Przeciętność dopadnie każdego

Przeciętność dopadnie każdego

Dojrzałość (czyli okres kiedy skończyłeś już studia, a jeszcze nie masz Alzheimera), to świetny czas. Ma się wtedy wystarczająco dużo:
a) energii – żeby jak pancerny pociąg dążyć do celu
b) pieniędzy – żeby zakup cedrowych prawideł do butów i szwajcarskiego zegarka przestał wydawać się fanaberią.

W ramach bonusu wciąż jest się wystarczająco młodym, żeby umawiając się z dwudziestolatką nie wyglądać jak lokalny odpowiednik Hugh Hefnera.

Jednocześnie jest to okres, w którym zaczyna się zauważać, jak wiele osób zaczyna zostawać z tyłu peletonu. I jest to przykry widok, kiedy w tym tłumie widzi się swoich znajomych: kumpla, który miał być miliarderem, a codziennie rano zakłada znoszoną marynarkę i idzie do pracy w urzędzie miasta; gościa, który uczył cię, jak radzić sobie z kobietami, a teraz jest klasycznym miśkiem-pantoflarzem i dziewczyny, o których fantazjowałeś przed snem, a które zamiast dojrzewać jak Sophie Marceau, zestarzały się szybko i brzydko – tak jak swoje koleżanki, matki i ciotki.

Jeszcze kilka lat temu każda z tych osób miała głowę pełną kolorowych planów i świeżych wspomnień. Teraz mają tam tylko wspomnienia.

Pisząc to mogę brzmieć jak buc, który sugeruje, że każdy może mieć życie jak wycięte z telewizyjnej reklamy. Szczerze mówiąc, nie wiem czy to możliwe. Podejrzewam, że nie.

Wiem za to, że ofiarami przeciętności pada zdecydowanie więcej osób, niż powinno.

Ludzie nie wiedzą co zrobić z wolnością

Podobno jest pięć rzeczy, którymi można przestraszyć milenialsa.
1) 1% na baterii w telefonie
2) Braki wi-fi
3) Praca od 8.00 do 16.00
4) Poważny związek
5) Posiadanie dzieci.

Znam ludzi, którzy myślą, że jak wezmą ślub, zaczną pracować na etacie i nauczą się jak działają pampersy, to skończą jak trybiki systemu. Prawda jest znacznie okrutniejsza. Prawda jest taka, że mogą nie mieć żadnej z tych rzeczy, a i tak stać się przygnębionymi trybikami systemu. Zależy to od odpowiedzi na jedno, podstawowe pytanie: „Czy mając pełną lodówkę, wciąż będziesz umiał pozostać głodny?”

Kiedy się rodzisz, twoje życie jest przesiąknięte słowem „musisz”. Uczysz się chodzić, mówić, jeść, bo musisz to robić, żeby przeżyć. Kiedy idziesz do szkoły uczysz się pisać i czytać, liczyć oraz kiedy wybuchła wojna polsko-krzyżacka, bo nie masz wyjścia. Kiedy dorastasz musisz wybrać karierę zawodową, zdać maturę i wybrać studia. W międzyczasie musisz też dbać o swoją towarzyskość, wygląd, bycie interesującą osobą i o zdobywanie dziewczyn z opalonymi nogami i wysoko upiętymi kucykami. Na koniec musisz kupić mieszkanie, zestaw mebli z Ikei i mieć dziecko.

Wtedy musisz już tylko płacić rachunki, a możesz robić wszystko.

Jednak ludzi możliwości nie motywują. Motywuje ich tylko bat za plecami. Przyparci do ściany wespną się na wyżyny swojej kreatywności i wytrwałości. Mając komfort będą tylko chodzić bez celu w kółko. Pełna lodówka ich rozleniwia. Dlatego około trzydziestki widzi się coraz więcej ofiar przejedzenia, które nie mają pojęcia, co zrobić ze swoimi możliwościami. Siadają wtedy w fotelu i uśmiechają się z satysfakcją. Mówią sobie, że napiszą ten ważny scenariusz jutro. Zaczynają odkładać marzenia na później. Stwierdzają, że jest w porządku tak, jak jest. Wypełniają swoje dni trocinami i cieszą się, że przynajmniej nie są puste. Minuta po minucie stają się osobami, którymi nigdy nie mieli się stać.

Przeciętność jest kusząca

Ludzie chcieliby żeby posiadanie satysfakcjonującego życia było proste, ale tak nigdy nie będzie. Proste to jest siedzenie na tyłku. Na wszystko inne trzeba zapracować i nie jest to lekka praca.

Tymczasem równanie do średniej jest proste. Przeciętność będzie wabić cię słodyczą lenistwa. Szeptać do ucha, że nic się nie stanie jeśli sobie odpuścisz. Łechtać twoje ego mówiąc, że tak dużo osiągnąłeś. Kłamiąc, że jeśli teraz jest w porządku, to już tak zostanie. Przecież nic się nie stanie jeśli odłożysz to na jutro. Bez premii też przeżyjesz. Jak będziesz mieć brzuszek to twoja dziewczyna też będzie cię kochać. Pozornie nic się nie zmienia, a w końcu przychodzi dzień, w który czujesz się jakby ktoś jebnął ci drzwiami w twarz.

Widzisz wtedy siebie takiego, jakim się stałeś. Wypranego z osiągnięć, które były twoim udziałem tak dawno, że przestały się liczyć. Pozbawionego wymówek i usprawiedliwień. Stałeś się alternatywną wersją siebie z innego wymiaru. Swoim bratem bliźniakiem, którego błąd nie polega na tym, że podejmował złe decyzje, ale że nie podejmował żadnych.

Przeciętność dopadnie każdego, kto z nią nie walczy

Przeciętność działa jak niewidoczna czarna dziura. Wciąga cię jak wir. Nieważne jak daleko od niej jesteś to prąd wciąż spycha cię w jej kierunku. Żeby w niej utonąć nie trzeba się starać – wystarczy przestać wiosłować. To dlatego w tytule napisałem, że przeciętność dopadnie każdego. Ten tytuł wymaga jednak sprostowania – przeciętność dopadnie każdego, kto z nią nie walczy.

Jeśli chcesz mieć szczęśliwy, czuły związek, to wciąż musisz dbać o swoją atrakcyjność, rozmawiać o tym, co ważne i pamiętać, że życie razem to nie tylko układanie list zakupów i zmywanie naczyń, ale też wyjazdy w Bieszczady i przytulanie się przy kominku. Jeśli myślisz, że to banał to popatrz na ludzi, którzy o tym zapominają.

Jeśli za dziesięć, piętnaście czy dwadzieścia lat wciąż chcesz mieć świetną sytuację finansową, to będziesz musiał pozostać studentem z pustą lodówką, który bez przerwy się uczy, szuka efektywniejszych sposobów działania i podejmuje nowe wyzwania.

Jeśli chcesz mieć interesujące życie, to wciąż musisz układać listy rzeczy, które jeszcze chcesz zrobić i pracować nad nimi bez względu na to czy, będziesz mieć motywację czy nie.

Płynięcie pod prąd może cię wyczerpać, ale to stagnacja zabija – łamie kręgosłup, odbiera chęć do życia i wymazuje z niego wszystko, co dobre. Nie dlatego, że jest takim okropnym skurwysynem, ale dlatego, że nic nie mamy na własność – każde osiągnięcie, każda cecha charakteru i każda osoba są wynajęte. A kiedy przestajesz za nie płacić, to je tracisz.

Dodaj komentarz

51 komentarzy do "Przeciętność dopadnie każdego"

Powiadom o
avatar
100000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
entropysphere
Gość

Genialne i prawdziwe. I niewiarygodnie smutne….

Pikava.pl
Gość

Prawdziwe tak, smutne już znacznie mniej. Ta pełna lodówka działa jak filtr. Oddziela ludzi, którzy działają tylko z batem na plecach i wręcz dążą do przeciętności, od tych którzy chcą coś osiągnąć, dla siebie i dla swojej satysfakcji.
Bo prawdziwą postawę człowieka można poznać, kiedy już dobije się już do tej przeciętności. Niektórzy tam zostają a inni prą dalej, bo chcą i mogą

Quinn
Gość

To nie jest smutne. Proza życia. Volant pisze jak zawsze w dosadnym stylu i właśnie dlatego, jego blog jest w czwórce moich ulubionych. Działa jak pigułka świadomościowa, jak uderzenie pięścią prosto w twarz, po którym albo podnosisz się i walczysz, albo leżysz i pozwalasz żeby życie Cię skopało. Mimo tego nie sądzę, że życie jest walką i myślę, że autor również.

entropysphere
Gość

Życie jest walką, jeśli chce się coś więcej niż tytułowa przeciętność. Walką ze swoimi słabościami, z przeciwnościami losu, z konkurencją.
Smutne jest dlatego, że każdy ma tylko jedno życie i godzenie sie na przeciętność to zabite marzenia oraz stracona szansa na coś wielkiego i wyjątkowego. To kilkuletni przyszli piloci, konsmonauci, strażacy, lekarze, malarze, podróżnicy, którzy zostali kasjerami w biedronce, spzedawcami ubezpieczeń albo excelowymi korporatami.
Polecam historię o kamieniach, żwirze, piasku i wodzie….

Marcin Kwieciński
Gość

Ludzie kupili iluzję bezpieczeństwa otulonego przeciętnością. Pomijając fakt, że społeczeństwo karci każdego, kto choćby na centymetr opuszcza szary szereg – rzeczywiście miło jest być kimś przeciętnym. Bo norma zakłada, że to nie Ty jesteś odpowiedzialny za swój los (przyjemnie jest narzekać na „system”, grać w World of Warcraft, jarać blunty i śmiać się z ludzi, którzy starają się wybić). Tego rodzaju teksty rozbudzają samoświadomość, ale jeśli ktoś siedzi po uszy w gównie, to nie usłyszy tego głosu rozsądku, ponieważ nie będzie chciał go usłyszeć. Tak jest znacznie wygodniej.

entropysphere
Gość

Nie tylko, nie będzie chciał go usłyszeć, ale zakrzyczy go, a tego, kto to mówi zwymyśla od najgorszych. Ludzie bardzo nie lubią być świadomym tego, że przepuścili swój czas na marne.

Dawid
Gość

Czy mając pełną lodówkę, wciąż będziesz umiał pozostać głodnym? Hmm od razu nasuwa mi się, życiowe motto Steve’a Jobsa, czyli: stay hungry, stay foolish. Ten koleś wiedział jak żyć

Karolina Piotrowska
Gość

To jest najlepszy tekst ever. Rzeczywiście wiele osób miało tyle marzen, pasji, świat stał przed nimi otworem a jakoś po skończeniu studiów wszystko im tak powszednieje, ubierają wygodne kapcie, zasiadają w fotelu w biurze i patrzą jak życie płynie Ale bez większych uniesień i tak jest dobrze.Lenistwo jest fajne też mnie to kiedyś dopadło na moment ale na szczęście się otrzasnelam, ze przecież to nie prawdziwa ja i nie chcę tak skonczyc. „Spokój” dobija na dłuższą mete

paniblond
Gość

Wydaje mi się, że takie „osiadanie na laurach” wiąże się też z przekonaniami jakie wpoiły nam starsze pokolenia- że trzeba znać swoje miejsce w szeregu, że wybijają się tylko nieliczni- ci którzy mają kasę i znajomości, a najlepiej firmę w spadku, że jak jest dobrze to nie ma co kombinować, a ryzyko równa się nieodpowiedzialności zwłaszcza posiadając rodzinę… takie właśnie frazesy zabijają marzenia i chęci do działania, a słucha je codziennie wielu młodych ludzi próbujących COŚ zrobić…. morał z tego taki, że trzeba słuchać tylko siebie ( no pod warunkiem, że jesteśmy głodni :) )

Kattessimo
Gość

Właśnie tego dzisiaj potrzebowałam, żeby przekonać się, że złożenie wypowiedzenia to najlepsza rzecz, jaką mogę dla siebie zrobić, żeby za jakiś czas nie spocząć na tej spokojnej kanapie gapiąc się bezmyślnie w telewizor i zapominając o tym, czego chciałam od życia! Dzięki Volant, zrobiłeś mi dziś ogromną przysługę!!!! Ten tekst to kopniak w tyłek! Stay foolish!!!

Greg
Gość

Dokładnie w tym temacie, chciałbym Wam polecić dwie książki Napoleona Hilla: „Myśl i bogać się” oraz „Przechytrzyć diabła”. Pierwsza jest praktycznym przepisem na to, jak robić to o czym Volant pisze. Druga wyjaśnia, dlaczego ten wir wciąga.

pirek pirkowski
Gość

Brawo wreszcie inaczej i ciekawie. Gratulacje trafiłeś w cel a dokładnie w sam środek tarczy :)

VQ
Gość

no tak, stabilizacja motylka, to szpilka…

entropysphere
Gość

Volant, a jak to się ma do stawania na palcach z poprzedniego wpisu o związkach? Przecież ci przeciętni to głownie właśnie tacy nie stający na palcach, a często i siadający wygodnie na pupie.

Volant
Gość

W poprzednim tekście przez „stawanie na palcach” rozumiałem nie tyle „starać się”, co „starać się patologicznie – przesadnie i wbrew swoim interesom”.

Dobrze to podsumował Dawidowski w tamtej dyskusji: „To o czym pisałeś w całym poście, to dawanie z siebie ponad normę. To dawanie z siebie 120%. Czyli ‚ja na co dzień’ + coś extra.”

Wszędzie potrzeba wyważenia. Jeśli ktoś zapierdalałby jak chomik w kółku i bałby się pojechać na miesiąc wakacji, żeby nie wpaść w wir przeciętności to też bym to skrytykował. Jeśli ktoś nie biegałby w ogóle w kółku to skrytykowałbym to jeszcze bardziej. Prawda, jak zazwyczaj, może nie leży pośrodku, ale na pewno nie ma jej w skrajnościach.

Jeany
Gość

Wpis świetny.!
btw Volant przeczytałeś ostatnio coś godnego polecenia? i gdzie podzial się wpis ‚książki mojego życia” czy jakoś tak? :(

Justyna
Gość

Kolejny świetny wpis!

Goster
Gość

kur…a jakie prawdziwe ;-( właśnie tego doświadczyłem na własnej skórze ;-(

Pestka
Gość

A jeśli komuś jest dobrze z tą „przeciętnością”? Jeżeli nie dąży do niczego ponad normę i jest z tym szczęśliwy? Co, jeśli dla kogoś szczytem marzeń są właśnie te pampersy? I jeśli praca w urzędzie miasta to dla kolegi osiągnięcie sukcesu? Nie mierzmy wszystkich własną miarą. Bo ja tu dostrzegam piętnowanie osób, które „nie mają takiego podejścia, jak ja – bo każde inne podejście jest złe”. Żyjemy w świecie, w którym dążenie do indywidualności stało się najwyższą wartością i każdy chce osiągnąć coś niezwykłego i mieć oryginalne hobby, bo właśnie czuje, że m u s i. A mnie się wydaje, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Tylko o to, żeby nie działać wbrew sobie. Nie okłamywać ani siebie ani swoich własnych potrzeb – bez względu na sposób, w jaki do tego dążymy.

Volant
Gość

Jeśli ktoś żyjąc w taki sposób jest w pełni szczęśliwy to spoko. Jak dla mnie może nawet grzebać patykiem w błocie dwanaście godzin dziennie jeśli sprawia mu to radość. Problem w tym, że nie znam zbyt wielu osób (chociaż nie wykluczam, że takie też istnieją), które osiągają szczyt satysfakcji w nierozwijających, słabo płatnych pracach i będąc w związkach, w których fantazjują o kimś innym.

Moim zdaniem chodzi o to samo, co napisałaś – żeby nie działać wbrew sobie. I owszem, jest sporo osób, które działają wbrew sobie siląc się na „osiąganie czegoś niezwykłego”, ale jest jeszcze więcej osób, które działają wbrew sobie rezygnując ze swoich celów i zatrzymując się na początku swojej drogi „bo to się nie uda” i „bo inni tak nie robią”.

Volant
Gość

Tak jeszcze dodam, że założyłem, że jest oczywiste, że kiedy piszę o nudnej pracy w urzędzie miasta, piszę o konkretnym przypadku i nie musi to mieć sensu w innych. Nie jestem aż tak małostkowy, żeby deprecjonować ludzi wyłącznie na podstawie miejsca pracy. Przeciwnie – nigdy nawet mi nie przyszło do głowy, żeby traktować kogoś z mniejszym szacunkiem tylko dlatego, że ma „gorszą” pracę. Sam też takie prace wykonywałem. Znam osoby, które pracując w McDonald’s opłacały sobie studia, podobnie jak znam słabo opłacanych stażystów w instytucjach publicznych, dla których to jest pierwszy stopień kariery i mam niemal 100% pewność, że tą karierę zrobią.

Po prostu widzę różnicę między wykonywanie określonej pracy dla większego celu i takiej samej pracy, ale tak, jakby to był już czyjś szczyt możliwości. W praktyce myślę więc jak starożytni Ateńczycy, że nie jest wstydem bieda, ale brak prób, żeby się z niej wydobyć. To samo dotyczy przeciętności – to nic złego mieć przeciętne życie, ale godzenie się na nie jest już tragedią. I nie dlatego, że tak mówię, ale dlatego, że ma się jedno życie i warto je przeżyć najlepiej jak to możliwe, a nie na 30%.

Asia M.
Gość

Prawie równie bardzo jak Twoje teksty, lubię to jak odpowiadasz na zarzuty pod nimi. Wyobrażam sobie jaki to musi być „fun” posłuchać Cię w dyskusji na żywo :-D

Volant
Gość

Słyszałem, że w dyskusji na żywo faktycznie jest to niezły fun :D

Pestka
Gość

No i dochodzimy tu do wniosku, że definicja przeciętności zasadza się na podejściu do świata, a nie na rezultatach tego podejścia. Bez względu na to, co robimy, musimy dawać z siebie jak najwięcej – i to jest wartością. A nie to, że w konsekwencji możemy sobie pozwolić na rolexa. Jeśli będziemy oceniać ludzi kategoriami przeciętności, opierając je na tym, co fizycznie osiągnęli, a czego nie, to możemy ich bardzo skrzywdzić – bo to jest cholernie subiektywne odczucie. Dla jednej osoby wyznacznikiem sukcesu jest ten rolex, a dla drugiej 16letni opel vectra na parkingu pod blokiem. I nie możemy mówić, że ta druga jest przeciętniakiem, bo zmarnowała swoją szansę zostania prezydentem. Obie podejmują działanie i to działanie samo w sobie jest nieprzeciętną wartością.

A co do komentarza poniżej – to nie są zarzuty ;)

Ana
Gość

O to to Pestka, dodam jeszcze, ze dajmy na to 2osoby na tym stanowisku mogly przejsc zupelnie inna droge aby byc gdzie sa. Dla jednego moglo to byc kiwniecie palcem a dla drugiego dluga droga poprzedzona wyboista trasa. Jako, ze mieszkam zagranica lubie ten przyklad odnosic do naszych rodakow ktorzy pracuja z anglikami – czesto dla przecietnego anglika dane stanowisko poprostu bylo na wyciagniecie reki a dla Polaka nieco wiekszym wysilkiem – okupionym przyswojeniem obcego jezyka i niekiedy przedarciem sie przez tzw. szklany sufit (w koncu nie jest u siebie). I w takiej sytuacji majac ich na rowni pod wzgledem stanowiska bardziej doceniam Polaka – poprostu jego wklad byl wiekszy by dostac sie tam gdzie sie znajduje. Taka luzna aluzja, ktora z kolei sklania nas do tego by nie oceniac ksiazki po okladce. Ale to juz inna bajka.
Enjoy the journey, not the destination.

S
Gość

Zamiast żyć wciąż tylko „planujesz” życie, biegniesz po coś co wydaje Ci sie że ma większy sens. Twój sens został Ci sprzedany przez masy a Ty ślepo za nim podążasz sądząc że jestes wyjątkowy. W rzeczywistości jesteś zupełnie nieświadomy tego co to jest życie. A wierz mi, to wybicie sie ponad szeroko zrozumianą przeciętność nie jest niczym innym jak tylko chęcią pokazania „jestem ważniejszy” Otóż nie jesteś. Wszyscy jesteśmy w tym życiu tak samo ważni. Pozdrawiam

Volant
Gość

Łał! Ale zajebiście znasz moje życie! Jak nie będę wiedział, co się w nim dzieje to zgłoszę się do ciebie!

S
Gość

Polecam sie i pozdrawiam ciepło :)

Dawid Straszak
Gość

Twierdzisz, że całe życie działa na nas motywacja zewnętrzna w postaci „musisz”, a po tym gdy ona znika to opadamy na kanapę bez perspektyw i po przeczytaniu tego wpisu mam wrażenie, że albo jest się wewnątrzsterownym, albo już po tobie. Tylko podszedłbym do problemu inaczej – skoro całe życie byliśmy popychani do działania przez nakazy, to może warto zrobić sobie takie nakazy samemu w postaci celów i zakładów :)

Zośka
Gość

Piramida Maslowa się kłania. Znam ludzi, którzy poczuli bezpieczeństwo, mają tą lodówkę pełną, rodzą dzieci i wymieniają samochody i czują pełnię. Dla nich formą relaksu jest serial w TV albo gotowanie obiadu dla rodziny. Stanęli na tym etapie już dawno temu, w tym widzą sens i nie chcą nic zmieniać.

Inni bez samorozwoju, edukacji czy podróżowania, tudzież rozszerzania horyzontów czują, że stagnacja ich oplotła niczym bluszcz. I ta panika pcha ich ponownie do działania.

Post skierowany zdecydowanie do tych osób, które mają ambicje, którym wiecznie mało i choćby zapomniały o tym, że to nie siedzenie na tyłku przynosi efekty tylko działanie, to w pewnym momencie się ockną i w pocie czoła zaczną budować teraz lepsze jutro.

Także przeciętność dla jednego oznacza nudę, dla innego jest codziennością, którą na swój sposób kocha i celebruje.

Teth
Gość

Każdy żyje tak, jak mu to odpowiada. Nie ma nic złego w przeciętności a to zakłada artykuł. Tak jak nie ma nic złego w przeciwieństwie tego stanu rzeczy. Ludzie są różni. Różne charaktery i osobowości. Różne są miejsca w których dorastają i żyją. Najważniejsze jest, aby żyć w zgodzie ze sobą i innymi. Bo nie liczy się to, ile masz ale to, jaki jesteś.

entropysphere
Gość

Chyba faktycznie istnieje sporo osób dla których osiągniete minimum konieczne daje wystarczającą radość, szczeście i zadowolenie. Celebruja codzienność, a przysłowiowe pampersy dają im wszystko co chcą.
Niestety, ludzkośc idzie do przodu, tworzy cos i zmienia sie na lepsze tylko dzięki grupie tych, którzy szukają wyżej. Leonardo da Vinci, Krzysztof Kolumb, Paul Gaugain, Elon Musk, Steven Hawking, Steve Jobs i wielu wielu innych….
Nawet w biblii jest przypowieść o zmarnowanych talentach.

David Durden
Gość

Piszesz Volant, że to po studiach. U mnie w otoczeniu jest jeszcze gorzej. Mam 21 lat, jestem na drugim roku i 90% moich znajomych, których uważałem za wartościowych ludzi, już rozpoczęło wegetację.

Mój były najlepszy kumpel jest w związku i jest jak to ładnie ująłeś jest „pantoflarzem”, pomijam już kwestię tej kobiety, która jest dosyć niskich lotów oraz tego ile miał planów i jak to często mówił mi, że on nie chce być jak każdy, że musi się wyrwać z tej szarości, że nie dla niego posadzenie drzewka i zbudowanie domku. Niestety, dopadło go i to tak szybko, że aż strach. Zapomnij, żeby gdzieś go wyrwać na szaloną noc, żeby wyrwać go chociażby na boisko czy ring, nie, po prostu się skończył, już go nie ma.

Mój drugi kumpel, który to miał zostać piłkarzem światowego formatu, ciuła w magazynie za ledwo 1K miesięcznie, kariery już dawno pozawieszane, dał sobie wmówić, że to nie dla niego jest bycie wielkim. Dodatkowo jest w związku, podobnie jak powyższy kumpel, wybierał z pośród… jednej kobiety. Związek rozkłada go na łopatki, a właściwie on sam się rozkłada, jego zazdrość jest kuriozalnych rozmiarów, jest toksyczny, zadręcza innych tylko swoimi problemami i ciągle powtarza mi jakie to życie złe i niesprawiedliwe. Sam totalnie się zatrzymał w rozwoju, nawet już nic mi od siebie nie daje w tej znajomości, chce tylko „chapać” ode mnie i ciągnąć mnie podświadomie w dół. A ja sobie zawsze myślę: „stary, masz to co sam wybrałeś, wolałeś zostać przeciętnym człowiekiem”.

Czasami siedzę sobie wieczorem i się zastanawiam właśnie nad tym co się stało z tymi ludźmi. Dlaczego wpadli w taką czarną dziurę. Wszystko kręci się u nich tylko wokół tych kobiet, sukces jakikolwiek przestał się liczyć, jak tak można? Przecież mają 20 lat, poznali jedną kobietę, nie mają doświadczeń, punktów odniesienia, a każdą propozycję imprezy negują „nie, kluby nie są dla mnie”. I dochodzę do prostych wniosków. Oni już dawno postanowili, że będą przeciętni. Może i mówili co innego, ale w głębi wiedzieli, że są za słabi, nie wierzyli w siebie na tyle mocno, by zostać kimś więcej. Zawsze gdy mówiłem o swoich planach i marzeniach oni uśmiechali się i mówili ironicznie „tak, jasne”. Przez długi okres czasu ciężko było mi uwierzyć w to, że faktycznie mogę coś osiągnąć, w końcu prawie wszyscy znajomi mówili, że to niemożliwe. Dziś wielu z tych ludzi nie ma już w moim życiu, po prostu zostali w tyle, pochłonęła ich codzienność, a ja na swojej drodze spotkałem innych, którzy również wspinali się na tą samą górę. Wciąż z adrenaliną w oczach każdego dnia wstaję i widzę cel na horyzoncie, ubieram buty i idę biegać, żeby być jeszcze dalej i dalej, żeby oddalić się od tej przeciętności.

Oczywiście twoje teksty Volant, od lat dodają mi wiatru w żagle i oby było tak nadal!

eyecatcher
Gość

Całkowicie się zgadzam, to smutne, bo jest mnóstwo osób, które tkwią w takiej przeciętność, a obserwując z boku, widzę, że im dłużej to trwa, przestają dostrzegać w tym cokolwiek złego. Jednak z ludzi, którzy kiedyś mieli ambicje i cele, zamieniają się w rozżalone istoty, których ulubionym zajęciem jest narzekanie i całkowity brak chęci do zmian. Nigdy tego nie zrozumiem i mam nadzieje, że nigdy mnie to nie spotka.

http://eyecatcher.blog.pl/

Krzysztof Francug
Gość

Dzięki, właśnie wpadłem w fazę przeciętności…

Czas z niej wyjść ! :)

mallgos
Gość

A ja uważam, że nie ma nic złego w tym, że osiągamy pewien poziom i mówimy – pas, na razie wystarczy, mam satysfakcję, chcę się na chwilkę zatrzymać. Nie każdy musi piąć się po szczeblach kariery, nie każdy musi marzyć o milionach, nie każdy marzy o modelu z wybiegu. Nie ma nic złego w tym, że mamy różne oczekiwania. Nie wiem czy postawienie sobie granicy oznacza przeciętność. Czasami człowiek mówi pas, bo doświadczenie życiowe pokazuje, że nie warto tak się zatracać, gonić tego króliczka, bo życie nie jest nieograniczone czasem i nikt nie wie ile komu przypadło.
Nie każdy też jest tak sprytny i kreatywny był znaleźć łatwy sposób na sukces.
Wydaje mi się, że problem nie polega na tym, że zatrzymujemy się i nie chcemy więcej, tylko zwyczajnie przestajemy dbać o to co już mamy. Zaczynamy sobie pozwalać na nie staranie się. I wtedy dopiero stajemy się nie tyle przeciętni, co byle jacy.

Lakay
Gość

„A ja uważam, że nie ma nic złego w tym, że osiągamy pewien poziom i mówimy – pas”

Widzisz, to co jest w tym złego, to że nie istnieje pewien poziom, na którym się zatrzymujemy, bo coś takiego jak zatrzymanie się w naturze nie istnieje. Jest progres, kiedy się rozwijamy albo regres, czyli pikowanie w kierunku dna.
Przeciętność, o której pisze Volant, jest niebezpieczna i zwodnicza, bo ludziom wydaje się wtedy, że fluktuują wokół stabilnej linii prostej, a to nieprawda, bo trend jest spadkowy.

„Nie każdy też jest tak sprytny i kreatywny był znaleźć łatwy sposób na sukces.”

Nie ma łatwego sposobu. Spryt i kreatywność nie gwarantują sukcesu. Sukces jest zawsze okupiony trudem i poświęceniem.

mallgos
Gość

„Jest progres, kiedy się rozwijamy albo regres, czyli
pikowanie w kierunku dna”
Nie zgodzę się z takim zero-jedynkowym podejściem do tematu, albo rozwijamy się, albo cofamy.
Rozwijać się można w różnych kierunkach, obszarach, dziedzinach.
To, że ktoś ma tytuł mgr nie oznacza, że koniecznie musi zrobić doktorat.
To, że ktoś ma już wykształcenie, rodzinę, dom, samochód, pracę na poziomie finansowym jego zadowalającym. I mówi sobie pas – mi to wystarczy, teraz poświecę się np. żeglarstwu, bo to moja pasja. I takie życie daje jemu autentyczną radość i satysfakcję nie czyni z niego przeciętniaka, tylko człowieka spełnionego. Jego życie, jego sprawa – faktycznie jedno ma i ma prawo żyć według własnych zasad i niekoniecznie kiedykolwiek poczuje – „jakby ktoś jebnął ci drzwiami w twarz”.
Nie każdy musi mieć aspiracje na poziomie – sięgam głową gwiazd.

„Spryt i kreatywność nie gwarantują sukcesu. Sukces jest zawsze okupiony
trudem, poświęceniem, ale przede wszystkim zależy od tego, czy uciekamy
od przeciętności”.
Trud i poświęcenie też sukcesu nie gwarantują i niestety uciekanie od przeciętności też.

Lakay
Gość

Widzę, że się nie zgadzasz, ale jednocześnie sama potwierdzasz moje słowa, bo poświęcenie się żeglarstwu to nadal rozwój i zaczynanie czegoś nowego w życiu. Nie jest konieczne trzymanie się tylko jednego obszaru.
Pokazujesz przeciętność od strony materialnej, a nikt o takiej nie mówi. Gdyby od tego to zależało, to byłoby to proste. Są ludzie bardzo bogaci, którzy żyją przeciętnym życiem, tylko że na innym poziomie materialnym.
To prawda, że trud i poświęcenie też nie gawarantują sukcesu, ale na pewno bardziej do niego zbliżają niż oczekiwanie, że ktoś ci pokaże łatwy sposób na jego osiągnięcie.

mallgos
Gość

Wygląda więc na to, że myślimy podobnie, tylko nazewnictwo mamy różne. Dla mnie człowiek, który całkowicie się zatrzymał i myśli, że już osiągnął tyle, że teraz może leżeć i czekać na profity to idiota i obibok.
Przyrównując to do czasów szkoły – przeciętni uczniowie to byli tacy, którzy mieli oceny głownie 3 i 4, ambitni i pracowici przeważnie 5 (lub też bardzo zdolni), leniwi i nieambitni 1,2.
Bardzo często ci z ocenami 3, 4 grali w piłkę, na jakimś instrumencie, udzielali się w wolontariacie itp. W średniej ocen nie mierzyli wyżej, bo wiedzieli, że osiągnięcie poziomu 5 wymagałoby od nich rezygnację z dodatkowych aktywności, które dawały im możliwości rozwoju w innych obszarach, a przede wszystkim radość w życiu. Jednak dla nauczycieli jako uczniowie byli przeciętni.
Zmierzam do tego, że jesteśmy różni, mamy inne poziomy inteligencji, inne umiejętności itd. Nie każdy potrafi tworzyć biznes, wyłapywać okazje do budowania solidnej sytuacji finansowej. Jednak każdy z nas w większym lub mniejszym stopniu posiada świadomość siebie i swojego potencjału. Czasami decyduje się na posadę urzędnika za mniejsze pieniądze, ale nie robi z tego tragedii, bo mimo to ma satysfakcjonujące życie.
Wspomniany przeze mnie spryt i kreatywność to takie uproszczenie (nie chciałam się zbytnio rozpisywać), bo ja uważam, że nie każdy nadaje się do wszystkiego. Do tego by prowadzić własny biznes, zarabiać naprawdę dobre pieniądze trzeba oprócz ciężkiej pracy mieć predyspozycje w charakterze.

Madix
Gość

Bardzo fajne komentarze – mam podobne przemyślenia.

foolish
Gość

A co jeśli przeciętność już mnie dopadła ale chciałbym sie z niej wyrwać? Pozostała mi garstka przyjaciół, która sama jednak stała się „przeciętna” a jestem w wieku, że raczej pielęgnuje się znajomości aniżeli zawiera nowe. Jak się zebrać, złapać impuls do działania ?
PS. Czytam Cię już jakiś czas ale ten tekst na tyle mnie poruszył, że musiałem założyć konto i skomentować :)

Tomek
Gość

„Czy mając pełną lodówkę, wciąż będziesz umiał pozostać głodny?”
Jeżeli kiedykolwiek zdecyduję się na tatuaż, to będzie nim powyższy cytat.

Kamil Dyluś
Gość

Nic dodać, nic ująć… Volant jak zawsze brutalny, ale prawdziwy :)

Hipis
Gość

Kurcze, świetny tekst, nawet mnie zmusił do myślenia. Z punktu widzenia świeżo upieczonej studentki: mam wrażenie, że dorosłość, ta prawdziwa i odpowiedzialna, strasznie znieczula. Nie wyobrażam sobie, żeby ci ludzie w wieku moich rodziców kiedyś byli beztroscy, zadawali pytania o sens życia, wiary i miłości, czytali poezję, przejmowali się losami świata, pytali, błądzili, tracili sens życia… Zachowują się, jakby już urodzili się w garniakach, poważni, sztywni i nie zdradzający żadnych uczuć, co jest raczej niemożliwe, więc podejrzewam, że kiedyś zachowywali się jak ja teraz, tylko z wiekiem postanowili wszystko to przekreślić. Muszę przyznać, że dla mnie i moich znajomych ludzie po trzydziestce są osobliwym tematem do obserwacji, że już nie wspomnę o naszych rodzicach…

Justyna Janiuk
Gość

Prawdziwe. Strasznie smutno patrzy mi się na te osoby, które przyjęły po prostu to, co było najprostsze do osiągnięcia i tkwią w tym, mimo, że mają, tak jak ja, 24 lata. I choć nie chcę mierzyć swoją miarą, to uważam, że nie odniosły sukcesu do tej pory w swoim życiu. Bo kiedy raz ten sukces odniesiesz, to twój apetyt na kolejne rośnie i rośnie… :)

Riennahera
Gość

George Orwell patrzył nieco inaczej na ten sam problem. Jego konkluzja – w okolicach trzydziestki większość ludzi przestaje żyć dla siebie i zaczyna żyć dla innych. Co wcale nie jest komplementem. Ludzie, którzy coś robią ze swoim życiem, mają w sobie dużą dozę egoizmu.
Osobiście uważam, że to niezwykle zdrowy egoizm.

Amelia Pieniążek
Gość

Im dalej, tym gorzej: z czasem już nawet nie jesteś w stanie dostrzec końca peletonu, na którym ciągną się twoi dawni przyjaciele, kuzyni, koledzy ze studiów i wtedy orientujesz się, że dzieli was tak wiele, że choćbyś nawet chciał, to już nigdy nie wypijecie razem piwa.

facetwformie.pl
Gość

Prawdziwe niestety, ale taka jest niestety brutalna natura człowieka. Zadowalamy się „ciepłą wodą” bo tak mamy w genach. Wszystko odkładamy na poźniej, łudząc się że kiedyś będe tam gdzie chce bo teraz nie ma na to czasu. Lenistwo jednak zwycięża, bo lodówka dziś pełna przecie. Moim zdaniem dobrym sposobem realizację tych dużych celów jest skupienie się na małych kroczkach, które prowadzą do niego. Zamiast myśleć, zabiorę się za to i będe kim chce, skup się na małym codziennym , najbiższym kroczku, który prowadzi do rzeczy wielkich. Pozdro Volant

Radosław Górny
Gość

„Stay hungry, stay foolish” jak to powiedział Steve Jobs.

Radosław Górny
Gość

Ja już sam nie wiem, co jest dobre. Z jednej strony oczywiście, że warto gonić za marzeniami, podwyższać jakość życia i nie mylić jej z komfortem. Z drugiej strony, czasami się zastanawiam ile z tej satysfakcji lepszym życiem bierze się z poczucia, że nie jest się gorszym niż ktoś tam. Najważniejsze pytanie to: czy dalej potrzebowalibyśmy tych poszukiwań, gdybyśmy nagle wszyscy zmówili się, że teraz ich zaprzestajemy? Uciszyłoby to mechanizm porównywania się i być może to właśnie byłoby szczęście.

wpDiscuz