Są osoby, przy których czuję się jakbym znów miał pięć lat i szykowano by mnie do wyjścia do kościoła. Ubierało się mnie wtedy w ładne ubranka i mówiło: „Nie brudź!”, później czesało gęste, kudłate włosy niemiłosiernie drąc mnie grzebieniem, wyłączało He-Mana, którego nigdy nie obejrzałem w całości, a na końcu dawało 1000 zł (wtedy to się miało rozmach, skurwysyny!) i kazało oddać na tacę w zamian za to, że przez resztę czasu trzeba było stać prosto jak kołek i do głowy nie mogło nawet przyjść pobawienie się z innymi dzieciakami.

Całe szczęście później to się skończyło. Zacząłem rzucać pierwszymi kurwami, pić wódkę, dawać klapsy, jarać jointy na dachu i spotykać się z dziewczętami, które zostały zepsute przez karty kredytowe ich ojców. W międzyczasie pracowałem, dostawałem świadectwa z paskiem i kończyłem studia, ale wciąż w moim świecie można wszystko co tylko nie jest odpowiednikiem skoku na główkę do pustego basenu, czyli strategii w stylu: „Nie kochamy się, ale weźmy ślub, bo wtedy może coś się zmieni” i ich odpowiedników.

W pozostałych przypadkach czuję jakby odbierano mi powietrze. Wszystkie konwenanse potwornie mnie nudzą. Podobnie jak osoby, które starają się ich przestrzegać i mówią: „Nie powinniśmy.” Albo pytają: „A jak ty byś się czuł…?” Albo przestrzegają: „To się źle skończy!”. Lubią też twierdzić, że coś się nie uda, jest ryzykowne, a w najlepszym momencie imprezy powiedzą: „Już muszę iść, bo jutro będę mieć kaca”.

Zamykają się oni w skorupce banalności i rutynowych kontaktów. Będą pisać „Ci” z dużej litery co nie ma żadnego związku z szacunkiem. Będą przepuszczać się w drzwiach jakby tańczyli menueta. Pisać sobie na tablicach „100 lat” co oznacza tylko tyle co: „Nie mam Tobie nic do powiedzenia, ale boję się nawet o tym pomyśleć”. Wysyłać skopiowane życzenia świąteczne. Kręcić z niesmakiem głową słysząc o analu. Mówić, że nie można być maniakiem seksualnym, a zarabianie dużo jest nieprzyzwoite. Nie zrobią sobie tatuażu, bo jeśli dożyją do osiemdziesiątki to już nie będzie już taki śliczny. Będą podróżować tylko z biurem podróży. Upijać się, ale nigdy w miejscach publicznych. Nigdy nie spróbują narkotyków, nie skoczą ze spadochronem, nie pobiegną nago ulicą, nie zaśmieją się z niepoprawnego politycznie żartu, bo to nieładnie, a na koniec wbrew zapewnieniom o swojej spontaniczności nigdy nie zrobią nic z mniejszym niż dwutygodniowym wyprzedzeniem.

To taki typ osób, które czerpią poczucie własnej wartości nie z tego co osiągnęli lub z tego co zrobili dla innych, ale z tego, że nawet na chwilę nie zeszli z drogi praworządności i robili wszystko „jak należy”.

Jak ich zobaczysz – uciekaj. Banalność jest zaraźliwa.