Jak masz mieć byle jakie oparcie, to lepiej oprzyj się o ścianę

Jak masz mieć byle jakie oparcie, to lepiej oprzyj się o ścianę

Były czasy, kiedy myślałem, że w spotykaniu się chodzi o amatorskie odegranie scen z komedii romantycznej (wspólne jedzenie makaronu, oglądanie „Śniadania u Tiffany’ego” i scenerię malowaną błękitem i zielenią) i zakończenie ich scenami z filmu pornograficznego.

Później dorosłem, a dorosłem tak, jak zawsze się dorasta – niespodziewanie i brutalnie. Wtedy stwierdziłem, że najważniejsze jest to, żeby będąc z kimś, nie czuć, że wciąż stoisz sam naprzeciwko całego świata. Najważniejsze jest to, żeby mieć w kimś oparcie.

Według słownika języka polskiego PWN samotność oznacza „żyjący sam, bez rodziny, przyjaciół”. Ja się z tym nie zgadzam. Można być singlem i nawet jeśli to wkurwia to wciąż gorsza jest samotność wśród ludzi. To taka sytuacja kiedy pomimo tego, że obok jest ciało – ciepłe, pełne krwi, pulsujące emocjami i wyposażone w mózg – równie dobrze mógłby być kamień, bo to ciało nie rozumie ciebie ani trochę lepiej.

Możesz tak czuć, kiedy realizujesz być może najważniejszy projekt w swojej karierze, a ktoś nie powie ci, że jest dumny, nie przytuli, nie przyniesie ciepłej herbaty i nie przygotuje gorącej kąpieli, ale zapyta: „Po co ci to?”.

Możesz tak zareagować, kiedy ważniejsze od wysłuchania jak ci minął dzień jest sprawdzanie Messengera albo przewracanie oczami.

Możesz tak się czuć, kiedy leżysz z kimś na łóżku, mówisz o tym, gdzie chcesz być za dziesięć lat, a ona spojrzy na ciebie wielkimi oczami z rzęsami pomalowanymi tanim tuszem i powie: „To ci się nie uda”, chociaż nie może tego wiedzieć.

Będąc w takiej relacji każdego dnia przekręcasz klucz w zamku, wchodzisz do mieszkania, widzisz drugą osobę, czujesz zapach jej perfum i dotyk dłoni, a masz wrażenie, że jesteś w windzie zatrzaśniętej między piętrami w środku nocy.

To dlatego mężczyźni początkowo lecą na blond laski piszczące na widok pajączków i które patrzą na nich z dumą i podziwem. W końcu jednak wiążą się z kobietami, które są równie seksowne, ale potrafią też zrozumieć ich problemy i nie oczekują od nich, że będą napierdalać jak cyborgi tylko dlatego, że mają jaja i nie chodzą w rurkach.

To również z tego powodu kobiety mogą lecieć na jakichś emocjonalnie chłodnych gości licząc na to, że ich naprawią, ale w końcu dociera do nich, że w ten sposób nie mają obok siebie partnera, ale nastolatka, któremu rodzice zapomnieli powiedzieć, że nie jest pępkiem świata.

Jest takie zdanie, z którym wyjątkowo się utożsamiam: „Jeśli masz mieć byle jakie oparcie, to lepiej oprzeć się o ścianę.” Jeśli z nikim nie jesteś to odpowiadasz tylko za siebie. Jak coś się stanie to się przewrócisz, potłuczesz, ale później wstaniesz i pójdziesz dalej. Jeśli stanie się to samo, kiedy jesteś w związku, to też się przewrócisz, otrzepiesz kolana i pójdziesz dalej. Różnica jest taka, że pozostanie w tobie żal, że to nie tak miało wyglądać. Miało być jak w teście na zaufanie, kiedy zamykasz oczy i bezwładnie się przewracasz, a ktoś ciebie łapie w swoje ramiona. W tym przypadku tych ramion nie ma, tłuczesz się o panele z Castoramy i rozcierając obolałe miejsca myślisz: „Hej! Co to ma być?!”. Najgorsze nie są jednak te siniaki, których mogło nie być. Najgorsze jest marnowanie czasu przy osobie, której nawet nie chciało się nas złapać, bo ważniejsze było coś innego.

To nie jest tak, że uważam, że inni ludzie powinni być na czyjeś pstryknięcia palcami. Bądź co bądź, twoje życie wciąż jest „twoje”. To twoja odpowiedzialność, twoje szczęście i twoje decyzje. Nigdy nie będzie tak, jak myślą romantycy, że jak nie jest się szczęśliwym to przyjdzie ktoś i przyniesie ci to szczęście zapakowane w papier w kotki i w serduszka. Można na to liczyć równie bardzo, co na zjedzenie pieczeni z jednorożca bez uprzedniego zażycia LSD.

Masz za to prawo oczekiwać tego, że po pierwsze – ktoś nie będzie dorzucał na twoje barki swoich problemów całkowicie ignorując twoje potrzeby, aspiracje, zobowiązania, a po drugie – że problemy będziecie pokonywać razem. Wiesz dlaczego? Bo z życiem razem jest jak ze skokiem spadochronowym w tandemie – nikt za ciebie nie skoczy, ale możesz oczekiwać chociaż tego, że jeśli spanikujesz to druga osoba powie: „Spoko, zajmę się tym” i pociągnie za linkę otwierającą czaszę spadochronu.

Na pewno nie potrzebujesz kogoś, kto w takiej sytuacji zostawi cię samą/samego, powie, że nie wie, jak to się robi albo stwierdzi, że to nie jego problem. Bez względu na to jakiej jesteś płci nie potrzebujesz obok siebie tchórzy, osób przepełnionych wyuczoną bezradnością ani uroczych, długowłosych istot, na które nie możesz liczyć.

Pić wino, jeść ciabattę z suszonymi pomidorami, mozzarellą i prosciutto i uprawiać seks na dywanie można prawie z każdym. Jednak długoterminowo ważne jest to, żeby być kimś, z kim można stać naprzeciwko całego świata i liczyć na to, że kiedy tylko zawieje silniejszy wiatr nie spierdoli, ani nie złoży się jak wadliwy parasol pociągając cię za sobą.

Na taką osobę warto poczekać, zamiast zapełniać miejsce obok siebie byle kim. Cokolwiek jest lepsze niż nic, ale sprawdza się to do pieniędzy i pizzy – nigdy nie sprawdza się to do ludzi.


P.S. Tytułowe zdanie pochodzi z bloga patrycja.pl

  • Elpitero

    Fotka z „fight clubu” zarąbiście tu pasuje ;D

    • Też tak myślę. Jeden z tekstów z najlepiej dobranym zdjęciem u mnie na blogu :)

  • Anna

    Masz rację, też tak uważam. Więc czekam i czekam, mama mówi, że czeka mnie staropanieństwo ;)

      • Anna

        Zwięźle napisałam komentarz, oczywiście, że nie siedzę zamknięta w domu i czekam na rycerza, który będzie wiedział o mnie i wejdzie przez okno, po drodze śpiewając serenadę. Po prostu, nie pcham się w związki z ludźmi, jeśli nie widzę w tym sensu, a nie widzę, tak metaforycznie czekam :)

      • Łukasz

        „Po prostu, nie pcham się w związki z ludźmi, jeśli nie widzę w tym sensu, a nie widzę, tak metaforycznie czekam”
        Możesz rozwinąć myśl? ;)

      • Anna

        Studiując na politechnice obracam się w gronie wielu osób i często nawiązuje nowe znajomości, a że wielu fajnych facetów na uczelni jest, do tego często zajmujących się interesującymi rzeczami po kobiecej głowie rodzi się pytanie „czy to może ten?”. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, naturalne zjawisko, tym bardziej jeśli można złapać z ludźmi na prawdę fajny kontakt. Jestem już po etapie „dorastania niespodziewanie i brutalnie”, więc nie spodziewam się historii jak z filmu dla nastolatek i utraty głowy z miłości do kogoś, dobija się zdroworozsądkowe myślenie, ale bez emocji nie ma uczuć. Meritum jest takie, że pomimo relacji z fajnymi facetami, „czekam” jeszcze żeby ten jeden był do mnie w jakimś stopniu dopasowany, żebyśmy tworzyli team, symbiozę. I tak, reszty zainteresowanych facetów nie zwodzę, nie testuję, bo pewne rzeczy już wiem. :)

      • Agata Gonkowska

        nie zwodzisz, nie testujesz…
        ale i tym samym jestes obojętna na emocje dla siebie, czyli zawisnęłaś w próżni nie chcąc spróbować czegokolwiek;
        a co to za stopien dopasowania jest ?! /się może czegoś douczę/

      • Anna

        Nie, wnioskujesz zbyt szybko, wszystko jest w normie :) Uważam, że zamiast testować pod kątem związku, można dobrze kogoś poznać. Nigdzie nie wiszę, idę twardo po ziemi :) Z racji tego, że to rozmowa w komentarzach, to odpowiem dość ogólnie, że stopień dopasowania jest wtedy, kiedy wracając do domu cieszysz się, że zobaczysz drugą osobę. A nie zastanawiasz się nad wzięciem nadgodzin, czy wyjściu na jednego (ile kto woli) w barze.

      • Jaka jest różnica „testować pod kątem związku” a „dobrze kogoś poznać”?

        I co to w ogóle znaczy testować? Sprawdzać czy spuszcza klapę w kiblu?

      • Anna

        „Klapy w kiblu” dostępne są już automatyczne, jeśli pod większością aspektów obiekt nam odpowiada, można sprawdzić, czy nie ma zachowań irytujących.

        Sytuacje z jakimi spotkałam się podczas wielu znajomości z facetami (i tutaj olaboga muszę uogólnić, albo uznajmy, że zawężamy się do pewnego kręgu tych znajomości, którego nie potrafię/nie chcę nazywać).
        1. Ktoś mnie poznaje i dąży do związku. Czyli romantyczne spotkania, randki etc.
        2. Mam nowego kolegę i jakoś ta znajomość się rozwija, bo dzielimy jakąś wspólną strefę gdzie się widujemy, czy która nakłania nas do kontaktu.

        Ot, cała filozofia, bo z tych dwóch możliwości można popełnić związek.
        Jest jeszcze trzecia grupa na jaką się natknęłam, a mianowicie ta szukająca przygody na jedną noc, ale z racji milisekund ich nadziei nie ma co wspominać.

        Czuje się jak na spowiedzi. Pozdrawiam.

      • Łukasz

        Również studiowałem na politechnice i znam te realia. :)
        Rozwiniesz co masz na myśli przez „fajny kontakt”?

        Jednak co do uczuć, miłości – to często zdrowy rozsądek niestety niewiele ma z nimi wspólnego. Co do historii jak z filmu dla nastolatek tudzież komedii romantycznych to najśmieszniejsze jest to że podobne scenariusze są jak najbardziej możliwe. Tyle że nie każdy jest na nie otwarte.
        Prawdę mówiąc ciekawi mnie jak rozumiesz „dopasowanie”.
        Tj przez pryzmat pewnych dzielonych zainteresowań, cech charakteru no i naturalnie wyglądu… czy może tego że facet ma być odzwierciedleniem wizji Twojego ideału.
        Co do tworzenia teamu czy symbiozy w pełnym tego słowa znaczeniu to często to się wyrabia dopiero po pewnym czasie kiedy już się ze sobą fizycznie jest.
        Pomęczę Cię jeszcze trochę… jak rozumiesz/ co rozumiesz przez zwodzenia i testowanie, hmm? :)

      • Anna

        Fajny kontakt, kiedy czujesz się przy drugiej osobie, swobodnie, naturalnie, masz równowagę między rozmowami, wspólnie spędzonym czasem i swoimi obowiązkami. Niby z samym kontaktem to wiele nie ma, ale chodzi raczej o samopoczucie jakie masz poprzez samą świadomość relacji z tą osobą.

        Uważam, że pomiędzy emocjami i rozsądkiem powinien być balans. Nie mam ideału, ale wiem że jak go spotkam to będę wiedziała i to będzie ideał :) brzmi to strasznie tandetnie jak się napisze…
        Niekoniecznie trzeba ze sobą być żeby wyrobić, to może wynikać podczas znajomości, może być swego rodzaju zapalnikiem do kontynuowania znajomości na innej płaszczyźnie, czemu nie.
        Zwodzenie (wiele kobiet to robi, bo lubi zainteresowanie), prowadzenie znajomości w sposób dający drugiej osobie nadzieję na związek, przymilanie się, spotkania podchodzące pod randki, flirt.

      • Łukasz

        Dobrze powiedziane. Na świecie jest wielu ludzi z którymi można złapać „fajny kontakt” i są praktycznie wszędzie… w każdej kategorii wiekowej.Trzeba być tylko nastawionym na szczyptę spontaniczności no i być otwartym na drugiego człowieka. Przyznam szczerze że irytują mnie nieco ludzie, którzy każdą nową znajomość traktują przez pryzmat potencjalnego związku i oceniania w kategoriach tego czy ktoś się nadaje na partnera/partnerkę. Tak więc to co mówisz jak dla mnie ma wiele wspólnego z kontaktem i z tym się zgadzam. :)

        Również uważam, że pomiędzy emocjami i rozsądkiem powinien być balans… tyle że moim zdaniem raczej nigdy go nie ma. Emocje pchają nas często w nieznane, w stronę czegoś pięknego ale i tajemniczego, czasem szczyptę ryzykownego lub niebezpiecznego. Rozsądek to niejako zasady, których nie powinniśmy łamać i coś o co możemy się oprzeć w trudnych chwilach tudzież podejmowaniu ważnych decyzji.

        Nie brzmi to tandetnie, tyle że często słyszę tę kwestię od dziewczyn z którymi rozmawiam. Niestety w wielu z tych przypadków taka osoba nie rozpoznałaby uśmiechu losu tudzież ideału nawet gdyby się o niego potknęła – często z powodu oceniania i patrzenia przez pryzmat wygórowanych oczekiwań i wymagań.
        Co do teamu i symbiozy to miałem na myśli wszystkie płaszczyzny tzn od rozmowy, tolerancji i wyrozumiałości po strefę intymności tudzież sypialnię. O pewnym dopasowaniu można nawet mówić w kontekście tak znienawidzonej „strefy przyjazni” gdzie to dopasowanie występuje w sferze kontaktu a raczej wysokiego komfortu relacji ale pozbawionego intymności. Pozostaje pytanie czy ktoś zadowala się tym czy chciały czegoś więcej.
        Co do kontynuowania znajomości na innej płaszczyznie.. tu musi być wola z obu stron i nie ważne kto zrobi pierwszy krok.

        Co do zwodzenia to musze się zgodzić – wiele kobiet to robi. Powiem więcej, wiele kobiet to lubi – niestety. Przyznam że kiedyś byłem trochę wstrząśnięty tym że czasem co niektóre kobiety lubią flirtować i uwodzić dla zabawy – ot tak żeby sprawdzić czy wciąż mają to „coś”… po czym zostawić delikwenta w kropce. Intrygujące jest, że jak zadałem kilku rzeczonym (opisanym powyżej) Paniom pytanie czy byłoby im miło gdyby facet wyszedł z inicjatywą, podszedł i zagadał… był miły i dowcipny, wziął numer po czym rzuciłby na odchodne że tak naprawdę to był żart i nie zadzwoni bo chciał sprawdzić czy wciąż ma to „coś” i potrafi zauroczyć nieznajomą… to poleciały wyzwiska że cham, że pajac, że tak postępuje szczeniak.
        Troszkę obłudne zważywszy na to co same reprezentowały.. albo raczej czego nie reprezentowały.
        A jakie jest Twoje zdanie?

      • Jarek Dejna

        :) Aniu napisz do mnie jarekd2@wp.pl :)

  • Mam wrażenie, że większość związków opiera się na tym, że: lepsze cokolwiek niż nic.
    Dużo związków polega na rozwiązywaniu problemów partnera/partnerki.
    Dużo związków opera się na tym, co można robić z każdym.

    Mam kolegę inwestora. Fanatyk swojego zawodu/hobby. Geniusz, który zarabiał miesięcznie równowartość rocznej pensji programisty. Sporo przyjaciół twierdziło, że aktualna partnerka „rucha” go nie tylko dosłownie, ale również na kasę. Sam mi o swoich wątpliwościach mówił. Kiedyś na wódce zaproponowałem mu pewną intrygę. Ogłoś, że zbankrutowałeś. Przecież i tak nikt się nie zorientuje. Leż w łóżku, upijaj się i lamentuj. Miłość jego życia wytrzymała 3 tygodnie i się ulotniła. Ściana by dłużej wytrzymała.

    • Agata Gonkowska

      a) każda kobieta ma swoją cierpliwość, więc pytam jak długo ona miała znosić lamentowanie faceta, aby on wiedział, że jest jego „godna”
      b) jak można było, będąc dla kogoś „najlepszym przyjacielem” uknuć intrygę i zepsuć związek ?!
      c) dlaczego w tak perfidny sposób, osoby które się kochały, wzajemnie się testują, sprawdzają ?!? :(

      • odp a) cierpliwość i… 3 tygodnie? To się trochę wyklucza:P A co jak partner/partnera wpada w depresję lub chorobę i trzeba walczyć o zdrowie kilka lat?
        odp b) zepsucie badziewnego związku to wybawienie dla obu stron. W tym wypadku lepsza jest samotność niż niby-związek.
        odp c) kochały? miłość jednej ze stron była wprost proporcjonalna do liczby cyfr na koncie

    • Cranter

      Przyznam trochę racji Agacie – 3 tygodnie to długi okres. Jeśli faktycznie była z nim tylko dla hajsu, myślę , że zostawiłaby go szybciej (od razu).
      Po drugie za pomocą dobrze przygotowanej intrygi i ustawki można udowodnić prawie wszystko(chyba, że ktoś jest fanatykiem swoich wartości i będzie nadal twierdził, że Jezus jest zbawicielem w trakcie jak go pożerają lwy).
      Niech kolega postawi się w odwrotnej sytuacji i się zastanowi ile by wytrzymał z Laską, która też wpadłaby w taki stan = stan depresji.
      Myślę, że spierdoliłby jeszcze szybciej niż ta laska.

      • 3 tygodnie nie nie jest długi okres czasu. Niektórzy o zdrowie walczą latami.
        O tym czy by spierdolił to to nie wiemy i się nie dowiemy. Może tak, może nie.

  • Nigdy nie wiadomo jak się druga połowa zachowa w krytycznej sytuacji, dopóki ta sytuacja nie nadejdzie.
    Po drugie dla jednego oparcie to wiszenie na kimś jak bluszcz a dla drugiego to dobre słowo od czasu do czasu.
    Permanentna pozycja związkowego strażaka gaszącego pożary może być atrakcyjna na początku, ale po jakimś czasie zaczyna po prostu irytować

    • m0gart

      „Związkowy strażak gaszący pożary” – bardzo mi się podoba ta metafora. I faktycznie, na początku jest to atrakcyjne, bo człowiek czuje się jak opoka, na której druga strona może się wesprzeć w chwili zwątpienia. Ale kiedy kryzysy się pojawiają co chwilę – lub są wywoływane / prowokowane – to już przestaje być zabawnie. Wtedy okazuje się, że tylko strażakowi zależy, a druga strona wychodzi z założenia, że starać się nie musi. A to już prosta droga do rozstania.

  • Karla

    Czyli Marilyn miała rację – lepiej być nieszczęśliwą samotnie niż nieszczęśliwą z kimś innym?

    Wszystko jest cacy póki mamy wybór. Wybieramy sobie samodzielność, bo ktoś obok był po prostu kawałkiem mięsa obok, dokladajacym problemów.
    Ale w pewnym momencie bycia samodzielnym okazuje się, że jesteśmy nasamotność skazani?
    Nawet nie ma się z kim pokłócić.

  • Brakowało mi na dziś takiego tekstu. Wielkie dzięki!

  • Twoje teksty sa takim logicznym, rozumnym balsamem na emocjonalnie nadwyrężone serce.

  • W punkt!

  • maciek b

    ”Lepsza szlachetna samotność niż bylej aka relacja”

  • Mac

    Ten tekst pasuje do pokolenia obecnych 20 i 30latków, czyli do mojego.teoretycznie. Piękne banalne pisanie o ksieżniczkach i ksieciuniach pozwalający im złagodzić czekanie na cud, który ma przypominać sceny z film w rzeczywistości odwołujących się do RZECZYWIATOSCI NASZYCH DZIADKÓW. Tj. Poczucia więzi przez 50 lat. Tylko zapomina ze oni nie czekali. Lepiej robić cokolwiek niż nic. Bo tylko działanie może przynieść ci szczęście a nie jego brak (parafraza Benjamin Disraeli). Za dużo ładnych słówek i słabych porównań. Jak skaczesz w tandemie to skaczesz z profesjonalista który mówi ci co masz zrobic przed,w trakcie i po skoku. Czy właśnie takiego sugerujesz partnera… I znów ta bierność. Nie kupuje tego. Pasuje do pokolenia wygodnickich i rozwydrzonych. Niestety do mojego pokolenia. Czołem.

    • Chętnych na partnera, który będzie instruktorem tandemu życia, ratującym dupę kiedy zapowiada się twarde lądowanie jest wielu. A co ten instruktor paralotniarstwa w związku dostanie w zamian? Nie zdziwiłbym się gdyby własnie tacy ludzie byli głownie sami, bez stałych związków, bo radza sobie świetnie sami a dodatkowy balast nie jest im potrzebny.

      • W dobrym związku nie powinno być podziału na instruktora i kursanta tylko dwie równorzędne strony, z których jak jedna nawali to druga może przejąć obowiązki i na odwrót. Układy gdzie tylko jedna strona jest dawcą, a druga oczekuje tylko pomocy nigdy nie działają.

      • Agata Gonkowska

        i właśnie jestem żywym przykładem na to, że ten „system” gdzie jeden daje, a drugi bez opamiętania zabiera; nie zadziałał.

      • mallgos

        Mówisz o wymianie i współpracy, czyli zdrowa relacja, w której oboje są tak samo zaangażowani i żadne nie czuje się lepsze, ważniejsze, jedno drugiego nie wykorzystuje. Niby takie proste, a jednak trudno poznać kogoś z takimi poglądami. W rozmowie to każdy tak chce, ale w praktyce już jest gorzej.

    • Czekać aby nie wybrać źle;
      Czekać aby nasz wybór nie wypadł źle w oczach innych;
      Czekać bo wziąć od razu bez sprawdzenia nie wypada, bo co potem, jak okaże się, że nie otrzymujemy od niej/niego tego co chcemy?
      Czekać, bo nikt nas nie zmusza na siłę do miłości, więc lepiej z rozwagą wszystko przemyśleć…

      Wszędzie każą czekać a ja chciałabym napisać ŻYJ. Po prostu. Popełniaj błędy z miłością w roli głównej. Zakochuj się, odkochuj, płacz po nocach, tęsknij, nienawidź, walcz, wysysaj od innych, dawaj od siebie – ale żyj.
      Bo kiedy jak nie teraz? Bo kto tak strasznie nakłamał, że miłość ma być tylko sprawdzona, przetestowana i cała w płatkach róż? W dodatku tylko za pierwszym razem, bo ten drugi to już będzie na błędach z bagażem, może z dziećmi, z rozwodem i to już przecież nie to samo…
      Bo miłość ma być idealna a partner w niczym i nigdzie nie zawieść…

      A ściana? Te stare z betonów – oparcie dadzą ale po chwili przekażą też zimno bijące od ich murów i często pozostawią ślady farb. Ale są też nowiutkie ściany, gdzie farby przecież nie brudzą i jakoś takie ciepło od nich bije – tylko, że strach się o nie oprzeć, bo nie wiadomo czy utrzymają nasz ciężar…

      Więc czyżby znowu trzeba czekać i szukać kolejnego idealnego oparcia?
      Więc Wy szukajcie a ja będę żyć :)

      • Masz całkowita rację.

        Jak nie spróbujesz kogos poznać to się nawet nigdy nie dowiesz, czy można na niego liczyć.

        Ale czekać w związku nie dającym oparcia jest tak samo źle jak czekać na księcia z bajki.

      • W tym sens, że nie o czekanie chodzi ale o życie. Jeśli jest źle w związku to może lepiej zastanowić się dlaczego jest źle? Wina nigdy nie leży po jednej stronie, to jest pewne; to spróbować rozwiązać to, co rozwiązać można; zmienić to co zmienić można, a jeśli naprawdę uzna się, że w tym związku nie ma nic co chcesz otrzymywać – to po co być w takim związku? Wyjdź z tej relacji i idź dalej. Szukaj – jeśli pragniesz znaleźć – ale nie czekaj. Właśnie o to chodzi, że nie czekaj..
        Nie rozumiem, dlaczego miłość obecnych czasów równoznaczna jest ze słowem: „CZEKAĆ”!

        - czekać aż się zmieni;
        - czekać aż się pojawi;
        - czekać czy coś z tego wyjdzie;
        -czekać aż pierwszy się odezwie;
        - czekać aż zrozumie;
        - czekać aż się oświadczy;
        - czekać aż napisze;

        Ale jeśli ktoś lubi – przecież może Czekać :) A kto wie, może akurat się doczeka :)
        ….

      • A czekaniu wkleiłem obrazek niżej.
        O tym, żeby robic, a nie czekać pisałem na blogu u siebie.
        Ale najwyraźniej wiekszośc ludzi nie lubi eksperymentów tylko musi miec od razu jackpot.

  • 13 dziecko baby jagi

    Najgorsze jest to ciśnienie, kiedy nie można znieść samotności i wybiera się na partnera kogokolwiek . Później za wszelką cenę akceptuje się jego wady bo człowiek tłumaczy sobie, że życie to nie bajka Disneya i idealnych ludzi nie ma. Błąd, może i życie bajką nie jest ale istnieją ludzie, którzy nie są egoistycznymi dupkami kopiącymi po dupie przy każdej napotkanej okoliczności. Warto czekać i nie warto skazywać się na to, żeby być kanarkiem zamkniętym w klatce, dla którego znajduje się czas tylko w porze karmienia. Dziś to wiem, kiedyś nie wiedziałam.

  • Asia

    Też to znam :) Na szczęście moi rodzice prawie całkiem odpuścili. Co innego dalsza rodzina czy znajomi.

    • Anna

      Ostatnio usłyszałam od mojej mamy, że lepiej być samemu niż z byle kim, jakoś mi ulżyło po jej słowach, chociaż przecież dobrze to wiem. Wolę inwestować w siebie i w swój rozwój, niż w relacje ‚z byle kim’. Cieszy mnie, że moi rodzice to rozumieją i z uwagą śledzą to czym się zajmuję :)

      • Asia

        Niby jesteśmy dorosłymi ludźmi, ale nadal miło usłyszeć od rodziców, że się z nami w pewnych kwestiach zgadzają :) Wsparcie i dobra rada zdziała o wiele więcej dobrego, niż dyktowanie dzieciom, czy komukolwiek, jak powinno się żyć.

      • jestem_Jakub

        Ale posiadanie kota w zastępstwie nie jest rozwiązaniem ;)

      • Asia

        Nie jest rozwiązaniem, a wyborem.

      • Łukasz

        Z moim doświadczeń powiem że często te słowa ludzie traktują jako wygodną wymówkę aby „nie szukać”. Co do sensu się zgadzam że nie warto być z pierwszą lepszą osobą tylko dla „bycia” bo to nie ma sensu… że nie wspomnę już o krzywdzeniu siebie i drugiej osoby.
        Z resztą kto komuś każe być w głębszej relacji z pierwsza lepszą osobą.
        Tylko po co skupiać się na „byle jakiej” relacji kiedy można być otwartym na ludzi i poznawać ich więcej i więcej. Z ludzmi to trochę jest jak z losami na loterię. Czasem ktoś kogoś spotka i już pojawia się presja że to musi być akurat ta osoba. Nie, nie musi.
        Swoją drogą, kto Ci każe inwestować w relację z byle kim? Ciekawi mnie w sumie czy masz dość odwagi by zainwestować swój czas by znalezc kogoś dla siebie… robiąc na ten przykład niewinny pierwszy krok… czy będziesz tylko czekać aż ktoś go zrobi?
        Pozdrawiam

  • KaZet

    Zawsze twierdzilem, ze w przypadku zwiazkow 1+1 nie zawsze rowna sie 2, czasem 1,5 czasem 0,5, a idealnie jak >2, wtedy ma to sens.

    • Dot

      Zgadzam się :)

  • O tak! Mega jest ten gif!

  • Dot

    Cudowny wpis!

    „pomimo tego, że obok jest ciało – ciepłe, pełne krwi, pulsujące emocjami i wyposażone w mózg – równie dobrze mógłby być kamień, bo to ciało nie rozumie ciebie ani trochę lepiej.” Z ust mi to wyjąłeś.
    Mogłabym cytować kolejne fragmenty, bo tych ulubionych z tego tekstu mam mnóstwo.

  • Rafał Jackowski

    Czasami na swoją połówkę, trzeba czekać całe zycie

    https://www.youtube.com/watch?v=r8GxcMv1-7I

  • Patrycja Kosiarkiewicz

    Ja się długo bałam opierać o ścianę – skojarzenie było oczywiste. W podstawówce o ścianę opierały się dziewczyny, których nikt nie chciał. Potem, gdy już odpuściłam wstyd, przyszedł do mojego życia ktoś, kto pokazał mi o co tu w ogóle chodzi – tak jak w Twoim tekście.
    Od Ciebie w prezencie biorę ostatnie zdanie: „Cokolwiek jest lepsze niż nic, ale sprawdza się to do pieniędzy i pizzy – nigdy nie sprawdza się to do ludzi.” Dzięki!

    • Powiem tylko tyle – cieszę się, że Cię tutaj widzę :)

  • Świetne uzupełnienie!

  • Przemek Kalita

    Przedostatni akapit to wisienka na torcie w tym tekście. Volant jak zwykle trafią w samo sedno. Każdy człowiek na polu uczuciowym ma te miłe i przykre doświadczenia. Ja w chwili obecnej jestem na tym złym kursie, ale powoli odnajduję drogę powrotną. „Jeśli masz mieć byle jakie oparcie, lepiej oprzyj się o ścianę”. Idealne podsumowanie. Pozdrawiam !

  • Ania

    Byłam z kimś, kto miał być oparciem przez 8 lat. Nie byliśmy idealni, wiem. Ja nie byłam idealna – umiem to przyznać. Odszedł, kiedy tylko na horyzoncie pojawiły się obowiązki związane ze wspólnym mieszkaniem. Bo za dużo wymagałam, bo miłość się wypaliła. Tak się śmiesznie złożyło, że odszedł do koleżanki z pracy, z którą jak się okazało mnie zdradził. Taki przypadek, bo przecież na pewno tego nie planował. Koleżanka nie wymaga, koleżanka chwali, nie ma pretensji o rozwalone ciuchy.
    A ja… cóż… trzymając się ściany wyję z bólu i dzielnie udaję, że wolę kawałek betonu zamiast jego boku.

  • Asia M.

    Ja tak trochę poza tematem. Powinnam to napisać pod wpisem z 2011, ale nie wiem czy komentarze pod tak starymi wpisami czytasz, to wolę tutaj. Otóż muszę Ci powiedzieć, że jesteś absolutnym geniuszem! Czytam Cię od dwóch tygodni i każdy wpis mnie totalnie rozwala. Pierwsze było „Jak mężczyźni chcą, żeby kobiety okazywały im miłość” potem skakałam po postach, a teraz lecę po kolei, od dołu. Właśnie przeczytałam „Interesujące kobiety nie istnieją” (maj 2011) i musiałam się w końcu odezwać. Jestem dokładnie taką laską jaką opisujesz w tamtym poście. Nie tylko w tamtym zresztą. Jestem bohaterką wielu Twoich postów. I bynaniej nie jest to powód do dumy. Mam 46 lat i od jakichś 15 nie zrobiłam nic w kierunku jakiegokolwiek samorozwoju. Nigdy nie miałam żadnych specjalnych zainteresowań, ale przynajmniej czytałam książki. No i oglądałam filmy. Miałam totalnego pierdolca na punkcie filmów. Przed rokiem 2000 widziałam wszystko co było warte obejrzenia. A potem, slowly but surely, zaczęłam się pogrążać w intelektualny niebyt. A żeby tego było mało, popełniam też i inne wymienione przez Ciebie grzechy predestynujące mnie do zajęcia czołowego miejsca w plebiscycie na najbardziej chujową partnerkę. Najgorsze, że dopiero Ciebie potrzebowałam, żeby sobie to wszystko uświadomić. No cóż, lepiej późno niż… za późno :D A uwierz mi, było blisko. Pojawiłeś się w moim życiu w na prawdę krytycznym momencie. Gdybym wierzyła w Boga, dziękowałabym mu ile sił w myślach. A tak, nie pozostaje mi nic innego jak dziękować Tobie. Chapeau bas! Od kiedy Cię czytam, czuję się jakbym nagle zaczęła używać więcej niż te standardowe (nie pamiętam ile) procent mózgu. Jak, nie przymierzając, Lucy ;) Totalny odlot!

  • Lokata Mruczenia

    Piszesz o osamotnieniu, a podajesz definicję samotności.

  • Są też sytuacje, kiedy ta irytacja jest uzasadniona – na przykład są osoby, które wręcz zarzucają drugą stronę swoimi problemami i oczekują ich rozwiązywania. Wtedy już nie są partnerem, który samodzielnie idzie obok, ale balastem, który trzeba nieść.

    Granicę między jednym zachowaniem a drugim trzeba już wyznaczać indywidualnie.

  • Anka

    Ehhh niektóre związki to bardzo bolesna lekcja życia :(

  • „Możesz tak czuć, kiedy realizujesz być może najważniejszy projekt w swojej karierze, a ktoś nie powie ci, że jest dumny, nie przytuli, nie przyniesie ciepłej herbaty i nie przygotuje gorącej kąpieli, ale zapyta: „Po co ci to?”.”

    Jakie to smutne. I niestety prawdziwe :(

  • Pod warunkiem, że to solidna ściana, a nie karton-gips, który też się zawali.