Czy stać cię na BRAK zmiany?

Czy stać cię na BRAK zmiany?

Karol ma 32 lata, dwójkę dzieci i kredyt hipoteczny na 280 000 zł. Dziećmi częściej zajmuje się jego matka, niż żona. Jego żona nie pracuje i pracować nie zamierza, bo podobno zbyt wiele czasu zajmuje jej robienie sobie francuskiego manicure. Karol pracuje od siedmiu lat w branży, w której kiedyś zarabiał nieźle, ale obecnie jej jedyną zaletą jest to, że jest w miarę stabilna i blisko domu. Karol każdego miesiąca zastanawia się, czy wystarczy mu na ratę kredytu i wszystkie podstawowe rachunki.

Masz przed oczami ten obraz? Jest w nim dużo szarości, zmęczenia i słów na takie litery jak „k” i „ch”. Dużo brakuje temu do barwnego życia hipstera, który zastanawia się, z której kawiarni dzisiaj pracować i czy w wakacje lepiej pojechać odpocząć w Portugalii czy zaszaleć i wyjechać na kilka tygodni do Wietnamu.

Karol napisał do mnie maila, w którym przedstawił swoją sytuację. Wiadomość zakończył słowami: „O zmianach można pięknie mówić jak nie ma się nic do stracenia albo ma się stabilną sytuację finansową, ale kiedy masz rodzinę na utrzymaniu i kredyt do spłacenia, to już nie można sobie pozwolić na zmiany”.

W takiej sytuacji można zadać sobie dwa pytania.

Pierwsze jest ważne i brzmi: „Czy mogę pozwolić sobie na zmiany?”. Drugie jest ważniejsze i brzmi nieco inaczej: „Czy mogę pozwolić sobie na BRAK zmiany?”.

Wyobraź sobie, że twoje życie to fabryka. Nie byle jaka, bo codziennie, bez wolnych weekendów i świąt odbywa się w niej produkcja satysfakcjonujących chwil. W tej fabryce stoją różne maszyny. Jest maszyna odpowiedzialna za życie uczuciowe. Od innej zależy kariera zawodowa, a od jeszcze innej relacje, zainteresowania czy długoterminowe plany.

A teraz wyobraź sobie, że niektóre z tych maszyn nie działają, a pozostałe pracują tylko na 30% wskutek czego znajdujesz się na granicy rentowności.

Pytanie brzmi: „Czy te maszyny naprawią się same, jeśli powiesz, że nie stać cię na to, żeby je naprawiać? Czy jeśli ich nie naprawisz lub nie wymienisz to zaczniesz kiedykolwiek „zarabiać” przyzwoicie?”.

Nawet średnio inteligentny kamień odpowiedziałby, że nie, a tymczasem każdego dnia tysiące osób łudzi się, że stanie się inaczej. Tworzą skomplikowane konstrukcje myślowe i tłumaczą sobie jak trzylatkowi, że może zarabiają za mało, a żona jest królową Tindera, ale i tak tylko trzeba chuchać, dmuchać i składać łapki do modlitwy, żeby tylko nie było gorzej.

Obserwując ludzi nauczyłem się, że niemal wszyscy bardziej boją się przegrać, niż chcą wygrać. To dlatego większość osób świetnie sobie radzi w znajdowaniu powodów dlaczego czegoś nie zmienić. Na jednym wdechu powiedzą, że może nie znajdą innej pracy, że przez dziewczynę mają ochotę palnąć sobie w łeb, ale ją kochają, albo że zaczęcie czegoś nowego to duże ryzyko i że nawet jeśli teraz jest źle, to może być jeszcze gorzej. W ten sposób są jak statki rdzewiejące w portach tylko dlatego, że jak wypłyną w rejs mogą trafić na złą pogodę.

Potrafią sobie logicznie wytłumaczyć dlaczego zmiany są niebezpieczne. Wyobrażają sobie je jak smoka, który chce im odgryźć rękę, a tymczasem nie widzą prawdziwego niebezpieczeństwa, którym jest stagnacja.

Stagnacja wygląda niewinnie. Gdyby była postacią Pixara miałaby wielkie oczy i robiła słodkie miny, a w drugiej części filmu okazywałaby się czarnym charakterem, którego nikt nie zauważał. Brak zmian prowadzi w najlepszym przypadku do utrzymania obecnej sytuacji. To z kolei nasuwa pytania o to czy stać cię na to, żeby przeżyć kolejne piętnaście, dwadzieścia czy trzydzieści lat w taki sposób, jak teraz?

Czy kiedy zostaniesz staruszkiem będziesz wspominał, że miałeś dobre życie, czy będziesz siedział w oknie i krzyczał na dzieci sąsiadów?

Czy chcesz poświęcać 95% pensji na ratę kredytu, rachunki i jedzenie?

Czy chcesz mówić dzieciom, że w tym roku też nie pojadą na kolonie?

Czy stać cię na przekładanie swoich marzeń, wymarzonej sylwetki albo napisania scenariusza na kolejne miesiące, żeby tego ostatecznie nie zrobić?

Czy jesteś gotowy patrzeć na osobę, z którą jesteś i czuć, że to jakaś pomyłka?

Czy chcesz opowiadać dzieciom, że chodzisz w jeansach, które kupiłeś dziesięć lat temu i że od czterech lat nie wymieniałeś butów?

Czy potrafisz pogodzić się z tym, że w swoim życiu będziesz już tylko bał się oraz siwiał, garbił się i narzekał na coraz większe bóle w plecach?

Czy jesteś gotowy spojrzeć kiedyś wstecz i pomyśleć, że gdybyś podjął odważniejszą decyzję to byłbyś innym człowiekiem?

Mnie na takie decyzje nie stać. Nie stać mnie na brak zmiany, brak rozwoju, brak szukania bardziej efektywnych sposobów na życie. Nie stać mnie na strach, stagnację i mentalny zastój. Nie stać mnie na stwierdzenie, że moje życie już lepsze nie będzie. Nie stać mnie na to, bo pochodzę z rodziny, w której każde pokolenie musiało walczyć o przetrwanie i wiem, jak destrukcyjny wpływ potrafi przynieść kurczowe trzymanie się złych wyborów. Nauczyło mnie to jednego – im w gorszej sytuacji jesteś, tym większą krzywdę sobie robisz jeśli tego nie zmieniasz. Nie robiąc tego fundujesz sobie lata uporczywego cierpienia zamiast zastosować bolesną, ale krótką i jednorazową terapię.

Richard Branson w swojej autobiografii napisał, że jedną z najbardziej niezrozumiałych reakcji na kryzys jakie zaobserwował, jest zaciskanie pasa – zwalnianie personelu, rezygnowanie z najmniej rentownych przedsięwzięć i kumulowanie kapitału w oczekiwaniu na lepsze czasy. On zawsze stosował odwrotną zasadę. To tłuste lata wykorzystywał do kumulowania kapitału, a lata, kiedy jego zyski spadały to inwestował pieniądze i rozpoczynał nowe przedsięwzięcia, dzięki czemu jego dochody mogły wrócić na odpowiedni poziom.

To jest zasada, która sprawdza się zawsze. I ja świetnie rozumiem, że w pewnym momencie nie ma się takiej swobody, jak kiedy było się osiemnastolatkiem (co nie zmienia tego, że są tysiące osiemnastolatków przerażonych podjęciem jakichkolwiek samodzielnych działań). Wiem, co to znaczy być odpowiedzialnym za drugą osobę, za siebie, za firmę, za zobowiązania finansowe i płynność finansową.

Tylko że to są dobre argumenty na rzecz tego, żeby nie być głupim, żeby podejmować skalkulowane ryzyko albo wprowadzać zmiany w sposób, który nie zabije cię fizycznie, emocjonalnie lub zawodowo.

Za to nigdy nie powinny być argumentami za tym, żeby usiąść na tyłku, zamknąć oczy i liczyć na to, że może wszystko samo się naprawi.

Mogę cię zapewnić o jednym – to się nigdy nie stanie, a ty nie chcesz czekać, żeby przekonać się, że pisząc to, od początku do końca miałem rację.

Dodaj komentarz

81 komentarzy do "Czy stać cię na BRAK zmiany?"

Powiadom o
avatar
100000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Owner.org.pl
Gość

no w końcu txt na poziomie.

Robert
Gość

Chyba literówka w 2 akapicie.

Małgorzata Piotrowska
Gość

Banał, ale czytam ten tekst w momencie, w którym całe moje dotychczasowe życie ma się zmienić i to w dość konkretny sposób. Studia, praca i życie w innym mieście, gdzie będę musiała sobie w 100 % radzić sama , a strach jest paraliżujący. Ale zgadzam się z każdym słowem, brak zmian wręcz zabija. Tak naprawdę najtrudniej podjąć decyzję, bo zawsze znajdą się jakieś argumenty, żeby nic nie zmieniać. Ale później, jest juz z górki :)

Kris
Gość

Ta sama sytuacja :) identyczna wręcz.

Autopogoń
Gość

hm, Twój post przyniósł mi nieco inne refleksje. chodzi tutaj o podcinanie skrzydeł osób, które próbują coś zrobić nieco inaczej niż inni. my wierzymy w to, że trzeba żyć z kredytem. wierzymy w to, że trzeba mieć własne mieszkanie i czujemy się odpowiedzialni za naszą rodzinę. i wydaje mi się, że to ta społeczna presja najczęściej trzyma nas w miejscu, bo zamiast działać i walczyć o szczęście swoje i swoich bliskich, zamykamy się w domu wybierając opcję „chujowo, ale stabilnie”. fajnie by było, gdyby więcej ludzi miało w sobie taką odwagę.

prz_
Gość

O tak, „ch****o ale stabilnie” to fraza, która towarzyszyła mi przez cały czas podczas czytania tego wpisu.
Ja bym nie był tak krytyczny wobec osób, które boją się podjęcia działań. A już tym bardziej, gdy ktoś ma depresję/coś-innego-w-ten-deseń. Wtedy racjonalność jest ostatnią rzeczą, o której myślimy…

Autopogoń
Gość

jasne, depresja istnieje. ale to my po części jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, więc myślę, że brak próby wyjścia z sytuacji również można tutaj uznać za brak zmiany. zresztą, wpis raczej nie mówi o takich przypadkach, ale o osobach, które mają możliwości, a ich nie wykorzystują, tylko tkwią w beznadziejnej i nie zadowalającej ich sytuacji.

Joanna Adamus
Gość

100 procent… racja. Naleze do tych odwaznych i podejmujacych wyzwania i nigdy nie zalowałam, nawet błędnych decyzji, bo i takich mam mnóstwo.

Tomasz Jaroszek
Gość

Bardzo dobry tekst. Szkoda, ze brak wiedzy finansowej rozkłada na łopatki życie wielu ludzi. Wystarczy ten cholerny kredyt, który często wcale nie jest potrzebny i już mamy sytuację, z której trudno wyjść. Paraliż decyzyjny rośnie wraz z sumą zobowiązań, chociaż i tak nie zmienia się sytuacja – nie da się wyjść z tego bez agresywnej zmiany. Ja dla komfortu życia, wynajmuję mieszkanie od 9 lat. I w ogóle mnie nie rusza, że „nie mam swojego kąta”. Bo w praktyce, to nie mój kąt, a banku ;)

Asia
Gość

Ja też wynajmuję i bardzo to sobie chwalę. Mieszkać mam gdzie, a jeśli miejsce mi się znudzi, albo będę musiała się przeprowadzić to się po prostu przeniosę. No problem. Nie wyobrażam sobie brania kredytu na 20, 30 lat, po to, żeby mieć ten własny kąt. Kupowanie domu pod kątem dzieci też jest bez sensu, bo mało kto już zostaje w domu po rodzicach.

IP3
Gość

Ja kupilem dom w kredycie na 30 lat i tez nie zaluje. Dodatkowo nie rozumiem jaki jest sens wynajmowania skoro rate kredytu mam o 30% nizsza niz cena wynajmu takiego domu. Fakt dom ciagle jest bardziej banku niz moj, ale za 20 lat bedzie juz TYLKO moj. Zmiana miejsca zamieszkania , pracy? Prosze bardzo, od ponad roku w nim nie mieszkam, wynajmuje go,a sam za pieniadze z najmu wynajmuje w innym miejscu i jeszcze mi na oplaty zostaje. Inna sprawa ze dla mnie rata kredytu to jakies 35% miesiecznych dochodow.

S.
Gość

Branie kredytu na dom/mieszkanie w którym mieszkasz to głupota. Na taki który wynajmujesz to inwestycja. Jeżeli masz dobrą lokalizację to łatwo to wynająć jeżeli nieruchomość znajduję się na zadupiu to kto od Ciebie to wynajmie?
Poza tym kredyt nie jest za darmo. Zapłacisz ostatecznie cenę za dom + odsetki i marżę do banku.

Agnieszka Dobroć
Gość

Komfort życia to coś o czym większość zapomina. Wszyscy mamy możliwość wyboru drogi , którą chcemy podążać , ale niektórzy widzą tylko tunel .

Paweł Zarębski
Gość

Bardzo ciekawy, trafny wpis. Pozwolę sobie dorzucić swoje trzy grosze. Emocje, emocjami. A realia finansowe, realiami finansowymi i w dużej mierze to one wyznaczają granicie na co nas w danym momencie stać, nie mówię o konsumpcji, ale właśnie o zmianie, o inwestycji w swoje życie. Do zmian potrzebujemy, oprócz odpowiedniej motywacji, chęci, trzech czynników: czasu, energii i pieniędzy. Na każdą zmianę potrzeba czasu, potrzeba sił i środków finansowych. W przypadku Karola, jest ciężko. Bo z tekstu wynika, że ma kredyt, ma też oprócz siebie trzy osoby do utrzymania. I teraz, jakie ruchy są możliwe ? Realnie. Jakie ma możliwości ? Bo w papier wszystko przyjmie. Przebranżowienie kosztuje, a awans to też nie jest takie chop – siup. Karol może zostawić pracę i zostać po roku: policjantem, strażakiem, strażnikiem więziennym, pracownikiem budowy, kierowcą autobusu, kucharzem. Po pierwsze zmienić zawód to nie jest tak szybko. Dzieci chcą jeść, żona chce wyglądać. A widełki na podanych przeze mnie stanowiskach (zaznaczam, że to początek kariery) od 2000 – 4000 PLN. Kredyt nadal zostaje, żona i dzieci także. Sytuacja się nie zmienia. Z tymże, że Karol jest teraz policjantem, strażakiem … no i tyle, ale każdy musi kimś być, by żyć i nie ma czym się grzać, nie jesteśmy dziećmi. Problem zaczął się wcześniej. Dlaczego związałeś się z kobietą, która nie wspiera Cię w utrzymaniu ogniska domowego (jesteś pantoflem ?). Dlaczego zrobiłeś dwójkę dzieci skoro masz problem z ich utrzymaniem ? Dlaczego kredyt 280 000, a nie odłożenie powiedzmy 70 000 i kupienie mieszkania mniejszego za mniejszym kredytem na przykład 80 000 tysięcy ?

Po prostu Karol, chciał nie wiem „poszaleć”, pokazać swojej wybrance jaki to nie jest obrotny, jak jest wstanie wszystko zapewnić i dokonał „samozaorania” finansowego. W jego przypadku nie ma prostego wyjścia, chyba że w zanadrzu jakiś spadek, pomoc członka rodziny, wciągnięcie do biznesu. Czyli znowu jakby pomoc z boku, „podanie z boku”. Karol może wyjechać za pracą za granice. Zwykłe prace widełki (4000 – 7000 PLN). Tylko znowu to są emocjonalne koszty. Życie na walizkach. Sam jestem ciekaw. Jakie konkretne porady dałbyś Ty Volant i tutaj czytelnicy tego bloga. W jaką branżę iść ? W co inwestować ? A w przypadku Karola z czego wziąć środki na inwestycje, by ruszyć z życiem rodziny do przodu ? Jestem ciekaw konkretnych odpowiedzi, a nie pytania czy stać Cię na brak zmian ? Nikogo nie stać. Ale co konkretnie robić ? I ile to kosztuje czasu i pieniędzy. Nie licząc nerwów. Bo to, że coś trzeba robić jeśli chce się zmian, no to chyba każdy tutaj wie.

13 dziecko baby jagi
Gość

Uwielbiam wysoki poziom Twoich wpisów. To zawsze w kilku słowach skumulowana szczepionka przeciwko pułapkom ludzkiego umysłu. Kto wie, może dzięki temu, że trafiłam na Twój blog, zmiany nadejdą szybciej niż mi się wydawało. Mnie tez nie stać na status quo! Pozdrowionka :)

katy...
Gość

Dobra jest książka „Spóźnieni kochankowie” W. Whartona. Polecam!

Jesteśmy różni, mamy różnie silną wolę, inne silne lub mniej silne psychiki.

Lęk przed zmianą może być paraliżujący i jeśli nie podejmiecie decyzji wspólnej, pamiętaj wspólnie bo jesteście jeszcze cały czas razem to będzie tylko gorzej, rozwiązanie samo nie przyjdzie. Jednak czasem potrzebujemy czasu by dojrzeć do tej myśli, by zrozumieć, że dalej tak się nie da żyć…. szczera rozmowa, może da się coś zmienić w tej „fabryce” – może są sposoby i wola by zaradzić i naprawić relację? Tego nie wiem.

Ale jeśli faktycznie nie ma wspólnego wypracowanego sposobu na naprawę szczególnie maszyny „uczuć”…. oj ciężko… może faktycznie jest to ten moment na zmianę.

Zawsze jest jakieś rozwiązanie, nawet sprzedać dom z kredytem… tylko czy, aż tak jest źle w związku, by podjąć taką decyzję?

Sebastian Lavender
Gość

Sorry Volant, ale wrzuciłeś głodny kawałek.
Coś w stylu idealnej recepty ekonomisty, na rynek idealny.
Tyle tylko, że podobnie jak rynek nigdy nie jest idealny, tak sytuacja człowieka nigdy nie jest jednotorowa.

Przytaczając wypowiedź pewnego bohatera polskiej komedii:

„Jeśli nie jesteś… musisz zadać sobie jedno bardzo ważne pytanie”.

Prawda jest taka, że 95% populacji „…jest..” Tutsi, Hutu, ma rodzinę albo zobowiązania.
A to kosmicznie zmienia sytuację – choćby z dostępnością środków finansowych na dalszy rozwój.
Skąd to wiem? Bo będąc sam, widzę na ile większą mam swobodę działania, niż osoby, które są przykute do 3 czy 4 „odważników”.
Do zmian, człowiek potrzebuje czasu wolnego, zasobów, energii – przy 3-4 „odważnikach” typu kobieta, dom, dzieci, kredyt, możliwości padają na pysk.

entropysphere
Gość

Oczywiście, że odważniki są cięzkie, ale jeśli nie poruszysz się, z nimi czy bez, to pozostaniesz w miejscu na zawsze. Model jest idealnie prosty, jeśli nie spróbujesz czegoś zmienic w życiu to samo sie to nie wydarzy…

Sebastian Lavender
Gość

No fajnie napisane, tylko konkrety poproszę.
„Coś zmienić”… czyli co zmienić?
Proszę o konkret – jakie masz możliwości manewru z kredytem, dziećmi, i słabą pensją?
Nie, żebym tych ludzi bronił, bo każdy ma własne życie i prawo je sobie spieprzyć, nie mniej zastanów się, jakie pole manewru, ma niewolnik życiowy?
Kredyt obrotowy? Zapomnij, bo masz hipotekę.
Praca 12-16h dziennie (własna firma + etat – u mnie półtorej roku na takim poziomie, zanim wszystko choć trochę się ułożyło )? Zapomnij, trzeba zająć się rodziną (dzieciak Ci się rozłoży i pozamiatane)..
Życie rodzinne i zawodowe na raz? Zapomnij, twój urlop i czas wolny od pracy podporządkowany jest nie życiu rodzinnemu, ale np. kalendarzowi targów branżowych czy rozkładowi zajęć dokształcających itp.
Fakt, czasem ułoży się perfekcyjnie – np. kobieta ma podobne ambicje i robicie to razem, ale są to są przypadki w granicy błędu statystycznego.
Najczęściej będziesz z problemem sam i kobietą/rodziną, która mimo wszystko chce mieć sporo Twojej uwagi..

Uwierz „zmiany” fajnie brzmią na papierze, bo papier wszystko przyjmie – z tekstem, że ludzie wszystko mogą włącznie.
Natomiast realia są takie, że po przekroczeniu pewnej granicy, zmiany samodzielne są awykonalne – spirala sama się nakręca, a Ty nie masz nad tym kontroli nawet w 10%.

Volant
Gość

Sebastian, nigdzie nie napisałem, że zmiany są łatwe. Napisałem, że brak zmian wcale nie jest lepszy.

Załóżmy, że Karol nic nie zmieni, bo podpisuje się w 100% pod Twoim komentarzem – jakie to może mieć konsekwencje?

Obecnie Karol pracuje w branży, która powoli, ale konsekwentnie się zwija, więc jeśli jej nie zmieni dostanie pewnego pięknego dnia wypowiedzenie. Stopy procentowe i marże są najniższe w historii, więc prawdopodobnie na przestrzeni trwania jego kredytu hipotecznego rata bez problemu może się podwoić i wtedy już nie będzie miał z czego spłacać kredytu. Będzie patrzył też na swoje dzieci, których nie będzie mógł wspierać w rozwoju, ani ułatwić im startu, bo nie będzie go na to stać i chociaż będzie się nimi zajmował, to jego dzieci dopóki nie dorosną na tyle, że zrozumieją, że zdarzają się ciężkie sytuacje, będą na niego patrzeć i myśleć, że nie mają za co go szanować, że nic ich nie nauczył, że nic nie osiągnął. Żyjąc w ten sposób dostaje zero satysfakcji z życia, a w pakiecie olbrzymie szanse na śmierć w wyniku zawału.

To są konsekwencje jego życia, które nadejdą jeśli nic nie zrobi.

Najgorsze skutki podjęcia działań są takie same – strata mieszkania, strata pracy, zawał, utrata szacunku dzieci.

I masz rację – nie napisałem co może zmienić. Po pierwsze dlatego, że wtedy wpis byłby trzy razy dłuższy. Po drugie dlatego, że to „coś” nie ma większego znaczenia. Nie zmieniając nic ma 0% szans na to, że jego sytuacja się zmieni (chyba że wydarzy się pomniejszy cud). W przypadku zmiany szanse są zawsze wyższe, niż 0%. Zastanawianie się czy coś zmienić czy nie, przypomina stanie w ślepej uliczce – wiesz, że donikąd nią nie dojdziesz, ale nie zawracasz i nie szukasz innej drogi, bo nie wiesz czy nie trafisz do innej ślepej uliczki.

Co może zrobić Karol?
1) Zmienić pracę – chociażby za te same pieniądze, ale w perspektywicznej branży lub na taką, w której będzie mógł się rozwijać
2) Porozmawiać szczerze z żoną, być może pierwszy raz od lat, o ich sytuacji i tym, co mogą zrobić wspólnie, bo wspólnie żyją i mają wspólne dzieci. Nawet gdyby ona poszła do pracy za minimalną krajową to uzdrowiłoby ich sytuację, bo mogliby np. dwa razy szybciej spłacić kredyt lub mieć środki, które można oszczędzać/inwestować
3) Wyjechać za granicę przedkładając krótkoterminowe niewygody na długoterminowe korzyści
4) Łączyć życie rodzinne i zawodowe albo rozwijając coś swojego po godzinach – wiem, że uważasz, że to słabe rozwiązanie ze względu na np. brak urlopów. Cóż, ja nigdy nie miałem urlopu i pracuję nawet w Wigilię.
5) Ograniczyć koszty – być może Karol może wynająć swoje mieszkanie i przeprowadzić się z rodziną do tańszego na jakiś czas? Może bardziej opłaca się sprzedać mieszkanie i zamieszkać pod miastem? Może warto zacząć prowadzić budżet domowy i ocenić czy pieniądze nie rozchodzą się na tzw. nie wiadomo co?

Jak myślisz, można coś z tego wdrożyć? Każdy z tych wyborów może być długoterminowo korzystny, a ta lista nie uwzględnia nawet „miękkich zmian” takich jak bardziej efektywne wykorzystanie czasu, zmiany priorytetów, zdobywanie nowych kompetencji itd. Obejmuje tylko to, co Karol i tak musiałby zrobić gdyby stracił pracę lub wzrosła rata jego kredytu, a to dwie ekstremalnie prawdopodobne scenariusze. Gdyby tak się stało, to też byś mu powiedział: „Nie no stary, ta praca była jedyną twoją szansą. Już nic nie zrobisz.”? Założę się, że nie.

Różnica jest taka, że jeśli Karol zrobiłby to sam odpowiednio wcześniej to robiłby to w celu poprawienia swojej sytuacji (i miałby szanse, że mu się to uda). Jeśli musiałby to robić to walczyłby już tylko o utrzymanie się na powierzchni, bo kiedyś się bał, że będzie ciężko.

prz_
Gość

Tak mi się wydaje, że po tym, gdyby (odpukać!) został zwolniony i odeszłaby od niego żona, to wtedy o zmiany byłoby o wiele łatwiej – bo po prostu nie byłoby już nic do stracenia.

Volant
Gość

I dokładnie o to chodzi. Tylko, że w rzeczywistości teraz też nie ma nic do stracenia (poza złudzeniami, że wszystko jeszcze będzie dobrze, a że ludzie wolą się łudzić, niż się męczyć to później kończą w miejscu, w którym nigdy nie chcieli być).

Paweł Zarębski
Gość

To się zgadza V. Można się zestarzeć marudząc i klepać swoją dolę. Albo wprowadzać zmiany. Ale trzeba mieć jaja. Pozdrawiam.

prz_
Gość

Czasem mam wrażenie, że dla większości komentujących na tym blogu ludzie bez tych mitycznych „jaj” to jakiś gorszy gatunek ludzi. A czasem po prostu nie idzie czegokolwiek zmienić, bo psyche zawodzi – i nic nie zmienia fakt, że w teorii ma się rozrysowany cały plan działania.

Volant
Gość

Psychikę też da się:
a) leczyć
b) ćwiczyć i wzmacniać.

Nie mówiąc już o tym, że psychika każdego zawodzi w jakimś stopniu. Pytanie co się z tym zrobi – czy przyklepie się to mówiąc: „Po prostu taki jestem, a inni mają łatwiej”, czy zapyta się siebie o to, co można z tym zrobić.

Nie mówiąc już o tym, że ciężkie przypadki, które zawsze ktoś w takiej sytuacji wyciągnie na podparcie swojej tezy są marginalne. Jasne, zdarzają się, ale zdarzają się z taką samą częstotliwością, co otyłość spowodowana chorobą. Jednak znacznie więcej jest osób, które są otyłe, bo mają spierdolone nawyki żywieniowe.

prz_
Gość

1. No zdecydowanie da się leczyć, ćwiczyć i wzmacniać, tylko czasami człowiek nie jest w stanie w ogóle się ruszyć, taką ma blokadę psychiczną (ale za tym idzie i blokada fizyczna) – a wokół nie ma nikogo, kto by nas „ruszył” (zresztą, w beznadziejnych stanach racjonalne argumenty konkretnie) Początek jest najtrudniejszy, potem jest już tylko z górki (no chyba, że trafi się na „specjalistów” co schrzanią sprawę).
2. „Po prostu taki jestem, a inni mają łatwiej” – o, pewnie niechcący, ale została poruszona ważna kwestia. Bo jest jeszcze jeden powód, dla których zmiany są tak trudne – bo może to oznaczać porzucenie części ważnych dla nas wartości, przynajmniej na jakiś czas.
3. Te „spier*olone nawyki żywieniowe” raczej rzadko biorą się same z siebie i najczęściej są mniej lub bardziej wpajane w domu rodzinnym.

Oczywiście gorąco zachęcam do zmian w życiu, ale też chciałbym zwrócić uwagę, by nie być tak bardzo krytycznym wobec ludzi, którym idzie to trudniej niż nam i nie określać ich „leniami”, „nieudacznikami z wyboru”, „wymówkowiczami” lub innymi podobnymi epitetami.

prz_
Gość

Cóż, nadzieja umiera ostatnia. I w ostatecznym rozrachunku może to i lepiej, bo czasami tylko ona trzyma nas przy życiu.
Anyway, mam nadzieję, że Karol nas czyta i świta mu już w głowie jakis niezły pomysł na zmianę na lepsze.

P.S. Tak mi jeszcze przyszło do głowy z tym meczeniem – i niestety trochę z autopsji – że w takich sytuacjach życiowych powodem może być… perfekcjonizm. Bo cokolwiek byśmy nie robili, dla nas i tak będzie niewystarczająco dobrze, więc po co się męczyć? No a nawet jeśli po coś, to będąc perfekcjonista każdy dzień może być meka, gdy widzimy, jak długa jest droga do choćby zblizenia się do momentu, w którym powiemy, że to, co robimy, jest na w miarę dobrym poziomie.

Paweł Zarębski
Gość

Ten komentarz Volant spokojnie mógłby pójść jako part II do bloga o Karolu. Ja znalazłem tu też coś dla siebie: „Po drugie dlatego, że to „coś” nie ma większego znaczenia. Nie
zmieniając nic ma 0% szans na to, że jego sytuacja się zmieni (chyba że
wydarzy się pomniejszy cud). W przypadku zmiany szanse są zawsze wyższe,
niż 0%. Zastanawianie się czy coś zmienić czy nie, przypomina stanie w
ślepej uliczce – wiesz, że donikąd nią nie dojdziesz, ale nie zawracasz i
nie szukasz innej drogi, bo nie wiesz czy nie trafisz do innej ślepej
uliczki”. Warto próbować choćby dla tego 1 % szansy.

Sebastian Lavender
Gość

Volant

Nie mylmy dwóch rzeczy.
Ja nie dyskutuję, czy brak zmian, jesl lepszy czy gorszy – choć znając życie, zależy od ludzkiej psychiki i priorytetów.
Znam sporo ludzi, którzy wolą stagnację, bo… jest w miarę stabilna i przewidywalna, z kolei wszelkie większe akcje traktują jako abstrakcję.

Możesz mówić, że coś w ich życiu może zmienić się na lepsze, ale pojawia się pytanie, czy „zysk przewyższy ryzyko”.
Wreszcie, czy z natury, jesteś skłonny podejmować decyzje w sumie w ciemno. Bo te mityczne zmiany mogą zaprowadzić szanownego Karola tak na wyżyny, jak i do sklepu po sznur na szyję

Anyway…

Mówię o czymś z goła innym, zmiany czasem nie są tylko trudne, czasem – w wyniku spieprzenia przeszłości – stają się praktycznie niewykonalne (choćbyś miał pełną głowę chęci i samozaparcie wołu).
Czasem z kolei ryzyko, jakie zmiany niosą jest tak duże, że facet z rodziną na karku ich nie podejmie, bo okaże się, że to ruska ruletka z 5 pociskami w bębenku.

Sebastian Lavender
Gość

Cholera wyszło masło maślane….

Generalnie chodzi mi o to, że do tego, żeby iść naprzód, modelować własne życie, potrzebna jest odpowiednia psychika.
Kto jej nie posiada, nie powinien grać własnym życiem w ruletkę.

Volant
Gość

Nie kupuję tego.

Powód nr 1

Jak czegoś nie masz (w tym przypadku odpowiedniej psychiki) to nie masz tego niezależnie od okoliczności. Jakbym nie miał ręki to nie miałbym jej w normalny dzień i wtedy, kiedy trzeba byłoby uratować swoje dziecko w scenie jak z „Króla Lwa”. W każdej sytuacji funkcjonowałbym w taki sam sposób i nic nie mógłbym zrobić. Tymczasem gdyby Karol stracił pracę to natychmiast uruchomiłby swoje sieci kontaktów, wysłał milion CV i zacząłby kontrolować swój budżet. Dopóki nie znalazłby nowej pracy byłby wzorem proaktywności.

Nie jest więc tak, że to kwestia mitycznej „odpowiedniej psychiki”. To kwestia poziomu motywacji, preferencji, stawiania swojego krótkoterminowego komfortu wyżej w hierarchii priorytetów niż długoterminowych korzyści itd.

Powód nr 2

Gdybym Cię zapytał, co to jest odpowiednia psychika, z dużym prawdopodobieństwem wymieniłbyś takie cechy jak odwagę, skłonność do podejmowania ryzyka czy wytrwałość. I to ma sens dopóki nie spojrzy się na te cechy pod kątem działań. Wtedy się okazuje, że podjęcie zmian np. zmiana praca, nie konkretnych działań np. zadzwonienia do dalszego znajomego, wysłania CV, ubrania się adekwatnie do przyszłego miejsca pracy itd. To nie są nadludzkie działania.

Powód nr 3

Psychikę się ćwiczy. Według Twojego nazewnictwa dzisiaj mam bardziej odpowiednią psychikę to podejmowania zmian, niż kiedy szedłem na studia, bo wtedy byłem przestraszonym gościem, bez wytrwałości i z wyjątkowo rozwiniętą umiejętnością wyobrażania sobie trudności czegokolwiek za co chciałem się brać. Jak podejmowałem jakikolwiek projekt np. chciałem nauczyć się rysować to odpuszczałem sobie po dwóch tygodniach, pierwszego samodzielnego bloga rzuciłem po czterech tekstach, jak zacząłem pisać książkę to napisałem piętnaście stron i to z wielkim bólem.

Rozumiem, że można nie akceptować tego, że „bycie sobą” to model, który można modyfikować. Sam tego nie akceptowałem. Wiem, jak to jest. Uważam za to, że warto dać sobie szansę i sprawdzić czy na pewno nie można być trochę lepszą wersją siebie. Wytrwałość, punktualność czy większy entuzjazm nie wymagają ryzyka. Wymagają tylko szeregu prób.

*

W rzeczywistości wszystko sprowadza się do jednego kluczowego przekonania, które napisałeś: „Znam sporo ludzi, którzy wolą stagnację, bo… jest w miarę stabilna i przewidywalna, z kolei wszelkie większe akcje traktują jako abstrakcję. Możesz mówić, że coś w ich życiu może zmienić się na lepsze, ale pojawia się pytanie, czy „zysk przewyższy ryzyko”.”

To dylemat wróbelka w garści i gołębia na dachu. Większość znanych mi osób wybiera wróbla w garści i patrząc na osoby z gołębiami w ręce wzdycha: „Fajnie byłoby mieć takiego gołębia. Ale wiesz, w taki sposób, żeby nie było trzeba wypuszczać z ręki wróbla”. Chcą żyć dokładnie tak samo, jak obecnie, ale dostawać rezultaty o 500% lepsze. To tak nie zadziała. Ja jestem przekonany o dwóch rzeczach:
1) Wróbel, którego ma się w ręce już zawsze pozostanie wróblem, a później zdechnie i zostanie się z niczym
2) Na świecie są miliony gołębi na dachach. Nie złapiesz jednego to złapiesz drugiego, piątego czy dziesiątego.

Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś wybiera wróbla w garści. Nie lubię tylko jak jednocześnie mówi, że wolałby mieć gołębia, ale nie ma możliwości, żeby go złapać. Możliwości ma zawsze – być może będzie go to kosztowało więcej energii, będzie musiał nauczyć się chodzić po dachach i konstruować pułapki na gołębie, ale wciąż może to zrobić.

Sebastian Lavender
Gość

Pozwól, że pominę „przystaweczkę” i przejdę do „schabowego”.

Ad 01.

„Po stracie pracy Karol natychmiast uruchomiłby swoje sieci kontaktów…”
Albo np. zacząłby się staczać w otchłań nałogów, mogłoby mu odwalić w ten czy inny sposób, bądź mógłby złapać depresję i popełnić samobójstwo.
Rozumiem, że chcesz motywować ludzi, ale moim zdaniem, niepoprawnym optymizmem jest zakładać, że wszystko potoczyłoby się zgodnie z idealnym scenariuszem.

Ad 02.
„Gdybym Cię zapytał, co to jest odpowiednia psychika…”
Podejmowane działania, warunkowane są cechami charakteru, są – że wyrażę się slangiem biologii – fenotypem cech charakteru (widocznym objawem).
Zatem moim zdaniem cały czas rozbija się wszystko o cechy charakteru.

AD 03.
„Psychikę się ćwiczy…”

Tu się zgodzę, psychikę można modelować i rozwijać – wręcz powinno się to robić.
Nigdy jednak nie przeskoczymy własnego potencjału.
Owszem są ludzie, którzy mają granice odporności psychicznej bardzo wysoko, tym ćwiczenia i dyscyplina pomogą wynieść się daleko ponad przeciętność.
Jednak z drugiej strony, nie oszukujmy się, nie ma takich ludzi wielu, nosorożec nie zostanie jednorożcem…

„Według Twojego nazewnictwa dzisiaj mam…”

Japończycy mają takie powiedzenie, że talent bez ćwiczeń, wart jest tyle samo co brak talentu.

W skrócie oznacza to, że nie masz psychiki mocniejszej niż miałeś kiedyś.
Masz natomiast doświadczenia, które dały Ci
możliwość pełniejszego korzystania z własnego potencjału.

I teraz, moim zdaniem budzenie – w przeciętnych ludziach – złudnych nadziei, że mogą wszystko, to skazywanie wielu z nich na klęskę i depresję.
Choć z drugiej strony, Konfucjusz kiedyś powiedział, że:
„Jeśli komuś sił nie starczy do końca, ten ginie po drodze”.

Volant
Gość

A sorry, zapomniałem, że jak ludzie tracą pracę to masowo popełniają samobójstwa :( Masz 100% racji.

Sebastian Lavender
Gość

Czyli że co? Ryzyko, że podpuszczony jegomość dokona „samozejścia”, albo trwale skończy na antydepresantach nie występuje?
Popatrz choćby na statystycznego czytelnika Twojego bloga.
Nie obrażając nikogo, można powiedzieć, że znaczny odsetek jak owce, potwierdza każde słowo.
Nie mają krytyki, nie mają jakiejś szerszej refleksji wierzą w internetową propagandę sukcesu.
Sam powiedz, ilu z tych ludzi, tak Cię tu chwalących, rozbiłoby się o pierwszą ścianę na „nowej drodze”?

mallgos
Gość

Pamiętam jak byłam kiedyś w stolicy na szkoleniu z ubezpieczeń i pan tak fajnie powiedział, że psychika to też mięsień, można ją ćwiczyć, krok po kroku rezygnując z pewnych nawyków myślowych będzie stawała się silniejsza. I prawdą jest, że jak panicznie boisz się zmian to zacznij od małych, nie rzucaj się od razu „do oceanu”. W tym wszystkim nie chodzi o wprowadzanie zmian dla samej zasady, że coś w życiu musi się zmieniać, bo jak tak bardzo chcesz stać w miejscu to sobie stój – twoje życie, twoja sprawa.
Chodzi o to, by się rozwijać w różnych kierunkach, by sobie to życie ulepszać lub wycofywać się z obszarów, w które niechcący zabrnęliśmy, albo tez myśleliśmy, że będzie nam tam fajnie, a nie jest. Generalnie to wszystko jest lepsze od narzekania ;-)
Ps. Gorzej, gdy człowiek pragnie zmian, a nie wie jakich.

Paweł Zarębski
Gość

Widzę Pani Sebastianie, że patrzymy na ten „problem” z podobnej perspektywy. Pozdrawiam i życzę szerokości.

Patryk Wójcik
Gość

Jeżeli nie jesteś gotowy na zmiany, musisz przygotować się na to, że ktoś inny spełni twoje marzenia. Ktoś inny pojedzie na twoje wymarzone wczasy. Ktoś inny postawi na swoim podjeździe twoje wymarzone auto. Gorzej, jak przyjdzie taka chwila, że ktoś inny zajmie się twoją żoną.

Zmiany są takie straszne i przerażające, bo wyobrażasz sobie, że nie dasz rady, że będzie tylko gorzej. Ale pomyśl o tym chwile. Czy brak zmian, nie działa dokładnie tak samo? Czy to właśnie brak zmian, stagnacja, jest tylko oczekiwaniem na czas, kiedy będzie gorzej?

Ze mianami jest tak, że nie da się ich zatrzymać. Życie stale się zmienia, my stale się zmieniamy. Pytanie tylko, czy kontrolujesz w jakiś sposób przebieg tych zmian. Czy tylko czekasz na to, co przyniesie ci los. Branie spraw we własne ręce, wiąże się z wzięciem pełnej odpowiedzialności za swój sukces lub porażkę. A czekanie na to, co przyniesie ci los, zawsze zostawia ci otwartą furtkę, abyś mógł ponarzekać na niesprawiedliwy świat.

Ludzie myślą, że w życiu przychodzi taki moment, w którym można nacisnąć STOP. Zatrzymać wszystko, niczym klatkę na filmie wideo. Myślą sobie, że można to wszystko zamrozić. Życie zmienić w wykuty w skale posąg. Tak już ma być zawsze. Nic ma się nie zmieniać, bo cokolwiek będzie się działo, będę się tego bał. Nie ma jednak na tym świecie takiej siły, która pozwoliłaby nam tak działać. A nawet jak by była, to i tak byśmy się bali, wypatrując końca naszych spokojnych dni.

Zmiany w życiu albo akceptujesz i starasz się nad nimi panować, albo stale żyjesz w strachu. Zarażasz tym strachem swoich bliskich. Ten strach odpycha od ciebie ludzi. Przestajesz się uśmiechać, rozmawiać. Zamykasz się w sobie obgryzając paznokcie. Ten strach zjada cię od środka. Nie chcesz zmian, ale one i tak przychodzą. Chcesz choć na chwilę wstrzymać oddech i zapomnieć. Jednak stale się boisz.

A może właśnie wybiła ta godzina, w której chcesz to wszystko zmienić? Może jest to najlepszy czas, aby wszystko rzucić i zacząć od nowa. Masz zobowiązania, więc nie jest to takie proste. Jednak czy życie twoich bliskich będzie prostsze, jak strach zje cię od środka. Jak stres, nerwy i zmartwienia, zmienią cię w żywego trupa? Czy łatwiej im będzie wtedy w życiu, kiedy zostaną z kredytem i całym zmartwieniem? Nie wiem czy w tej sytuacji możesz pozwolić sobie na BRAK zmian. Ile jeszcze wytrzymasz? Czy dziś, nie jest najlepszy czas na zmiany?

entropysphere
Gość

Ze zmianą jest jak ze skokiem na bungi, jak nie skoczysz na pierwsze „Raz! Dwa! Trzy!” to potem jest tylko trudniej. Im dłuzej tkwi sie w schemacie tym trudniej go zmienić.

Godzina na zmianę nie wybija, ona cały czas trwa, najwyżej może sie skończyć…

prz_
Gość

Myślę, że straszniejsze jest to, że możemy x razy próbować – i wszystko na marne. Wydaje mi się, że ludzie lubią widzieć sens w swoich działaniach (strzelam, że wielu ludzi wolałoby gorzej płatną pracę, ale taką, w której czują się spełnieni, czując, ze robią coś, co ma sens).
Tak więc najgorsza jest próba zmian, gdy już kilka razy się nie udało. Gdzie wtedy szukać motywacji i wiary, że tym razem się uda?

Kolorek23
Gość

Uwielbiam takie osoby jak Ty (oczywiście Volanta także w końcu to biznesman i ciut może nie łapać już kontaktu z czas=pieniądz). Którzy wierzą, że wszystko się udaje – wiesz ile w Polsce na rynku zostaje firm po roku działalności 10% z czego ogrom to samozatrudnieni z umową z jakąś firmą a nie biznes.

Dam Ci jedno zajebiście proste zadanie, ale serio bardzo proste i banalne, które rozbije twój światopogląd w pył tak jak w pył rozbija oczekiwania studenta rynek pracy, bo ten uważał że papierek mu da pracę.

Jesteś człowiekiem zarabiającym 5 tyś zł miesięcznie na rękę, czysto wpada Ci na konto 5k zł.
Za mieszkanie płacisz 1200zł kredytu, na życie wraz z żoną i dzieckiem wydajecie 1300zł.
Dziecko, żona jak i zarówno Ty potrzebujecie czasem ubrań, jakiegoś przedmiotu, średnio wychodzi to 500zł / msc. Masz auto, którym dojeżdżasz do pracy, masz blisko i udaje Ci się wydać na paliwo nie więcej niż 200zł/msc. Co miesiąc przychodzą rachunki do zapłaty (prąd, woda, opłata osiedlowa, parking, internet, telefon ) łącznie około 500zł / msc. Auto potrzebuje ubezpieczenia, które kosztuje 1000zł rocznie (czyli około 90zł/msc ), a przecież auto to też inne wydatki, przegląd, opony, części eksploatacyjne, klimatyzacja, wychodzi kolejne 1000zł rocznie.

Zostaje Ci bardzo niewiele, nie napiszę ile byś sobie uświadomił jak niewielka jest to kwota. I teraz warto wziąć pod uwagę:
- chorobę
- nieprzewidziane wydatki, choćby wycieczka dziecka w szkole, niby 100zł ale wpływa mocno
itp
Albo plany długoterminowe:
- kolejne dziecko
- nowe auto czy też naprawa

Tutaj dałem Ci bardzo optymistyczną wersję i jest jeszcze z czego te wydatki dodatkowe pokrywać. Jasne żona może iść do pracy, ale czy tego serio chcesz? Dba o dom, dba o dziecko, prawdopodobnie. Jeśli żona nie ma pracy to prawdopodobnie znajdzie taka za minimalną krajową i efekt dodatkowy do budżetu niewielki a życie spadnie
Dziecku nie dasz na wycieczkę ? Nie dasz kieszonkowego… lepiej jak wyrośnie na odludka albo będzie miał(a) problemy bo będzie czuł/a się gorszy/a?

Rzucenie pracy jest proste, jednak powiem Ci że jak już ją rzucisz to firma rozpocznie poszukiwania nowego pracownika, nie bedzie czekać z otwartymi rękami jakby Ci się nie udało. A zawsze 5k jest lepsze niż 0. Ponadto podwyżki są i stanowią minimalne ryzyko utraty pracy.

Dodatkowe nadgodziny? Które odbiją się na twoim życiu prywatnym czy dodatkowe 500-600zł jest powodem by wypalić się w młodym wieku?
Druga praca? Serio, ktoś tutaj dał taką propozycję. Nie samym budżetem człowiek żyje, jasne jak wymaga on podniesienia to się tym żyje, ale różnicy między 1000zł co zostaje na miesiąc a 2000zł się aż tak nie odczuwa. Chcesz żyj jak pracocholik.
Każda próba stworzenia biznesu to także poświęcony czas i jasne fajnie go poświęcić, niemniej każdy ma 24h jeśli już 8h często 9h poświęcasz pracy, 7h na sen to zostaje Ci tylko 8h dla rodziny. Z czego i tak godzinę poświęcasz dla siebie (prysznic, jedzenie, wc itp ).

Trzeba wiedzieć kiedy ryzyko to tylko kasa a kiedy ryzyko od początku jest utratą czegoś innego, a ryzyko częściej się nie opłaci i to nie jest pesymizm, lecz realizm.

Patryk Wójcik
Gość

Wiesz co, masz rację Przekonałeś mnie.
Zdecydowanie uważam, że lepiej od razu się załamać. W końcu wspaniale jest żyć w mieszkaniu na które nas nie stać. Nie ma nic lepszego niż samochód, na który również nas nie stać. Pewnie i telefon, trzeba było kupić z najwyższej półki, bo w końcu i tak nas na nic nie stać, więc co to za różnica? Zdecydowanie się z Tobą zgadzam i zaczynam załamywać ręce.

Kolorek23
Gość

Nie miałem na celu cię przekonywać miałem na celu jedynie sprowadzić Cię z bujania w obłokach.
Jak Cię nie stać ? Zostaje Ci jeszcze po miesiącu wg wzoru, lepiej mieszkać w obskurnym mieszkaniu ale by zostawało 400zł więcej w kieszeni ? Czy naprawdę rozwój siebie to tylko i wyłącznie kasa kasa i kasa. Mój post miał uświadomić jak bardzo wiele innych rzeczy może ucierpieć na ślepo podążaniu za pseudosukcesem.
Jeśli na coś nas stać warto to mieć a nie odkładać na starość, która być może nie nadejdzie, być może nie będzie Ci dane cieszyć się tym na co odkładasz. Warto mieszkać w lepszym miejscu jeśli jest to koszt 500zł więcej, bo i to odbija się na psychice.
Nie stać na samochód, jasne jeździj komunikacją miejską a później 2km piechotką. Nigdzie nie napisałem że jest to samochód drogi czy coś, 2tyś zł kosztuje każdy samochód rocznie i jeśli serio tego się czepiłeś to znaczy że twoje roczne dotychczasowe przychody są równe 0zł, więc nie powinieneś się wypowiadać.
Telefon jest potrzebą wyższego rzędu to można kupić z niższej półki choć sam mam z wysokiej ale takie co mają 2-3 lata na rynku. Dlaczego? Bo jeśli sprawdzam telefon średnio 50 razy na dobę, to chce żeby on się nie zacinał – proste, nie będę oszczędzał na swoim zdrowiu bo 500zł może zostanie w kieszeni czy tam więcej ale telefon dotykam codziennie, codziennie ze spokojem go używam a nie jak „oszczędzający” z każdym kolejnym użyciem się wkurzają że coś się zacięło.

Zrozum, że życie jest po to by korzystać. Jeśli Karol troszkę przesadził jasne powinien poszukać alternatyw, ale pierw tych najprostszych jak rozmowa z szefem. Jego branża upada spoko, niech poświęci 1h dziennie na coś innego ale nie szaleńczo na już jak ma wydźwięk ten post a tym bardziej twoje.
Czemu też miałby załamywać ręce? Przecież ma dobre życie,szczęśliwe. Rodzina jest ważna, posiadanie kogoś bliskiego bardzo ważne, dziecko to zarówno efekt instynktu jak i potrzeby. Karol powinien spojrzeć na siebie z boku i zauważyć jak wielu biznesmanów aż tak się odcięło od wszystkiego że wracają do swoich luksusowych mieszkań i nikogo tam nie ma, a przynajmniej takiego któremu nie płaci.
Nie mówię, że bogactwo jest złe, jest super, ale kiedy pada na oczy jest kiepskim rozwiązaniem. Podobnie jak pułapka rozwoju. Praca nie jest celem, tak samo jak pieniądze, celem jest szczęście a te dwa wcześniejsze tylko środkami by je mieć ( ale i to nie jest konieczne )

Volant
Gość

Kolorek23, doceniam Twoje komentarze, ale mam wrażenie, że trochę sobie dośpiewujesz pisząc np. ” Jego branża upada spoko, niech poświęci 1h dziennie na coś innego ale nie szaleńczo na już jak ma wydźwięk ten post a tym bardziej twoje. ”

Otóż ten post nie ma takiego wydźwięku i gdybyś przeczytał go uważniej zauważyłbyś ogromnie ważne zdanie: „to są dobre argumenty na rzecz tego, żeby nie być głupim, żeby podejmować skalkulowane ryzyko albo wprowadzać zmiany w sposób, który nie zabije cię fizycznie, emocjonalnie lub zawodowo.”

Pracę można zmieniać (czyli płynnie przenosić się z jednej do drugiej), a nie tak jak mówisz – rzucać (można też negocjować podwyżkę – pełna zgoda). Na projekt na boku można poświęcać tyle, ile poświęca się go chociażby na siłownię czyli 8-10 godzin tygodniowo. Żona nie musi zostawiać dzieci, ale może robić coś w domu zamiast oglądania: „Dlaczego ja?” – może na przykład robić rzeczy typu DIY i wystawiać na Allegro albo jak uwielbia robić sobie paznokcie to może nauczyć się je robić bardziej profesjonalnie i robić je też np. koleżankom i koleżankom koleżanek. Jest dużo opcji, które nie zabijają fizycznie, finansowo lub mentalnie.

Nie zgadzam się też, że życie jest po to, żeby z niego korzystać. To znaczy zgadzam się, ale połowicznie, bo moim zdaniem chodzi o równowagę między korzystaniem z dzisiaj, ale w taki sposób, żeby nie podcinać sobie możliwości jutro. I tak jak trzeba umieć zauważyć, kiedy nie opłaca się ryzykować tak samo trzeba umieć zauważyć moment kiedy przejada się wszystkie możliwości teraz, a przyszłość rysuje się w ciemnych barwach. W przypadku Karola on osiągnął już max swojego życiowego sukcesu – dzieci będą kosztowały go coraz więcej, kredyt prawdopodobnie też, jego zarobki nie wzrosną, a on nie stanie się, ani młodszy, ani zdrowszy, ani nie będzie miał więcej energii i kreatywnych pomysłów. Jego jutro będzie z wielkim prawdopodobieństwem sporo gorsze niż dzisiaj. To co najlepsze zostawił już za sobą. Dlatego tak ważne jest, żeby mieć satysfakcjonującą teraźniejszość i szanse na dobrą przyszłość. On w przyszłość nie inwestuje nic.

Zgadzam się też z Patrykiem, że nie stać go na ten samochód ani na mieszkanie – dokładnie z tego powodu, który napisałem wyżej – bo sprawiają, że 100% swoich zasobów zużywa na bieżąco. W tych warunkach nawet nie ma co myśleć o podjęciu zadań, które być może zaowocują w przyszłości, ani chociaż bezpiecznej poduszki finansowej. Samochód jest niezłym przykładem – zanim kupiłem swój pierwszy samochód podliczyłem koszty eksploatacji i paliwa w kwocie powyżej tego, co wydawałem na komunikację miejską. W moim przypadku oznaczało to koszty ok. 500 zł miesięcznie, czyli 6000 zł rocznie. Uznałem, że jestem w stanie ponosić te koszty, kiedy zarabiałem ok. 8 000 zł rocznie. Miałem wtedy 27 lat, a prawo jazdy zrobiłem w wieku 18 lat. Gdybym kupił dowolny samochód w wieku 18 lat (na który było mnie stać, ale uważam, że nie stać byłoby mnie na koszty jego utrzymania) to puściłbym w powietrze 54 000 zł, a komfort mojego życia nie wzrósłby znacząco – nie miałbym więcej, kobiet, nie rozwinąłbym szybciej biznesu, moje neurony nie przekazywałyby informacji trzy razy szybciej. Kiedy jechałem z dziewczyną z klubu to po prostu brałem taksę. 54 000 zł to nie wydaje się wiele, ale jest to przyzwoity własny wkład na mieszkanie, albo całkiem dobry kapitał na rozpoczęcie trzech różnych działalności gospodarczych, albo pieniądze na opłacenie studiów MBA, albo na przeżycie kilku miesięcy za granicą jeśli chcesz pracować na stałe np. w Katalonii, albo chociaż większe dofinansowanie mieszkania, dzięki czemu w perspektywie 30-letniej nie oddasz bankowi pożyczonych od niego 54 tysięcy i 54 tysięcy odsetek od pożyczonego kapitału.

Jasne, było to trochę niewygodne, ale zyski z tego były niewspółmiernie wyższe. Dzięki temu (obok wielu innych opłacalnych długoterminowo wyborów) teraz zarabiam 15 000 – 20 000 zł miesięcznie (a Ty możesz pisać, że nie łapię już kontaktu z rzeczywistością, chociaż niewiele wiesz o moich wyborach, priorytetach i doświadczeniach). Jestem przekonany, że gdyby nie to, obecnie byłbym dużo uboższy i znacznie bardziej sfrustrowany. Ludzie powszechnie nie doceniają wpływu drobnych zmian na ich życie w długiej perspektywie.

Nie mówię, że to jest idealne podejście. Być może Karola w pełni satysfakcjonuje jego sytuacja (w co osobiście mocno wątpię, ale tego nie wykluczam). Mówię za to, że jest to alternatywa do konsumpcji wszystkich zasobów tylko dzisiaj, bez dbania o to, żeby w przyszłości też mieć jakąś rozsądną teraźniejszość.

Uważam też, że czasem warto poświęcić rok, dwa, czy pięć lat życia, żeby „kupić” sobie dobre kolejne 40 lat nie tylko dla siebie, ale również dla swoich dzieci, ale to podejście, które działa u mnie. Nie zamierzam go nikomu narzucać.

Patryk Wójcik
Gość

I tu właśnie pojawia się ta drobna różnica, za sprawą której, tylko nieliczni osiągają w życiu sukces. Volant z Twoim dorobkiem trudno dyskutować, piszesz poczytnego bloga, masz w swoim dorobku książki. Widać, że umiesz liczyć i planować w dłuższej perspektywie. Jednak Twoje kalkulacje nie są pesymistyczne. To podejście, które mimo trudności, daje jakąś nadzieję. Oczywiście nie wszystko się uda i raczej nikt nie powie, że będzie łatwo. Jednak widać w tym jakieś światełko. Takie podejście jest mi bliższe. Natomiast w tym co pisze Kolorek23 czuję nutę pesymizmu. To jego sprawa, jego podejście. Jednak wolę, aby ludzie wokół mnie byli szczęśliwi i uśmiechnięci, dlatego ze swojej strony, nie roztaczałbym nad wszystkim, takich ciemnych chmur.

A z tym, że praca nie jest celem, się zupełnie nie zgadzam. Oczywiście, jeżeli nienawidzisz swojej pracy, swojego szefa i swoich współpracowników, masz prawo tak powiedzieć. Jednak ja uwielbiam swoją pracę. Każdego dnia staram się dać coś od siebie innym. Jestem psychologiem, więc z pesymizmem świata mam do czynienia na co dzień, jednak jest takie miłe uczucie, kiedy choć jeden z klientów, zacznie dostrzegać inne rozwiązania. Na początku swojej drogi zawodowej miałem wybór: albo pracować za spore pieniądze u kogoś innego, zacząć od niezłych pieniędzy ale nie mieć pewności, czy będzie szansa na późniejszy rozwój. Albo drugim wyjściem było pójść na swoje i zacząć od zera. Zaczynasz od samego początku i zamiast zastanawiać się co zrobisz z nadwyżką pieniędzy, musisz zastanawiać się, jak dopiąć miesiąc. Jednak przyszłe zarobki i rozwój są w Twoich rękach. Wybrałem drugą opcję. Mija rok i mam się dobrze. Nauczyłem się przez ten rok wiele, jednak wiem, że stale jest coś do nauki. Jednak uwielbiam swoją pracę i jest ona jednym z moich życiowych celów. Zawsze chciałem pomagać innym, a teraz po prostu mogę to robić.

prz_
Gość

„a Ty możesz pisać, że nie łapię już kontaktu z rzeczywistością, chociaż niewiele wiesz o moich wyborach, priorytetach i doświadczeniach” – w takim razie chętnie poczytamy ;) Bo bez tego faktycznie można czasem odnieść wrażenie, może nie tyle nie łapania kontaktu z rzeczywistością, co życia w trochę innej rzeczywistości – gdzie może i pracuje się w Wigilię, ale ma się czas (i pieniądze – choć akurat podróżować można i z bardzo niskim budżetem) na wycieczki (i to dłuższe niż jednodniowe).

entropysphere
Gość

Trafna uwaga z tym pochówkiem.

Każda zmiana ma swoje koszty. Gaugain, zanim został malarzem pełną gęba sprzedawał brzent, miał żone i dzieci. Wybrał malarstwo co spowodowało, ze zostawiła go żona i stracił kontakt z dziećmi, Mógł za to bzykac nastoletki na Martynice i Tahiti.

Rzeczony Karol nie może oczekiwać zmiany bez kosztów. Paweł (powyżej) potrzebuje orac na studiach, żeby mieć dyplom. I każdy inny tak samo. Wyjście ze strefy komfortu jest nieprzyjemne i wymaga wysiłku.

Paweł Zarębski
Gość

Zgadzam się w_w i entropysphere. W_W wyczerpałeś temat i się zgadzam z Tobą. Każdy podejmuje decyzje, każdy powinien podejmować samodzielne decyzje, bo sam poniesie koszty tychże. Po prostu wczułem się w sytuację Karola. Jeżeli płaci ratę kredytu powiedzmy 2000 PLN + media + koszty posiłków dla czterech osób + od czasu do czasu kupno RTV / AGD + opłaty za samochód (ewentualne naprawy) + benzyna + ubranka dla dzieci / lekarstwa / później koszty edukacji + jednorazowo meble + konieczne remonty od czasu do czasu . Za średnią krajową około 4160 brutto (co po odjęciu składek Zus i na ubezpieczenie zdrowotne) daje niecałe 3000 PLN. Szybko licząc za średnią krajową nie da się utrzymać takiej gromadki i siebie na godny, poziomie. Tak wyglądają realia w Polsce. To jest matematyka. Błąd był zrobiony wcześniej. Karol dużo zarabiał, więc szybko wziął kredyt w granicach tamtej dobrej koniunktury, rozpieścił partnerkę, która nie chce iść do pracy i mamy sytuację patową. To o czym piszesz W_W to prawda a to co ja napisałem to jakby uzupełnienie do tego co skomentowałeś. Emocje, emocjami, ale kasa kasą, trzeba wziąć notatnik zestawić przychody z rozchodami i mamy czarno na białym gdzie jesteśmy i co możemy. Karol powinien namówić żonę żeby poszła do pracy, sprzedać mieszkanie i kupić mniejsze. Ciąć koszty. Branson mówił o inwestowaniu, tylko on właśnie miał z czego inwestować, Karol nie ma. Entropysphere zgadzam się. Co do studiów z których jestem zadowolony chciałem pokazać jak to właśnie z ekonomicznej strony wygląda. Wszystko kosztuje pieniądze, czas i energię. Papier papierkiem. Może pozwolić awansować w firmach sektora państwowego, w firmach prywatnych mogą patrzeć inaczej, ale nie zawsze. Ja oprócz papierka potrzebuje jeszcze konkretnych umiejętności za które się płaci, bo sam papierek (jestem mgr, czy jestem inż.) nikogo za bardzo nie obchodzi, ludzie powiedzą acha, fajnie i każdy idzie do swoich zajęć. A Karola mi nie żal, bo to jest jakby drugie dno tekstu Volanta, w czasie koniunktury przeżarł kapitał, nie zainwestował, koniunktura się skończyła i mamy to co mamy.

Eremka Kaniovvska
Gość

dzięki za szczegóły bo w tych szczegółach diabeł tkwi

Paweł Zarębski
Gość

Jeśli mój komentarz w czymś pomógł, to cała przyjemność po mojej stronie.

io
Gość

Sama latami byłam taką żoną. I to ja, o dziwo, z tym skończyłam i odeszłam. Z tego, co widzę kobiety mają problem z szanowaniem zwierząt jucznych będących ich mężami. Karolowi poradziłabym zacząć od żony. Jeśli tego nie zrobi i tak prędzej czy później prawdopodobnie albo go rzuci dla zaznania nowości z kimś nowym w swym nudnym życiu, albo na skutek bezczynności i ciamkania się w sobie dostanie depresji. I tak źle, i tak niedobrze.
Ja jebnęłam wszystkim, mam w końcu pracę, mieszkam z synem w wynajmowanym domu, śpię na wynajmowanym łóżku, nawet psa mam wynajętego :)
I od tego się nie umiera. W ogóle od niewielu rzeczy się umiera. Jak się okazało.
A były mąż? Okazało się, że było mu niewiele lepiej niż mi. Często się bał. A teraz? Jest lepszym, staranniejszym ojcem, złapał wiatr w żagle, ewidentnie odrastają mu jaja :)
Przepraszam za wyrażenie.
Pozdrawiam znad wynajętej klawiatury wynajętego komputera. A działa tak samo! ;)

S.
Gość

A wynajmowanie jest często lepsze niż posiadanie czegoś na własność. Gdyby było inaczej to firmy nie brały by samochodów w leasing tylko kupowały by je na własność.

@agnesonthecloud
Gość

Świetny tekst.
Zmiana zawsze wiąże się z odpowiedzialnością, dlatego łatwiej przegrywać. Jako bonus można dostać współczucie innych.
Pozdrawiam:)

entropysphere
Gość

„Naturalną cechą człowieka jest poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa” – dla części osób tak, dla częsci zdecydowanie nie. Sąosoby, które w takiej sytuacji sie po prostu duszą.

prz_
Gość

Myślę, że jest stabilizacja i „stabilizacja”. Czym innym stabilizacja typu „wystarczy mi kasy na wszystko, na co chcę i mogę nawet coś odłożyć”, a czym innym „siedzę na d***e i od 10 lat robię to, czego nie lubię”.

mallgos
Gość

a mi stabilizacja jakoś kojarzy się z fajną rodziną, a nie trzymaniem się beznadziejnej pracy.

Ania Orzech
Gość

Polecam w tym kontekście tao teh ching, rozdzial 76: http://www.wussu.com/laotzu/laotzu76.html

Ania Jankowska
Gość

Szkoda tylko ,że to modlitwa zachęca do działania , podejmowania inicjatywy. Bóg uwielbia ludzi z inicjatywą i daję siłę do zmiany.On jest siłą niezawodną! Człowiek kocha siebie i jest sobą wtedy gdy się zmienia. Kto stoi w miejscu ten się cofa. I liczy się konkret i działanie.

cw
Gość

Volant czemu ze strony zniknęły takie artykuły jak „Wyrzuć te glany” albo „Jak chcemy żebyś się ubierała?” :)

Volant
Gość

„Jak chcemy żebyś się ubierała?”, bo większość zdjęć z tamtego wpisu była nieaktualna (w oryginalnym tekście były one pobierane z serwerów innych stron, więc kiedy wchodziłem w ten tekst widziałem tylko puste miejsca). Mogłem uzupełnić ten wpis nowymi zdjęciami, ale bez załatwienia licencji od fotografów byłoby to nadużycie praw autorskich. Kiedyś miałem w tym zakresie mniejszą świadomość, ale dzisiaj uważam, że to nie byłoby w porządku.

„Wyrzuć te glany”, bo był powiązany z „Jak chcemy żebyś się ubierała?” i pomimo dobrej tezy nie był to wybitny tekst. Zmieniło się też moje postrzeganie niektórych zjawisk, bo o ile dziewczyny w glanach nie zaczęły być masowo atrakcyjne, to jednak życie udowodniło, że kobiety w conversach mogą być już równie seksowne, co te w szpilkach (chociaż wciąż moim zdaniem nie dorównują klasycznej elegancji).

cw
Gość

Dzięki za odpowiedź!
Ale błagam, te teksty były dobre… Poważnie zmieniły moje podejście do tego co mam w szafie. Teraz chciałam sobie do nich wrócić a tu kicha :( Te teksty mogłyby istnieć w sieci nawet bez zdjęć. Teraz będziesz miał na sumieniu hippisowskie sukienki w szafach dziewczyn :D
Może w przyszłości stworzysz nowy tekst poruszający te tematy? :)

Volant
Gość

A to akurat dobry pomysł, żeby napisać coś bardziej aktualnego na ten temat.

cw
Gość

Ale się cieszę! nie mogę się doczekać :) Pozdrawiam – Marcelina

Kolorek23
Gość

Napiszę jak Karol, o zmianach łatwo mówić. Jeśli jest się młodym można w każdej chwili zmienić branże, natomiast kiedy twoje życie nabiera coraz więcej statycznych płatności nie można od tak sobie stwierdzić zmieniam pracę. Jasne poszukiwać pracy można po pracy, niemniej w każdej pracy jest okres testowy, nie sprawdzisz się i co? Wrócisz do starej ? Po 3 miesiącach? Kiedy już firma podjęła działania i nie tylko zatrudniła kogoś i wyszkoliła? Ma znów podpisać z tobą umowę? Skoro raz odszedłeś jasne że nie zrezygnowałeś i wróciłeś bo musiałeś, jesteś zbyt dużym ryzykiem, a nowy pracownik przychodzi z nowymi siłami.

Mam wrażenie że obracasz się w wyższych sferach gdzie obroty miesięczne liczy się co najmniej w 5 cyfrach, kiedy większość mających problemy takie jak opisał Karol bliżej do 4 tyś zł.

Gdyby dać komputerowi do obliczeń czy warto odejść z pracy odpowiedź brzmiałaby nie, jest to logicznie poprawne. Jeśli dziś zarabiasz 4 tyś to prawdopodobieństwo zarabiania 10 jest znikome i praktycznie nie ma takich branż, gdzie czas przelicza się na pieniądz. Po prostu jesli branża ma zarobki średnie 5 to nikt nie da 12, powód prosty, za 12 może mieć dwóch pracowników.

Ryzyko dla 1 tyś zł ? Są podwyżki można poprosić, z pewnością bezpieczniejsza opcja niż odejście. Serio w dobie specjalistów nawet u takich zawodów jak fryzjer ciężko nauczyć się nowego zawodu zwykle z przymusem zakończenia określonych kursów i szkoły.

Twój wpis jest mocno motywujący jednak oderwany od rzeczywistości przynajmniej tej którą ma Karol. Piszesz o inwestycjach, a odpowiedz sobie na pytanie czy Karol, który zastanawia się nad środkami do pierwszego jest wstanie odłożyć co najmniej 10 tyś rocznie ? Albo chociaż 5? Wcześniej nie ma innej możliwości niż samemu stworzyć swój poboczny biznes? Ale kiedy?
Pierwszą odpowiedzią jest internet, który chyba jako jeden z nielicznych sposobów rozprowadzania dóbr ma minimalny koszt, ponieważ za 20zł można docierać do 200 tyś osób, ale czy Karol ma tyle czasu, możliwości zarówno intelektualnych jak i biznesowych (unikatowy lub ulepszony pomysł ) by wprowadzić nowy produkt do internetu ?
Warto wspomnieć że średnia pensja w Polsce do 4,1 tyś zł, a wpis zdecydowanie jest fajny dla osób z 5 cyfrową pensją, które mają możliwości nie tylko na inwestycję ale i mogą sobie pozwolić na przegraną

Paweł Zarębski
Gość

Podpisuję się pod tym, co napisał kolega wyżej. Od siebie dorzucę http://wynagrodzenia.pl/gus

Maciej
Gość

To tak jak kiedyś przeczytałem, że zanim odpalisz silnik musisz poczekać aż wszystkie światła na trasie będą zielone. To się nigdy nie stanie, a Ty będziesz tylko siedział w tym samochodzie. Fajny tekst, podoba mi się.

Bogdan Markowicz
Gość

tak:)

Elle
Gość

A co jak zmiana spowoduje jeszcze większe szkody ? Zawsze myślimy, że będzie lepiej a jak będzie gorzej i jeszcze gorzej. Czasem wydaje mi się, że obecnie trudniej jest właśnie nie zmieniać tylko trwać w czymś i osiągnąć sukces. Obecnie ludzie przeskakują z kwiatka na kwiatek bo myślą, że gdzieś będzie lepiej, łatwiej będzie lepsza większa kasa itd…. a jak nie będzie :)

Volant
Gość

Zmiany, jako całościowe nastawienie do życia, zawsze są długoterminowo lepsze. Jedyny wyjątek to sytuacja, w której myślisz: „Łał! Mam świetne życie”. Jeśli masz świetne życie to głupio to psuć. Jeśli go nie masz to równie głupio jest nie dążyć do lepszego. W przeciwnym razie: „Poboisz się, poboisz i umrzesz i tyle będziesz mieć z tego życia. ” jak to napisała Małgorzata Halber.

Ale można i tak. Ja bym w takiej sytuacji palnął sobie w łeb, ale jeśli komuś to wystarcza to nie oceniam :)

prz_
Gość

Zależy jakie zmiany – jeśli ktoś ze spokojnego człowieka stanie się pijakiem, to niekoniecznie ;)
Ale faktycznie, pewne zmiany mogą jeszcze bardziej zaszkodzić, przynajmniej w naszym życiu – bo go po prostu może nie być ;] Z tym, że w Polsce raczej mało kto ma konieczność podejmowania takich zmian. Co innego w takich reżimach totalitarnych…

Busqitos
Gość

Moim zdaniem największy problem takich postów, Karola i dokonania takiej „dobrej zmiany” to piękno blogów a prawdziwe życie. W prawdziwym życiu nie ma maszyn, nie ma magazynu i nie ma produktywności podanej w procentach. Prawdziwe życie nie może zostać sprowadzone do równania o sprawności produkcji. Można być produktywną osobą lub efektywnie wykonywać czynności. Ale sprowadzając do całe życie do wzoru magazynu, kasujemy z niego emocje. Volant, pomimo że mówisz sporo mądrych rzeczy z którymi się zgadzam, które wprowadziłem również w swoje życie i widzę z tego korzyści to też wybacz ale czasem pierdolisz „różowe” dyrdymały lub masz za dobre dragi. To co piszesz jest zbyt piękne by było prawdziwe. Faktem jest że brak działań niszczy, stagnacja zabija. Ale przejście choćby 10 kroków „w butach” Karola dla wielu byłoby niemożliwe. Człowiek który wybrał sobie już poniekąd życie, założył rodzinę itd. nigdy nie zakłada że będzie musiał rozpocząć je od nowa. W końcu kiedyś utwierdził się już że „to jest to”. I podjął decyzje których nie może cofnąć. Siedząc w czymś takim wie że umiera, widzi to ale zapewne trzyma się swoich decyzji bo uznał je kiedyś za właściwe i nie potrafi od tak wstać i stwierdzić „przez X lat się myliłem kompletnie, potrzebuje nowego życia”. A człowiek jako gatunek nie lubi tak diametralnych zmian. Zwłaszcza jeśli jego żona, osoba która powinna być dla niego najbliższa, nie potrafi nawet wesprzeć dobrym słowem czy miłym gestem, a to dodatkowo ciągnie Karola w dół każdego dnia. Inna rzecz że wybór takiej partnerki dla której najważniejsze są paznokcie, fryzura czy ciało nigdy nie popłaca, ale to już inna kwestia. W tym dole jest sam, deptany pracą, brakiem płynności finansowej, odpowiedzialnością za dzieci, za zależne od niego osoby itd. I nie widzi wyjścia z tego dołu, ba, w obecnej sytuacji nawet nie widzi światła siedząc w tym dole, i nie widać żeby ktokolwiek mu rzucał linę. Wydaje mi się że on tam musi jeszcze trochę posiedzieć by zdać sobie sprawę z tego że nikt tej liny nie rzuci, tylko on sam musi ją zacząć sklecać. I na początku ta lina będzie nic nie warta bo zbyt słaba. Ale w końcu zacznie wykonywać mocniejsze liny by wyjść z tego dołu. Musi tylko sam przekonać się i uwierzyć że tego chce.

entropysphere
Gość

Twierdzenie, że „muszę pozostac w bagnie, bo 10 lat temu wybrałem sobie takie bagno” jest po prostu głupie. Ludzie ewoluują i dopiero po jakins czasie widzą konsekwencje swoich poprzdnich – często głupich decyzji. Im szybciej przyznają sie, że zrobili źle tym szybciej będą mogli coś w swoim życiu zacząć zmieniać.
Czekanie tylko pogarsza sprawę.

Dreamblue
Gość

Tytułowym bohaterem Twojej opowieści jest 32 – letni mężczyzna, głowa rodzina. Mam do Ciebie pytanie, Volant; czy gdyby bohaterem był 50 – letni mężczyzna, głowa rodziny, w takiej samej szarej sytuacji życiowej, miałby takie same możliwości, aby zmienić swoje życie, i tym samym życie swojej rodziny, na lepsze?

Volant
Gość

To jest fajny komentarz, bo pokazuje jedną, ogromnie ważną zależność – zmiany mają zazwyczaj sens w długiej perspektywie. Im dłuższa perspektywa tym są łatwiejsze i bardziej opłacalne. Jeśli jesteś pilotem i skorygujesz kurs o kilkadziesiąt centymetrów to wciąż gładko dolecisz do celu. Podobna zmiana pod koniec trasy wymaga już gwałtownych manewrów.

Dam ci przykład finansowy. Jeśli Karol zacznie w wieku 32 lat regularnie inwestować 100 zł miesięcznie (czyli tyle co nic) z oprocentowaniem wynoszącym 5% to po 30 latach zgromadzi prawie 82 000 zł. Jeśli zacznie to robić dziesięć lat później to zgromadzi niecałe 41 000 zł. Jeśli wpadnie na ten pomysł w wieku 50 lat to w wieku 62 lat będzie miał niecałe 20 000 zł. To jest oczywiste, bo przecież jak oszczędza się dłużej, to ma się dużo większe zyski, prawda? Nie do końca. W przypadku późno rozpoczętego inwestowania udział odsetek w końcowej sumie wynosi tylko 25% zebranego kapitału (w zaokrągleniu). W przypadku inwestycji 30-letniej odsetki znacznie przewyższają zainwestowany kapitał i wynoszą 45 000 zł w stosunku do zainwestowanych 36 000 zł. Gdyby pięćdziesięciolatek chciał osiągnąć taki sam zwrot inwestycji (czyli wspomniane 45 000 zł) to musiałby odkładać 900 zł miesięcznie przez 12 lat na łączną wartość niemal 130 000 zł. To znacznie trudniejsze, niż odkładanie 100 zł miesięcznie, prawda? P.S. Polecam przestudiowanie: http://www.pkotfi.pl/narzedzia-inwestora/kalkulatory/kalkulator-potencjalnych-zyskow/ Otwiera oczy :)

To są tylko nudne wyliczenia, ale to samo dotyczy każdej innej inwestycji, zmiany, nauki czy podjętych działań – im później się za nie bierze, tym:
a) są mniej opłacalne, bo krócej korzystasz z zysków i masz mniej czasu na zobaczenie pozytywnych skutków zmian
b) są trudniejsze, bo wymagają dużo większej „korekty kursu”

Oznacza to, że rozsądnie podchodzący do inwestycji nastolatek będzie cieszył się większymi zyskami, niż Karol, który tego samego nauczy się w wieku 32 lat. Tak samo jak Karol jest w dużo lepszej sytuacji, niż pięćdziesięciolatek z twojego przykładu, a ten pięćdziesięciolatek wciąż ma większe szanse na zmiany, niż siedemdziesięciolatek.

Z tą zasadą się nie wygra. To trzeba akceptować i brać na klatę fakt, że to, co robi się dzisiaj (lub czego się dzisiaj nie robi) będzie procentować w przyszłości.

prz_
Gość

Problem w tym, że w pewnym momencie może pojawić się myślenie: „no ok, mogę oszczędzać, mogę się męczyć, to, tamto… – tylko, że nie wiadomo, czy to się powiedzie, a tak mam swoje lata młodości, co wykorzystam, to moje”.
Myślę, że głównym powodem niechęci do działania nie jest lenistwo, „niechęć do męczenia się”, tylko po prostu obawa o przyszłość i o to, że może być tylko gorzej.
I w sumie te obawy najczęściej „rozchodzą się” o pieniądze.

entropysphere
Gość

Gdyby ludzie żyli po 1000 lat w dobrym zdrowiu – inwestowanie w przyszłość byłoby zawsze najlepszą opcją. Niestety tak nie jest i masz 100% racji.
Alan Watts mówi, że lepiej zyć krótko pełnią życia niz długo i żalośnie… Każdy ma swój wybór.

Volant
Gość

Można też żyć długo i pełnią życia :P

dreamblue
Gość

Volant, twoje nudne wyliczenia przypadły mi do gustu, widzę w tym sens
:) Wydaje mi się jednak, że tytułowego 32 – letniego Karola jak i mojego
wymyślonego pięćdziesięciolatka łączy to, że obydwoje są przeciętni. To
chyba najgorsze co mogło ich spotkać, gdyż w tej sytuacji trudno podjąć
przełomową decyzję, zmienić się. Zawsze uważałam (może błędnie?), że
osoby, które mogą zdobyć się na ten odważny krok, muszą być a) bardzo
zdeterminowane b) w sytuacji bez wyjścia. W innym wypadku nie widzę
powodu, dla którego osoby takie miałyby zacząć wprowadzać zmiany w swoje
życie – skoro nie mają silnej motywacji (gdyby miały, już by coś zrobiły). Ale być może się mylę, być
może jestem zbyt radykalna…

S.
Gość

Znowu ludzie którzy kupują rzeczy na które ich nie stać, które nie są im do życia niezbędne za pieniądze, których jeszcze nie zarobili (kredyt).

Kupowanie nieruchomości, żeby w niej mieszkać to tylko koszt. Ludzie budują sobie złote klatki żeby manifestować swój status.

A żona Karola to nie żona tylko jakiś manekin czy maskotka. Nie pracuje, domu nie ogarnia to widocznie jest tylko dodatkową ozdobą do jego dóbr materialnych.

Diler
Gość

Mam 34 lata. Mam kobietę, nie mam dzieci, nie mam kredytu na dom i nie zamierzam kupować domu na kredyt, w sumie to nie zamierzam kupować żadnej konsumpcji na kredyt. Studia zostawiłem na rzecz wyjazdu za granicę. Wróciłem do Polski. Mam zadłużenie inwestycyjne, inwestycja nie wypaliła także zostałem z kredytem który w końcu trzeba będzie spłacić.

No cóż, podjąłem kolejną próbę wypracowania jakiegoś godnego dochodu, tym razem dałem radę i miesięcznie wypracowywałem nawet niskie pięć cyfr (z niczego i bez kapitału, z gówna można bat ukręcić). Po jakimś czasie biznes wysechł i ponownie wróciłem do „przeżywania” z miesiąca na miesiąc. Teraz ponownie zaczynam kolejne przedsięwzięcie, ale tym razem wzbogacony o sporo doświadczeń które pomogą mi wyeliminować wcześniej popełniane pomyłki. Cały czas rozglądam się za nowymi możliwościami wygenerowania jakichś dochodów. Dzieci? Jest presja ze strony kobiety, ale ona rozumie że aby mieć dzieci trzeba najpierw mieć z czego je wychować w godnych warunkach i szczęściu (nie piszę „wykształcić” bo to słowo kojarzy się z tradycyjnym systemem edukacyjnym, a kontaktu z tym chce im zaoszczędzić… Przede wszystkim umiejętność robienia pieniędzy i niezależność).

Gdybym miał już dzieci to byłby by dwie opcje, albo bym się poddał i poszedł na „stabilny” etat, albo dałoby mi to dodatkową motywację do jeszcze mocniejszego działania, o każdej porze dnia i nocy wybieram to drugie. Karol powinien wysłać żonkę do pracy i to SZYBKO. Jeżeli ona nie chce iść do pracy to powinien przeprowadzić szybkie cięcie i uwolnić się od niej, bo jest jak hamulec dla niego. Chata powinna zostać natychmiast sprzedana i kupione małe mieszkanie, reszta kasy albo na spłatę kredytu (co nie ma moim zdaniem sensu), lub zainwestowana w stworzenie źródła utrzymania.

Tak, ryzyko jest ogromne ale on i tak jest już w czarnej dupie więc tak naprawdę nie ma nic do stracenia. Rozdzielność majątkowa, nowe mieszkanie na żonkę (tak, kolejne ryzyko ale tylko Karol wie czy może jej ufać czy nie…). Jak mu biznes nie wyjdzie to w najgorszym wypadku zostanie z małym mieszkaniem, które będzie go kosztowało tyle co dom. Wszelkich doradców finansowych powinien unikać jak ognia, chyba że są to spełnieni przedsiębiorcy. Żaden gówniarz za biurkiem, który nigdy sam nie wygenerował nawet jednej złotówki nie może być traktowany poważnie.

Problem w tym że Karol może nie być typem osoby która chce podejmować ryzyko. Zresztą sam fakt że wziął kredyt na dom bo akurat miał dobrze płatny etat o tym świadczy. Karol dał się zwieść wizji łatwego życia, na kredyt, chciał mieć to wszystko „tu i teraz” ale bez przelewania litrów własnej krwi i potu… Tak to nie działa. Prędzej czy później i tak będzie musiał oddać w obieg to co sobie zabrał bez należnego wysiłku. I wygląda na to że ten moment nadszedł już jakiś czas temu, a on nie wie co się dzieje i jest jak sparaliżowany, zaskoczony obrotem sytuacji. Cóż, wielu ludzi którzy robią tak jak on budzi się właśnie w takim położeniu i albo daje się rozjechać, albo zaczyna działać i COŚ robić (cokolwiek). Brak ruchu z jego strony pogarsza tylko jego sytuację z minuty na minutę.

Generalnie dobry wpis, króciutki i nie poruszający ważnych kwestii, no ale gdyby miał być konkretniejszy to autor by pewnie pisał go do dziś.

mallgos
Gość

Tekst bardzo prawdziwy – nie tylko nie warto, wręcz nie można trzymać się złych wyborów, to niszczy psychicznie.
Pamiętam jak kiedyś w bardzo trudnym momencie mojego życia usłyszałam – czasami trzeba wszystko zburzyć i zacząć od nowa budować, jeśli to stare było źle wybudowane. Dziś mogę do tego dodać czasami warto nawet wszystko rzucić i pójść w zupełnie nowym kierunku. Niby dlaczego miałoby być gorzej po zmianie niż przed? A szansa na nowe perspektywy daje niezłego kopa.
Jeśli obierzesz sobie konkretny cel to coś tam powoli zacznie się udawać i małymi kroczkami do przodu.
Ja uwielbiam zmiany, ale tylko takie duże, mocne i te, które sama sobie zaplanuje, kiepsko odnajduje się z niespodziankami od losu.

Ania
Gość

Niesamowicie dobry tekst… masz rację, że na niektóre rzeczy nie ma czasu żeby czekać. Zmobilizowałes mnie do działania. Od nie pamiętam kiedy chciałam iść na architekturę, ale na takie studia ciężko sie dostać. Ale nic to, pójde póki co do rocznej szkoły, na pewno w jakiś policealnych mają, a później może dostanę się na wyższą uczelnię. Myślałam o tym żeby poprawić swoje cv, odkładałam to od 4 miesięcy i… właśnie to skończyłam. Dzięki!

wpDiscuz