Związki na 60%

Związki na 60%

Lata temu usłyszałem trzy zdroworozsądkowe rady na temat finansów.

Pierwsza: Jeśli podróżujesz z większą gotówką, to nie trzymaj jej tylko w jednym miejscu.

Druga: Nigdy nie kupuj samochodu droższego, niż sześciokrotność twojej miesięcznej pensji.

Trzecia: Jeśli chcesz kupić mieszkanie to nie wykorzystuj 100% zdolności kredytowej.

Paradoksalnie, ta ostatnia świetnie sprawdza się też w związkach.

Pozwól, że to wyjaśnię.

Kiedy kończy się trzydziestkę, to zauważa się wysyp ludzi wijących sobie gniazdka. W ten sposób także duża część moich znajomych wzięła kredyty i do tego momentu jest to naturalne.

Część poszła do banku, oceniła jaką ma zdolność kredytową i następnie wybrała nieruchomość na jaką było ich stać.

Jednak część zrobiła odwrotnie: najpierw wybrali wymarzone mieszkanie lub dom, a później zaczęli kombinować, jak podnieść swoją zdolność kredytową, żeby dostać kredyt. Tylko że nie robili tego poprzez realne zwiększanie dochodów, ale przez manipulacje podatkowe (np. ukrywanie części kosztów uzyskania przychodu) albo znajomości („Ej, a Romek ma firmę to może mnie fikcyjnie zatrudni na pół etatu? Wiesz, tak tylko do przyznania kredytu”). Argument zawsze padał ten sam:
- Bo ja tak bardzo chcę mieć ten wymarzony dom, a kredyt to wiesz – jakoś się spłaci. Przecież będę kiedyś zarabiać więcej.

Sarkastyczna strona mojej osobowości mówi: „Taa, skąd ta pewność?”. Optymistyczna strona mojej osobowości mówi coś innego: „Pewnie tak, ale wszystko wydasz na rosnące koszty życia”.

To nie przypadek, że za bezpieczną wysokość raty kredytowej wskazuje się taką, która nie przekracza 30% miesięcznych dochodów. Dlaczego? Bo po pierwsze, fajnie jest robić coś więcej niż spać, pracować i spłacać kredyt; a po drugie, jeśli wzrośnie oprocentowanie, straci się pracę albo będzie musiało ponosić się nieoczekiwane wydatki, to wciąż będzie się w stanie spłacać raty.

Branie kredytu na 100% swojej zdolności kredytowej (lub więcej), drastycznie podnosi udział raty w dochodach, przez co zamienia ją w bombę zegarową. Stajesz się niewolnikiem domu. Budujesz sobie nim poczucie wartości, ale pracujesz tylko na niego. Nie idziesz na szkolenie, bo lepiej nadpłacić kredyt. Nie jedziesz na wakacje, bo lepiej wybudować altanę. A kiedy okazuje się, że nie możesz spłacać raty, to czujesz się jak nieudacznik.

Co to ma wspólnego ze związkiem?

Ten przydługi opis odnosi się też do związku. Nie tylko dlatego, że związek potencjalnie trwa tyle, co spłata hipoteki, ale też dlatego, że tutaj też duża część osób „kupuje” miłość za 100% dostępnego kapitału.

Robi tak gość zachowujący się w stosunku do dziewczyny jak skrzyżowanie podnóżka, bankomatu i Ubera.

Robi tak kobieta, która codziennie robi się na bóstwo i jest w pełni dostępną dla niego damą w salonie i dziwką w sypialni.

Robią tak wszyscy, którzy chcą być z kimś, kto w ich ocenie, jest od nich lepszy, ale zamiast popracować nad sobą, robią sobie tylko dobrą kampanie marketingową i myślą: „Muszę być najlepszą, pozbawioną skaz wersją siebie, żeby mnie ten ktoś chciał/a”. Rzucają na szalę wszystko co mają, wygrzebują ostatnie drobniaki i rozbijają skarbonkę, żeby okazać się dla kogoś wystarczająco dobrym. I to wystarcza, ale ledwie i zwykle na krótko.

Wiesz co ma największy wpływ na trwałość związku? Według Roberta Sternberga są to trzy elementy:

1. Namiętność – w swojej czystej formie występuje kiedy się poznajecie. Doświadcza się wtedy emocjonalnego rollercostera. Namiętność jest zaborcza, obsesyjna i zachłanna. Myślicie o sobie, wymieniacie wiadomości, odliczacie dni do spotkania, a kiedy się spotkacie, to każda godzina mija wam tak szybko, jak dziesięć minut w innych okolicznościach. Ot, wypisz wymaluj „Romeo i Julia”.
2. Intymność – z nią ma się do czynienia kiedy w odróżnieniu od Romea i Julii miłość trwa dłużej niż trzy dni i nie kończy się podwójnym samobójstwem. To bliskość, zaufanie, te wszystkie herbaty przynoszone na biurko i opowiadanie sobie o tym, jak minął wam dzień.
3. Zaangażowanie – to ostatni element. Jeśli czujesz pożądanie, czekasz na dzień spotkania i otaczasz drugą osobę tkliwymi gestami, to zadajesz sobie pytanie: „Ale czy na pewno chcę tak spędzić kolejne lata? Czy to coś więcej niż „lubienie”?”. I jeśli odpowiedź na te dwa pytania brzmi: „Tak” to prowadzi ona do stwierdzenia, że będzie się o tą relację walczyć.

Te trzy elementy są niezwykle ważne, ale wiesz, co jest ważniejsze? Gotowość na znoszenie kryzysów. Co się stanie, jak jedno z was będzie musiało wyjechać na pół roku? Albo co jeśli wokół niego pojawi się jakaś blondyna poprawiająca mu krawat i strzepująca czułym gestem okruchy z jego marynarki? Albo co jeśli nie będziecie mieć dla siebie tyle czasu?

Jeśli na co dzień dajesz z siebie 100%, żeby „wygrać” drugą osobę, to twoja sytuacja jest taka jak kogoś, kto wziął kredyt na 35 lat wykorzystując pełną zdolność kredytową. Każda niekorzystna zmiana sprawia, że to kim jesteś przestaje wystarczać. Orientujesz się, że nie masz żadnej „poduszki uczuciowej”, z której możesz skorzystać. Nie masz nic, co możesz więcej z siebie dać, żeby przetrwać kryzys, który dla innych par jest chwilowym dołkiem.

Właśnie dlatego nie wierzę w związki, w których daje się z siebie 100%. Nie wierzę w ciągłe walczenie o drugą osobę. Nie wierzę, że jeśli kogoś się kocha, to trzeba dawać z siebie wszystko przez 365 dni w roku.

Wierzę za to w relacje na 60%. Jest w nich zaangażowanie, intymność i namiętność, ale oprócz tego można w nich chodzić przy sobie w dresach, zamawiać pizzę i mieć czas na swoje pasje, a tylko w skrajnych sytuacjach idzie się, przytula i mówi: „Damy sobie z tym radę”. W pozostałych sytuacjach każdy kolejny dzień jest tylko… każdym kolejnym dniem i prawdę mówiąc inne postawy - chociaż atrakcyjne w teorii, nie mają sensu.

Jeśli cokolwiek (i nie ma tu znaczenia czy jest to silnik wysokoprężny, zdrowie czy maszyna za 350 000 zł) działa na najwyższych obrotach przez 100% czasu to szybko się psuje i przykro mi, ale uczucia nie są, nie były i nigdy nie będą tutaj wyjątkiem.

Dodaj komentarz

17 komentarzy do "Związki na 60%"

Powiadom o
avatar
100000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
EntropySphere
Gość

Mieszkanie nie musi być najlepsze, ale związek powinien być.
Jeśli ma się z kimś być całe życie – a zakłądam, że taki jest cel, to trzeba celować w najlepszy punkt jaki się może uzyskać. W przeciwnym przypadku ma się życie na 60%, a nie na 100%.
Oczywiście to kwestia preferencji.

Statystycznie jednak jestem w mniejszości, bo wybór na 60% jest często stosowany. Większość związków jest nudnych, przeciętnych i będących zapełnianiem pustki kiedy przychodzi się do domu, a ma się akurat alergię na psy i koty…..

Abi
Gość

Czytanie ze zrozumieniem :)

Abi
Gość

Swoją drogą myślałam, że składniki miłości jak nazwałes trwałość związku to Wojciszke :)

Magda
Gość

Wydaje mi się bez sensu porównywanie związku do transakcji. Dla mnie ujmujące jest nazywanie, że nas na kogoś „stać” lub nie, przez to jacy jesteśmy lub jaki posiadamy majątek (?). W sferze uczuć takie sformułowanie raczej nie powinno mieć miejsca :).

Po drugie, wydaje mi się, że zapomniałeś o tym, że związek tworzy dwoje ludzi i nie inwestuje się w to pieniądze a emocje, które de facto nas nic nie kosztują. Natomiast warto pamiętać, że niepielęgnowane tracą na mocy. Zatem moim zdaniem stwierdzenie, że powinno się utrzymywać je na optymalnym poziomie i nie tracić zbyt dużej energii na dawanie z siebie tego co najlepsze na co dzień po to, by zostawić margines na gorsze dni jest co najmniej dziwne. Właśnie w momencie kiedy oboje ludzi angażuje się na 100% i dają sobie siłę nawzajem codziennie w lepszych chwilach mogą bez szwanku przejść te gorsze momenty. Poza tym dając z siebie to co najlepsze dostajemy w zamian pozytywne emocje, a nie te wyniszczające. Z resztą dla kogoś kto kocha takie działania dla dobra związku nie są jakimś wysiłkiem.

Przepraszam Volant :). Zazwyczaj tylko czytam, ale dzisiaj musiałam zabrać głos w tej kwestii :). Pozdrawiam.

Tianzi
Gość

Chyba chodzi o to, żeby związać się z kimś, kto akceptuje naszą 60%ową wersję siebie; i nie przyzwyczaić go do 100% tak, że na widok 98% skrzywi się jak rozpuszczony dzieciak dostający w prezencie iPhone’a (n-1)*.

*n=najnowszy dostępny model ajfona na rynku.

Magda
Gość

Rozumiem i podoba mi się porównanie :). Do pewnego momentu właśnie tak rozumiałam ten tekst. W sumie to do jednego z ostatnich akapitów, gdzie jest mowa o oszczędzaniu energii na te trudniejsze chwile i relacji 60-procentowej nazwanej tak przez fakt nie bycia kimś wymuszonym w związku. Przy czym z jednej strony to 60% odnosi się do własnej wersji siebie a z drugiej do własnego zaangażowania w związek. Jeśli chodzi o akceptację siebie nawzajem to jak dla mnie jest to podstawa budowania długofalowych więzi, więc chyba nie jest tu potrzebne tłumaczenie że trzeba akceptować siebie nawzajem a nie wyimaginowaną wersję drugiej połówki. No a jeśli chodzi o procent zaangażowania, to tak jak wcześniej napisałam. Dając z siebie 100% z odpowiednią osobą otrzymamy w zamian tyle samo.

Pestka
Gość

Emocje, zwłaszcza te niewłaściwie ulokowane, czasem kosztują niestety bardzo dużo.

A samo sformułowanie „stać na kogoś” może i wydaje się niewygodne w odniesieniu do relacji, ale jego znaczenie jest trafne. Każdy z nas nosi w sobie jakiś kapitał (i nie myślę tutaj teraz o pieniądzach), który może zaoferować drugiej osobie i ZAWSZE ma nadzieje, że to będzie dobra inwestycja, w perspektywie której otrzyma coś w zamian. Relacja jest transakcją, chociażby właśnie emocjonalną. Dajemy drugiej osobie uczucie, wsparcie, troskę etc., lokujemy w niej emocje i oczekujemy (nawet podświadomie, ale zawsze), że wpłynie od niej podobny wkład na wspólne konto naszej relacji.

Ala
Gość

Zgadzam się w 100% właśnie kiedy jest dobrze powinno się dawać 100% aby potem było z czego brać w gorszych chwilach, z tej skumulowanej pozytywnej energii. Poza tym oszczędzanie się na jakieś momenty, które mogą nigdy nie nadejść, bo wiele może się wydarzyć jest raczej nierozsądne, bo całe życie można tak przeżyć a potem żałować. Wg mnie też trudniej jest zostawić kogoś kto dużo daje
( wkładu w związek), bo jeśli po iluś latach związku przyjdzie moment ten przysłowiowy z blondynką z tekstu, to ktoś kto ma dużo będzie miał dużo więcej do stracenia niż ktoś kto ma tylko 60%. Na logikę raczej łatwiej zastąpić 60% niż 100% czegoś. Wchodzenie w relację, z założeniem, ze będzie się w niej tylko na 60% albo tyle dawało drugiej osobie dla mnie jest ogromnym błędem. A porównanie związku do kredytu nieporozumieniem. Związek to raczej inwestycja, która może się pomnożyć, zwrócić z nawiązką, wiadomo należy dobrze inwestować, nie na ślepo, ale jeśli mało włożymy to nie mamy się co potem dziwić, że zwrot też jest mizerny.

Bartek
Gość

Wielkie dzięki za polecenie. Jestem właśnie po seanse, wspaniały film.

Subiektywny
Gość

Volant,
Jeden z Twoich najlepszych wpisów ostatnimi czasy.
Gratuluję zwyżkującej formy i pozdrawiam.

PS. Ech, ciężko jest mi się przyzwyczaić do aktualnego sposobu komentowania, jakoś przywykłem do Disqusa…

Emilia
Gość

Nareszcie ktoś to głośno powiedział.

Wojciech
Gość

A co z dawaniem 100% w związku z mężatką? Odchodzi od niego, z jakimiś tam komplikacjami, moze za miesiac, moze za rok, a moze powinna odejsc prawie 14 miesiecy temu jak sie poznalismy. Utrzymujemy kontakt codziennie, widzimy sie po kilka godzin od pon do piatku, po tym jak on sie dowiedzial, mielismy po 5 minut dziennie, teraz od 4 miesiacy mamy juz godziny, Ale wraca codziennie do niego, finanse ją blokują, znam jego kochanki, jego nie znam. Daję 100% od pierwszego miesiaca jak ją poznałem, ciągle mam siłę (wariat – zdecydowany na nią – wszyscy moi znajomi odradzają ;p ) , ona robi wszystko wbrew wszystkim, żeby byc obok, mnóstwo ludzi nas podejrzewa, bo wystaczy zerknąć jak się na siebie patrzymy. Daję 60% od 5 dni gdy przeczytalem artykuł. Zacząłem widzieć większe kroki z jej strony w moim kierunku. Ale czy to wystarczy? Czy walczyć ‚agtresywniej? P.S. nie starajcie się oceniać, czy całkiem zrezygnować, tylko czy 100% czy 60% ?
P.S. II. z góry dziękuję za odniesienie się do mojej sytuacji
P.S. III 4 msc temu przyznala się, że mąż ciągle męczy ją o sex, i był ten sex z małżonkiem, w czasie naszych pierwszych 10miesięcy „związku” 6 razy – i od ostatnich 4msc obiecała, że nie, ale w sierpniu był znowu, twierdzi, że bez zaangażowania – sypiają razem w łóżku i ‚dobrał się do niej’ (nie przestaje sypiać z mężem w jednym łóżku, żeby syn nic nie podejrzewał, syn lat 10 zaczyna coraz więcej zauważać ich kłótnie – syna znam, lubię go, a on mnie)

Kasia
Gość

Pragniesz kobiety, która zdradza męża? W dodatku dajesz jej 100%? Nic dziwnego, że nie odchodzi od męża, ma wszystko co może mieć, 100 % Twoje zaangażowanie, rozrywkę, seks, łechtanie ego, a w domu męża, stabilizację finansową, dziecko i spokój. Męczy o seks, dobrał się do niej? A ona pewnie ogromnie „protestowała”? Jeśli faktycznie pragniesz tej kobiety i chcesz z nią stworzyć związek (choć to głupota, ale może ludzie się zmieniają, kto wie) to musisz dawać 0%, a nie 100. 14 miesięcy to kupa czas, zdązyła Cię poznać, więc czas się wycofać, postawić ultimatum ja albo mąż. Przestać się starać i zabiegać o spotkania, póki nie złoży pozwu o rozwód. Jeśli odejdzie od męża – wygrywasz. Jeśli nie – byłeś tylko odskocznią, nie darzyła Cie poważniejszym uczuciem.

wpDiscuz