Niezauważalnie sierpień dobiegł końca, co dla „przyszłości narodu” zwiastuje koniec wakacji, a u mnie zbiegło się z ostatnimi dniami pomieszkiwania w Belgii. Mojemu pobytowi tutaj towarzyszyło kilka wniosków w tym między innymi taki, że mieszkając w Polsce ani razu nie miałem okazji napić się prawdziwego piwa, dzielnice czerwonych świateł to najmniej seksowna rzecz o jakiej jestem w stanie pomyśleć, a belgijskie dzieci nie są ani trochę mniej rozwrzeszczane i irytujące niż polskie.

Przez tą ostatnią myśl uświadomiłem sobie, że mam naprawdę duże szanse na stanie się kiedyś zrzędliwym staruszkiem, który roztrąca laską wszystkich, którzy się uśmiechają. Dodatkowo moje szanse zwiększa fakt, że dzieciaki nie są jedynymi osobami, które mnie irytują. Nawet zacząłem robić listę takich ludzi, która niepokojąco szybko robiła się coraz dłuższa i dłuższa.

Najpierw z grupy osób, które mogę lubić wyeliminowałem te, których nie da się lubić w tym: feministki, policjantów, straż miejską, monterów fotoradarów, urzędników, ekologów i osoby, które specjalnie przed podróżą komunikacją miejską zapominają o istnieniu mydła.

Następnie przyszła kolej na fanatyków religijnych, bo nikt nie będzie mi mówił w jakiego dziadka z brodą mam wierzyć i czy mogę dolewać coca-colę do whisky, lewaków, bo są lewakami i narodowców, bo każą mi czerpać dumę z tego co zrobił ktoś całkowicie obcy 239 lat temu, zamiast z tego co sam osiągnę.

Później do listy dołączyłem artystów, bo się wymądrzają i wydaje im się, że robią coś bardzo, bardzo głębokiego chociaż w rzeczywistości najgłębsza rzecz z jaką mieli do czynienia to kieszeń ich rodziców. Jako przeciwwagę dla nich dorzuciłem fanów imprez nad jeziorami w rytmie disco-polo, którzy mówią: „Ta… Nikt nie słucha disco-polo, a każdy zna słowa”, a kiedy odpowiadam, że ja nie znam to zarzucają mi kłamstwo mówiąc: „Jasne. Taki, kurwa, nowoczesny, a ciekawe przy czym będziesz bawił się na weselu”. Jakby ktoś pytał, to podejrzewam, że przy wódce.

Tak swoją drogą to jeśli jakieś czytelniczki podejrzewają, że nie przepadam za kobietami to wygląda na to, że mają rację. Irytuje mnie to, że albo nie mają cycków albo czują się wyjątkowe tylko dlatego, że je posiadają. Ale żeby nie było, mężczyźni też regularnie mnie rozczarowują, bo albo tak bardzo brakuje im testosteronu, że przypominają brzydkie laski albo mają go za dużo co zamienia ich w ociężałych umysłowo prostaków.

Nie przekonują mnie również bananowe dzieci, bo zbyt często czują się lepsze tylko dlatego, że ktoś inny coś osiągnął (czytaj: ich rodzice), czyli są takimi narodowcami codzienności. Nie lubię również studentów, bo już dawno wyrosłem z czasów kiedy synonimem dobrej zabawy było dla mnie schlanie się jak świnia i kloaczne żarty. Podobnie zresztą jak uważanie, że jestem fajny, bo znam takie słowa jak: „polimeryzacja” i „fantasmagorie”.

Wstyd mi trochę za bycie blogerem, więc kiedy ktoś się mnie pyta co robię w życiu to wykręcam się od odpowiedzi, bo bycie blogerem to mówienie: „Osiągnąłem sukces, bo czyta mnie 10, 20, 100 tysięcy osób miesięcznie”, co w dzisiejszym świecie oznacza, że nikt cię nie czyta (mnie też).

Jakby tego było mało, irytują mnie kasjerki pytające czy mam „końcówkę”, kierowcy nie potrafiący jeździć „na suwak” oraz profesorowie, którzy mają problem z obsługiwaniem poczty elektronicznej.

Cóż, to był dopiero początek listy, a ja nawet nie zacząłem się porządnie rozkręcać, ale zacząłem żałować, że mam tak mało środkowych palców.

Na podstawie tego można nawet zasugerować, że nienawidzę ludzi i pewnie miałoby się rację, ale z drugiej strony patrząc… Przecież lubię siebie! Kocham też swoją rodzinę i z pewnością kochałbym swoje dzieci i żonę. Mam przyjaciół. Spotkałem więcej niż jedną kobietę, która była piękna i mądra. Jakby to niewiarygodnie nie brzmiało miałem kontakt z niegłupimi księżmi, urzędnikami, policjantami, nastolatkami, a nawet, co najdziwniejsze, z trenerami rozwoju osobistego, i cóż, fakty są takie, że w przeciągu ostatnich lat spotkałem kilkadziesiąt osób, bez których moje życie byłoby jak pieczeń, do której ktoś nie dodał przypraw i nie podlał jej przyjemnie otumaniającym winem.

Każda z nich ratuje opinię jaką mam o świecie i sprawia, że wstawanie z łóżka nie dość, że ma sens to jeszcze daje niesamowitą frajdę. Dlatego kiedy łapię się na myśleniu, że wszyscy są do dupy, szybko przypominam sobie, że wśród tych wszystkich osób jestem nie tylko ja, ale też wszystkie, które uznałem za wyjątkowe.

Każdy ma wokół siebie takie osoby. Problem w tym, że nigdy nie wiadomo, która z siedmiu miliardów osób okaże się dla nas tak ważna, żeby chłonąć każdą sekundę spędzaną razem zamiast pstrykać selfiki. Za to wiem, że to właśnie ta jedna osoba jest tą, dla której warto zrezygnować z podchodzenia do wszystkich nieznajomych z zaostrzonym i wysmarowanym w psiej kupie kijem.

Nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że od razu skreślając innych, jednocześnie skreślasz możliwość, że dzięki komuś z nich, czasem w absurdalny i dziwaczny sposób twoje życie stanie się przyjemniejsze.

Z tego punktu widzenia jest nieważne, że wśród siedmiu miliardów ludzi, być może sześć miliardów dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć milionów dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy i dziewięćset pięćdziesiąt osób okaże się kompletnymi kretynami, bo pozostałe kilkadziesiąt osób sprawi, że przestanie to mieć jakiekolwiek znaczenie.

Dla ciebie oznacza to, że dookoła jest pełno potencjalnych przyjaciół, dzięki którym większość dni w roku okaże się pociągającą przygodą, którą warto wycisnąć jak dojrzałą pomarańczę.

Natomiast dla mnie oznacza to nadzieję, że mając te osoby obok siebie, jednak nie zamienię się w starego dziada wrzeszczącego na dzieci sąsiadów, a o ile mi wiadomo sens życia polega w dużej mierze na tym, żeby nigdy nie stać się kimś takim, prawda?