Jeden z moich znajomych ze studiów spotykał się z dziewczyną. Miała na imię Aneta. Rozstawał się z nią chyba z pięć razy. Jeśli kiedyś słyszeliście o tych dziewczynach, które nie mówią o co im chodzi, robią cały czas afery, bezpodstawnie posądzają kogoś o zdrady, a podczas kłótni wyciągają drobiazgi sprzed czternastu miesięcy, żeby następnie je rozdmuchać, to myślicie o Anecie. Ich związek przypominał długie pasma wkurwienia poprzetykane jasnymi, krótkimi chwilami, kiedy było nieźle. On z kolei czuł, że te proporcje da się odwrócić, że stać go na więcej, że podoba się kobietom i następna na pewno będzie lepsza, bo co jak co, ale Aneta nie zawiesiła poprzeczki zbyt wysoko.

Schemat rozstań wyglądał tak – on mówił jej, że to koniec. Naprawdę chciał odejść, ale wtedy ona zaczynała płakać. To bolało, a on nie lubił jak bolało. Wtedy wpadał na pomysł, że życie to „Mały książę”, a on jest odpowiedzialny za to, co oswoił. Następnie przez kilka dni było w porządku, on stwierdzał, że nie jest tak źle, a później sytuacja wracała do normy – ona zachowywała się jak mentalna wersja Kuby Rozpruwacza, a on patrzył na obrazek z napisem „Czas zacząć żyć życiem, o którym marzysz” i drobiazgowo planował kolejne rozstanie.

Był to związek, który trwał od jednego godzenia się po kłótni do drugiego, nikomu nie dawał satysfakcji, ale trwał, bo był wygodny, bezpieczny i może nawet był znośny. Nie był tylko szczęśliwy.

Od ośmiu lat zastanawia mnie co sprawia, że jedne osoby są w stanie wprowadzić głębokie zmiany, podczas gdy inne traktują swoje życie jak mój znajomy – myląc je z lekcją walca i robiąc krok do przodu tylko po to, żeby zaraz się cofnąć.

Wiesz dlaczego tak jest? Bo większość ludzi unika sytuacji trudnych i nieprzyjemnych. Ucieka od bólu i dąży do jego łagodzenia. Chce, żeby było tak jak teraz tylko że lepiej, a proces zmian działa zupełnie inaczej.

Istnieją cztery źródła motywacji: konieczność, współzawodnictwo, inspiracja i desperacja.

Co najmniej trzy z nich wiążą się z odczuwaniem negatywnych emocji: strachu, frustracji, zazdrości, które zmuszają do zadania sobie pytań o to kim jesteś, czego chcesz i jak możesz to osiągnąć.

Można słuchać przez całe lata formalnej edukacji, że nie ma się talentu do nauki obcych języków, żeby w pracy za granicą nauczyć się mówić po angielsku, niemiecku czy francusku.

Można próbować dziesiątek diet i rzucać je przed upływem dwóch tygodni, ale jeśli nasi znajomi zaczną pić wodę zamiast piwa i jeść sałatki zamiast pizzy to łatwiej robić to samo. Zwłaszcza jeśli któraś z twoich znajomych, która była mniej zdolna i atrakcyjna nagle wyszczuplała i zaczęła umawiać się z facetami, którzy na ciebie nie spojrzą.

Można nie lubić siłowni i pytać siebie w imię czego masz się tak męczyć, ale kiedy od twojej formy będzie zależało twoje zdrowie, odbycie wyprawy po środkowej Azji lub utrzymanie pracy, którą kochasz to przestanie być to takie trudne.

Można mówić, że chce się zmian, ale dopóki obecna sytuacja jest znośna, to nawet nie kiwnie się w ich kierunku palcem.

Jeśli więc ktoś zastanawiał się dlaczego w przypadku większości osób obecny rok, łudząco przypomina poprzedni to dlatego, że w ich życiu nie występuje żaden z tych czynników. Ich sytuacja jest chujowa, ale stabilna. Nie napotykają wyzwań, przez które muszą się zmieniać. Ich znajomi mają taką samą moc sprawczą, jak oni. Marzenia przyjmują w ich przypadku postać słów „fajnie by było”. Na koniec, każdą negatywną sytuację, która ich spotyka, osładzają sobie, żeby była do przełknięcia. Funkcję cukru pełni obniżanie poziomu stresu poprzez pocieszanie się, gdybanie, używki, życie marzeniami i dostarczanie sobie prostych przyjemności – w końcu czekolada nie pyta, czekolada rozumie. Zamiast wybierać przyjemne życie wybierają jego uprzyjemnianie. Zacierając ręce czekają na piąteczek, na romans, na wyjazd nad jezioro i premię, której wydawanie da im dużo przyjemności, albo chociaż sprawi, że zamiast odczuwać ból w skali od 1 do 10 na siedem, będą czuć go tylko na pięć. Na chwilę będzie znośnie.

Problem w tym, że ludzie nie zmieniają się jak jest dobrze, średnio lub znośnie. Zmieniają się jak czują, że to co robili do tej pory nie działa. Unikając bólu blokują sobie drogę do zmian, bo odbierają sobie powód, dla którego mają ich chcieć.

Życie cię nie rozpieszcza? To zamiast marudzić grzecznie podziękuj za szansę jaką to tobie daje. Wiem, że mówiąc tak brzmię jak kawał mało empatycznego skurwysyna. Wiem, że możesz mieć ochotę na wykrzyczenie mi w twarz, że nie znam twojej sytuacji. I masz rację. Nie znam. Wiem tylko, że w 90% przypadków gdyby to, co do tej pory robiłeś działało, to byś się w niej nie znalazł, a w 100% przypadków daje ci ona szansę, żebyś zauważył, że nie jesteś z porcelany.

Rodzimy się silni, tylko później o tym zapominamy. Zaczynamy traktować się tak, jakby uderzenie miało rozbić nas na kawałki. Przestajemy więc być elastyczni, bo może to się źle skończyć. Robimy małe kroczki, a następnie dziwimy się, że patrząc wstecz nie widać nic istotnego. Balansujemy gdzieś na granicy przyzwoitości, pomiędzy rozpaczą, a marzeniami o domu nad lazurowym oceanem, ale nie doświadczając ani jednego, ani drugiego.

Rodzimy się kreatywni z możliwością wybrania dowolnej kariery, dowolnego miejsca do życia i dowolnych osób, z którymi możemy je spędzić.

Trudne sytuacje na swój przewrotny sposób przypominają, że wciąż mamy taką możliwość.


P.S. O osobach z porcelany pisał V1ncent. Użyłem tego wyrażenia, bo jest wyjątkowo trafne, ale wszystkie zasługi za jego wymyślenie należą się jemu.

Print Friendly, PDF & Email