawet i hobbystycznie nie interesuje mnie generalizowanie w tej kwestii i zastanawianie się czy dotyczy to włącznie mnie czy 99% populacji.
W moim wypadku – a tez tylko zgaduję – brak/pustkę rodzi nieświadomość między czym wybieram a w drugiej kolejności konsekwencji która za każdą decyzją stoi.
Idę przez życie jak lunatyk przez noc. Nie ma mowy o racjonalności. I tej tez nie szukam, nie wierzę żebym miał szczęście tyle o sobie i życiu wiedzieć żeby móc zdać sobie sprawę.
Chyba, że założę, że jak po omacku chodzę, tak po omacku dokonuję i wyboru i pewną racjonalnością będzie konsekwentne dążenie do jego realizacji.
Jednakowo nie trując się myślami, czy jest on właściwy.
Wtedy ta wspomniana przez Ciebie strukturyzacja celi i czasu ma swój sens i potrzebę. Jak każda metodyka działań pomaga je ogarniać.
Dla mnie nie jest problemem podjęcie decyzji. Mój największy problem stanowi nieświadomość samego siebie, swoich możliwości i tego między czym tak naprawdę mógłbym wybrać.
Może i jest to kwestia utraconych instynktów, a może słaba strona rozumu.

Im więcej się zastanawiasz tym mniej wiesz. Może nie same instynkty uległy redukcji, co rozum zyskał na znaczeniu. Inna sprawa czy to jakaś różnica..

I gdzieś mam elitaryzm czy egalitaryzm w odniesieniu do własnych celów.
Tzn nie zależy mi na poczuciu wyjątkowości. Ten etap mam za sobą.

Szukam fundamentu, o który będę mógł oprzeć doczesność. Jak uda mi się osiągnąć stan w który ta nie będzie zaprzątała mi głowy i czyniła z mojej egzystencji jakiejś marnej karykatury, wtedy wrócę do myśli uniwersalnych i nie ograniczających się wyłącznie do mnie.
Niestety w tej chwili jestem zaprzątnięty sobą i swoimi problemami. Bardzo tego żałuję.

Lenta
Gość

Hmm… całkowicie zakręcone są Twoje wypowiedzi. Coś mi mówi, że nie wyjawisz co Cię trapi. Choć mam przeczucie co to takiego…
Anyway, to jest forum generalnie … o cipkach – choć pewnie są tacy co się teraz oburzą – o ich ogromnym znaczeniu w życiu naszego gatunku, o tym, o tym że są wrotami do szczęścia i… pełnej wolności… (nie celem do ciupciania, chlopaki, i nie tabernakulum, dziewczyny)
Wiec psychoanalityczno-egzystencjalne głębokie przemyślenia zapewne tu nie pasuja…:(
Choć widzę wyraźnie zbieżność Twojego zagubienia i przekazu autora forum: wszyscy poszukują Świętego Graala. Ja też :)

PS
Gość

Tak, powinienem uporządkować myśli i posprzątać cały ten bajzel w mojej głowie.
Trafiłem tu przez przypadek, przeczytałem dwa posty m.in. ten w którym piszę. Gdyby nie fragment książki opublikowany na tym blogu, to byłbym teraz mocno zaskoczony.
Kobiety i seks są w życiu bardzo ważne, ale nie wierzę w słuszność postępowania wg naturalnych instynktów, które implikują i tłumaczą nasze wszystkie potrzeby, zachowania i determinacje. Niektóre uważam za dosyć prostackie, ale cóż..natura.
Każdy ma swoją drogę, ale wracając do wspominanych przez nas relacji, ważny jest dla mnie elementarny szacunek.
Mam tez dość sztucznych postaw, manipulacji, walki o dominację, macania się, negocjowania itd.

A może ten fragment to za mało, i odniosłem zupełnie błędne wrażenie.

Ok, co innego jakiejś otwartej, szczerej i co najważniejsze świadomej relacji. Można robić wszystko co nie ogranicza wolności i nie krzywdzi wolności drugiego człowieka.

Widzisz jak potrzebna jest rozmowa. Z nowymi argumentami masz okazje poznać i rozwinąć swoje poglądy.

Ja chciałbym wiedzieć na początek czym się w życiu zająć.

Lenta
Gość

Tak, rozmowa jest potrzeba. Odważna rozmowa. Ludzie tak głęboko żyją w swoich iluzjach, że w większości przypadków można ich wyrwać tylko gwałtem. Bez odważnych rozmów, jak pisałeś, nie ma głębokiej relacji.

PS
Gość

Niestety się o tym przekonuję. Z drugiej strony zastanawiam się, czy potrzeby rozmów nie rodzą u drugiej strony poczucia opresji. Nie każdy chce rozmawiać. Dla niektórych rozmowa, to trudność, konieczność, źródło pretensji, ataków a w konsekwencji źle kojarzona czynność.
A skoro tak bywa, to mam kolejny problem. Czy moja potrzeba rozmowy nie buduje we mnie postawy opresyjnej, zaborczej i roszczeniowej? A może tylko stwarza takie poczucie u drugiej osoby? Problem we mnie, czy na zewnątrz?
To bardzo aktualny problem. Nie wiem czy potrafię rozmawiać czy tylko mi się wydaje.
Serio, to nie jest jakiś akademicki temat do przerobienia. To bardzo konkretny i poważny aktualnie dla mnie dylemat.
Chciałbym móc rozmawiać z kimś, bez macania, bez całej otoczki sztuczności, rywalizacji, neutralności. Tak spokojnie, swobodnie, bez zbędnego balastu w postaci dystansu i czujności. Poszukać, podrążyć, poznać siebie i ogranąć choć jeden temat. Może będzie łatwiej zająć się kolejnymi.

Lenta
Gość

Strategia dobra. Choć mogą się znaleźć tacy, co powiedzą, że … nie bardzo dobra…:)
W tym drugim przypadku polecam Ci „Człowiek w poszukiwaniu sensu” Frankla. Pzdr

PS
Gość

Nic mi tak naprawdę z tej strategii. Szukam teraz nawet nie sensu, co bardziej pomysłu na życie. Bardzo przyziemna sprawa. Niestety w moim wypadku, na aktualnym etapie to jest konieczność i mój obowiązek być praktycznym i pragmatycznym. Próbuje od pracy. Chciałbym mieć taką, która da mi satysfakcje z samego jej wykonywania, pozwoli zaangażować. Szkoda mi 1/3 życia na robienie czegoś z konieczności przeżycia. Może za dużo oczekuje.
Może własny biznes. Czasami potrzeba tylko drobiazgu, inspiracji, jednego kontaktu, jednego człowieka.
Nie jestem oderwany od rzeczywistości, nie jestem w ciemię bity i nie brak mi kreatywności. A jednak nic…czas mija i nic. Może się mylę ze swoją samooceną. Fakty w każdym razie jej przeczą.
Czuje się zdesperowany, a moje życie w szczególności rodzinne jest katastrofą, której nigdy w moim wypadku nie spodziewałbym się, że zaistnieje.

Lenta
Gość

Pozostaje zawsze „kaźnia tłuczkiem”… Pzdr.

wpDiscuz