Mam kuzynkę, którą jak byliśmy dzieciakami widywaliśmy tylko w wakacje. Była w wieku mojej siostry, więc zamiast ze mną, wolała rozmawiać z nią jedząc wiśnie i siadając na schodach z wyciągniętymi do przodu opalonymi nogami. Jako młodszy braciszek tylko za nimi biegałem jak świeżo przygarnięty szczeniaczek i słuchałem o czym rozmawiają.

Co roku pierwsze pytanie jakie zadawała mojej siostrze brzmiało:
– Masz chłopaka?
Słysząc to przewracałem oczami tak samo jak rok wcześniej i rok później.

Patrząc z boku wydawało się, że ona całą resztę ma gdzieś. Podróże, przyjaźnie, szczęście, nieszczęście, anegdoty, sukienki, wzór na obliczenie pola rombu? Pieprzyć to wszystko! Ważne czy ktoś ma chłopaka czy nie. Wszystko oceniała przez pryzmat spotykania się z kimś i nawet jeśli usłyszała najciekawszą rzecz na świecie to nie zapytała o nic innego. Podejrzewam, że gdyby moja siostra stwierdziła, że właśnie wróciła z podróży na Marsa, to kuzynka wciąż zapytałaby z niezdrową ciekawością:
– A pilot był niezły?!

To już taki typ kobiet. Takich, których nigdy nie lubiłem i zawsze unikałem po pierwszej randce bez względu na to jak się ona zakończyła. Takich, które mówią: „Samotność jest do kitu i musisz ją na siłę zwalczyć!”.

W pewnym sensie nie ma co się dziwić, bo związki to wspaniała rzecz. Jesteśmy zaprojektowani jako seksualne maszyny. Sukces na polu relacji znajduje się na szczycie piramidy potrzeb. Założę się, że więcej szczęścia dał ci pierwszy pocałunek z osobą, w której się zakochałeś niż zarobienie po raz pierwszy w życiu pięciocyfrowej kwoty. Telefon od dziewczyny, za którą ciągnie się zapach zmysłowości jest warty więcej niż 200 roboczogodzin.

Tylko nie zmienia to tego, że są znacznie gorsze rzeczy niż samotność i gorzkie pigułki od życia w postaci uporczywie milczącego telefonu po randce.

Straszne to jest nie przeczytać ani jednej książki w roku, a myśleć, że zasługuje się na dowolną osobę na świecie.

Straszne to jest pracować za marne grosze z szefem-chujem albo mieszkać z rodzicami jak przerośnięty nastolatek i nie widzieć w tym żadnego problemu.

Straszne to jest nie umieć wytrwać w decyzji dłużej niż dwa miesiące.

Straszne to jest nie mieć żadnych celów i zdać sobie sprawę, że nie umie się odpowiedzieć na pytanie: „Czym się interesujesz?”.

Straszne to jest określać swoją przyszłość słowami: “Jakoś to będzie” i dziwić się, że jest tylko “jakoś”.

Straszne to jest nie umieć znaleźć sobie przyjaciół, a sądzić, że będzie umiało się z kimś być.

Straszne to jest myśleć, że problem tkwi w tym, że nie ma się z kim spać, a nie w tym jakim jest się człowiekiem. Traktować kogoś jak lekarstwo na swoje smutne i nudne życie. Wmówić sobie, że bycie z kimś to konieczność i nie zauważać, że poświęcając większość czasu na znalezienie kogoś, nie poświęca się go na to, żeby być kimś obiektywnie wartościowym.

Nie dość, że to jest niezdrowe to jeszcze ani trochę nie jest skuteczne. Odwieczne prawo natury głosi, że skrajności się nie sprawdzają. Leniwych trzeba zmotywować, zbyt wysoko zmotywowanych wysłać na urlop, a całą resztę zostawić samym sobie. I to samo działa w przypadku związków. Nakręcanie się na znalezienie kogoś nic nie daje, bo nie ma nic bardziej zniechęcającego niż ktoś kto obsesyjnie pragnie być kochanym.

Przewrotną częścią rzeczywistości jest to, że najłatwiej dostaje się to, czego się nie potrzebuje. Najbardziej szczęśliwym jest się wtedy, kiedy przestaje się zadawać sobie pytanie czy jest się szczęśliwym. Najłatwiej dostać kredyt wtedy kiedy się go nie potrzebuje. Najwięcej chętnych kobiet spotyka się wtedy, kiedy randkuje się z tą, przy której wszystkie inne wypadają blado. Dlatego też najłatwiej można kogoś znaleźć jak samemu poukłada się swoje życie na tyle, żeby jego sensem nie było spotykanie się z brunetem 190 wzrostu, 20 cm w spodniach, z pracą w zarządzie spółki akcyjnej, wyglądem Goslinga, wiernością psa i defektem w postaci zauważenia, że na niego nie zasługujesz.

Może to jest mało prawdopodobne, ale przynajmniej marzenie jest za darmo, prawda?