Wszystkie poniższe zalety wymieniły kobiety określające się mianem singielek, a ja jestem biednym, głupim Volantem więc tylko słuchałem, słuchałem i z tego słuchania dowiedziałem się, że…

…jako singielki nie musicie regularnie golić nóg, tłumaczyć się z wychodzenia na miasto, po mieszkaniu możecie chodzić w dresie, jeść chipsy i popijać je piwem oglądając na laptopie kolejną łzawą historię, w wolnych chwilach macie stos przelotnych kochanków, przy czym nie martwicie się o zdradę, bo nie ma kto was zdradzać, właściwie to o nic się nie martwicie, a już szczególnie o to „Dlaczego się spóźnia… Dlaczego nie dzwoni… Dlaczego uśmiecha się do tamtej kobiety…”. Możecie wychodzić z domu, kiedy tylko macie ochotę (!) dlatego że odpowiadacie wyłącznie za siebie, możecie być stale na diecie i kończyć ją wraz z najbliższą wycieczką do lodówki, tak samo jak palić fajki i wciągać kokę w dowolnych ilościach, a przy tym wszystkim jesteście niezależne finansowo, macie setki znajomych, pielęgnujecie przyjaźnie oraz możecie rozwijać własne pasje. Jednak najlepsze w tym wszystkim jest to, że w wolnych chwilach polujecie na promocje w galeriach handlowych, ale nie polujecie na jakiegokolwiek partnera, bo jesteście takie fajne, niezależne i ach i och.

Po wysłuchaniu tego, poddałbym się nawet operacji zmiany płci żeby zostać jedną z was, gdyby to nie było jakieś takie naciągane. Co to kurwa znaczy, że będąc singielką ma się „możliwość rozwijania własnych pasji”? To jak ma się chłopaka, to nie można? Albo „wychodzenie kiedy się chce” lub „pielęgnowanie przyjaźni”. No tak, w końcu wielokrotnie widziałem dziewczyny całymi dniami chodzące z przykutą żelazną kulą do nogi jak średniowieczni skazańcy, które płakały całymi dniami za możliwością wyjścia do ludzi. Dobry jest też brak przemyśleń typu: „Dlaczego się spóźnia… Dlaczego nie dzwoni… Dlaczego uśmiecha się do tamtej kobiety…”, bo wskazuje na szereg problemów jakie mają ze sobą takie kobiety.

Świetnie rozumiem, że można nie być fanem instytucji narzeczeństwa, małżeństwa czy rodzicielstwa. Nie wydaje mi się żeby to była jedyna słuszna droga. Nie neguję, że czasem faktycznie trafiają się osoby, które nie posiadając stałego partnera mają wyższy standard życia niż taki, który osiągały będąc w związku. Ale wy do nich nie należycie. Wiecie dlaczego? Bo one nigdy nie mówią, że bycie singlem jest fajne, bo nie trzeba golić nóg i nikogo nie potrzebują. Przeciwnie – doskonale zdają sobie sprawę z tego jak fajnie jest się do kogoś przytulić, wiedzieć, że ma się na kogo liczyć albo wziąć z kimś długą, leniwą i luksusową kąpiel. Zwykle nie są z kimś na stałe, bo nie lubią odpowiedzialności, formalizowania relacji albo szybko się nudzą. To trochę taki odpowiednik Arundati, która może być szczęśliwa bez męża czy innej pokraki u boku, ale i tak ma przy sobie wystarczająco wielu facetów, którzy ją przytulą, pocałują i wyruchają więcej niż raz. Więcej niż raz, bo zmniejszanie dystansu fizycznego powoduje zmniejszanie dystansu psychicznego z tym że jednorazówki nie załatwiają sprawy, o czym wiedzą wszyscy, którzy mieli seksu aż do zarzygania.

Wierzę, że haremik pięćdziesięciu oddanych lasek może sprawić, że ktoś będzie szczęśliwszy, ale nie wierzę, że można wieść satysfakcjonujące życie bez jakiejkolwiek osoby, do której będzie mogło się wpaść kiedy tylko się zechce i nie będzie to kosztowało 200 zł za godzinę. Co by nie mówić, to każdy lubi być doceniany, sprawiać innym radość, myśleć o kimś, opiekować się nim, swoim zachowaniem podnosić globalny poziom szczęścia, wiedzieć że ktoś odwiedzi nas w szpitalu i zdawać sobie sprawę z tego, że to nie jest to samo jeśli zrobi to przyjaciel. Wydaje się, że zapinanie kogoś w dupę jak również używanie innych otworów niewiele zmienia, a mimo to zmienia wszystko.

Arundati o tym wiedziała, tylko nie chciała mieć pierścionków zaręczynowych, obrączek i zobowiązań, a zamiast tego po prostu wolała grupowy seks. Niestety taka kobieta jak ona trafia się jedna na sto, a niemal każda samozwańcza singielka tylko usiłuje ukryć przed sobą fakt, że nie potrafi rozmawiać z ludźmi, jest brzydka, leniwa, głupia, chorobliwie zazdrosna albo zwyczajnie nie ma do siebie szacunku, więc wszystkie związki jakie do tej pory stworzyła były kulawe i mocno upośledzone. To jest tylko reakcja obronna na problemy ze sobą, których nie chce się wam rozwiązać. Dorabianie filozofii pozwala na zracjonalizowanie sobie dlaczego nikt was nie chce, lub jeśli początkowo komuś się podobacie, to tylko przez chwilę. Ale wy tego nie rozumiecie i nazywacie się singielkami. Wiecie dlaczego? Bo to zawsze lepiej brzmi niż „samotna beznadziejna laska”. To rozweselający czopek w postaci oszukiwania się jak bardzo jesteście szczęśliwe będąc przez nikogo niechcianą dupą. Grubi stale tłumaczą wszystkim jak to fajnie jest być grubym, a z kolei takie nieudaczne singielki tłumaczą jak fajnie jest być samotną. Dziwnym trafem nigdy nie spotkałem faceta, który radziłby sobie z kobietami taśmowo przepuszczając je przez ręce, który tłumaczyłby innym ludziom dlaczego jest mu tak fajnie. Takie tłumaczenia to domena niechcianych.

Dlatego słucham waszych bojowych okrzyków i już teraz wiem, że skończycie z kotem (lub siedemdziesięcioma), którego będziecie mogły sobie głaskać, dbać o niego, przytulać i zaspokajać jego potrzeby.

Zupełnie tak, jakby był waszym facetem.