Jakieś dwa tygodnie temu Sylwia Koladyńska zapytała, czy nie wypowiedziałbym się u niej na blogu na temat feminizmu. Na początku stwierdziłem, że nie ma sprawy, zwłaszcza, że jeszcze niedawno miałem u siebie tekst o tym, że jestem feministką. Ciężko znaleźć jakikolwiek feministyczny postulat, którego bym nie popierał, lub który w najgorszym wypadku nie jest mi pozytywnie obojętny. Nie zdarza mi się mówić: „Kobiety do garów!”, „Widać, że baba prowadziła”, „Skoro kobiety są równie zdolne, to dlaczego mają mniej Nobli?”, ani: „Feminizm kończy się tam gdzie trzeba wnieść lodówkę na trzecie piętro”, bo dwie słabe feministki i tak sobie z tym poradzą lepiej, niż jeden samiec alfa ociekający piwem i tłuszczem z golonki. Bez problemu łapię również to, że chodzi o równouprawnienie, czyli równe prawa kobiet i mężczyzn, przy czym te prawa nie zawsze występują w formie ustaw, ale bardzo często w normach społecznych, stereotypach i uprzedzeniach. To jest ok.

Tylko, że myśląc o tym, uświadomiłem sobie, że mam problem z feminizmem i jest to ten sam problem, który ma większość mężczyzn – w feminizmie nie chodzi już o równe prawa, chodzi o przywileje.

W książce Zimbardo „Gdzie ci mężczyźni?” (swoją drogą polecam całość), znajduje się wyjątkowo celna uwaga:

„Przed powstaniem ruchu kobiecego dziewczęta uczyły się, jak wiosłować rodzinną łodzią wyłącznie z prawej strony (wychowując dzieci), a chłopcy wyłącznie ze strony lewej (zarabiając pieniądze). Ruch kobiecy pomógł dziewczynom stać się kobietami, które mogą wiosłować po obu stronach. Brak analogicznego ruchu dla mężczyzn sprawił, że chłopcy zamieniają się w facetów, którzy potrafią wiosłować tylko ze strony lewej – wyłącznie zarabiać. W czym problem? (…) Łódka zaczyna kręcić się w kółko.”

Równe prawa rozwinęły się jednopłciowo. Kobiety są w XXI wieku, mężczyźni tam, gdzie byli zawsze. Kobiety zyskały, mężczyźni wzruszyli ramionami.

Jeszcze pięćdziesiąt lat temu oczekiwania wobec kobiet i mężczyzn były określone poprzez zestaw zachowań i umiejętności, które należało opanować. Mężczyzna musiał więc umieć zarabiać, obronić siebie i bliskich, być dżentelmenem i wpisywać się w szeroko rozumianą zaradność. Kobieta musiała być wierna, być dobrą matką i żoną, nauczyć się gotować, prać, prasować i wspierać męża.

Pięćdziesiąt lat później męskość wciąż jest skonstruowana wokół siły, a więc w domyślnej opcji facet musi ogarniać, a wszystko, czego nie da się zakwalifikować do szeroko rozumianej zaradności, jest byciem ofermą. Kobiecość jest skonstruowana wokół słabości, co oznacza, że w domyślnej opcji jest wrażliwa, delikatna, niezbyt zaradna i potrzebuje opieki.

Konsekwencją tego jest fakt, że męski świat jest ograniczony do słów „musisz” i „nie możesz”. Musisz być męski, zadbany, dobry w łóżku, zarabiać dużo, być dżentelmenem, umieć przyjebać, ale też być troskliwym… Nie możesz z kolei być słaby, płakać, nie radzić sobie i być wrażliwym. Nie ma tu za wiele wolności – jest tylko czarno-biały podział na rzeczy męskie i niemęskie.

Dla odmiany kobiecy świat od kilkudziesięciu lat składa się już z możliwości. Kobieta może uprawiać tyle seksu, ile chce, bo wtedy jest wyzwolona. Może nie uprawiać go w ogóle, bo nie jest taka, jak faceci, którym zależy tylko na seksie. Może zostać w domu i zajmować się dziećmi i raczej nikt nie powie o niej nic złego. Może pracować 70 godzin tygodniowo w korpo i ma do tego pełne prawo.

Kobiety mogą realizować się tak, jak chcą (albo nie robić tego w ogóle), ale nie istnieje inna społecznie akceptowana forma realizowania się jako facet, niż koszenie hajsu, bzykanie na potęgę i rządzenie żelazną ręką, bo bycie gamerem to nie praca, a facet z mopem może jest modny, ale seks z nim jest jednak gorszy, niż z konkretnym samcem.

Mężczyzna albo realizuje się jako facet, albo nie zasługuje na nazywanie się facetem. Kobieta może nie robić ze swoim życiem nic, poza malowaniem paznokci i przeglądaniem fejsa i to wciąż będzie ok, bo ma do tego prawo. Może też budować karierę, wyplatać koszyki albo się rozwijać i wtedy jest fajna i zaradna. Mężczyzna może tylko mieć cel podboju świata, ale wtedy nie jest super – wtedy robi tylko to, co do niego należy. Wszystko co kobieta robi, jest na plus. Facet robi tylko to, co dla niego należy. Najwyższy poziom uznania dla faceta to stwierdzenie: „O! I to jest prawdziwy facet!”.

Kobieta, która wykonuje męski zawód jest odważna i walczy ze stereotypami. Mężczyzna będący pielęgniarzem nie walczy z nikim. Jest pizdą, a przecież mógłby być bankierem, prawnikiem albo chociaż oficerem. Równe prawa?

O kobietach w wojsku bez problemu można zrobić poważny film biograficzny stawiający je na piedestale. O mężczyznach zajmujących się domem, robi się komedie.

Mężczyzna po studiach mieszkający z rodzicami to maminsynek. Kobieta albo jest w takiej sytuacji troskliwą córką albo po prostu nie ma możliwości, żeby się wyprowadzić i to jest ok.

Łatwiej powiedzieć, że jest kryzys męskości, a wszyscy faceci to “pizdy” i “siury”, niż zrobić to o kobietach, bo wtedy nikt nie oburzy się na to w ogólnopolskich mediach nazywając to seksizmem.

Kobiece organizacje powstają, jak grzyby po deszczu. Przedsiębiorczość i sukces jest kobietą. Śląsk czy Białystok są kobiece. Nie ma w tym nic złego pod warunkiem, że idzie to w obie strony, ale nie wyobrażam sobie, że ktoś założyłby organizację Męski Śląsk, w której udział braliby wyłącznie mężczyźni, a środowisko kobiecych aktywistek wzięło przykład z kierowcy autobusu i zaczęło klaskać na stojąco.

Przeciwnie – kobiety uczestniczące w takiej działalności określa się, jako te, które chcą się rozwijać i poprawiać jakość swojego życia. W analogicznej sytuacji o mężczyznach nie słyszałem, że chcą się rozwijać, ale że mają problemy, sami sobie nie radzą i potrzebują jakiegoś wspomagającego gej kółka.

Kobieta, która uprawia seks z kim chce, już nie jest godna pogardy – jest wyzwolona. Za to facet, który to robi jest niedojrzały i „nie dorósł do założenia rodziny”. Pff.

Opieka nad dziećmi jest wciąż znacznie częściej przyznawana kobietom, nawet jeśli na to nie zasługują, a nie jest tak, że rola ojca jest mniejsza, niż rola matki. Czy myślenie, że mężczyzna gorzej zajmie się dziećmi, niż matka, to nie jest obrzydliwy i podły stereotyp?

Kobiety walczą o to, żeby przestano traktować je stereotypowo, a jednocześnie same stereotypowo traktują mężczyzn. Czy są obszary życia, w których kobiety są dyskryminowane? Na pewno. Ale z pewnością są też takie, w których dyskryminowani są mężczyźni.

Wiem, że ciężko spojrzeć na jakieś zjawisko z drugiej strony, ale spróbuj – przestanie ciebie dziwić dlaczego mężczyźni uważają, że kobiety są roszczeniowe, żonglują feminizmem tylko dla swoich korzyści, wymagają jednocześnie równości i specjalnego traktowania, a efektem tego jest tylko to, że w kolumnie o nazwie “Mężczyźni” zapisuje się coraz większą ilość czynności typu “musisz”, chociaż nie idą za tym lustrzane konsekwencje w rubryce “Kobiety”.

Feminizm w takiej formie, w jakiej istnieje, pożera swój własny ogon, bo już nie ma związku z równymi prawami – służy przede wszystkim zyskiwaniu przywilejów kosztem mężczyzn. Jestem wykształcony, mieszkam w dużym mieście, zarabiam pięciocyfrowe kwoty miesięcznie i w moim otoczeniu nie ma mężczyzn, którzy uważają, że dziewczyna zakładająca krótką spódniczkę sama prosi się o molestowanie albo, że kobiety słusznie zarabiają 75 centów na każdego dolara zarabianego przez mężczyznę. Patologią jest natomiast to, że wciąż wokół mnie są kobiety, teoretycznie na tym samym poziomie, które mimo to uważają, że to całkowicie normalne, że kobiety otrzymują prawo opieki nad dziećmi albo że zdradzający facet to świnia, a zdradzająca kobieta ma po prostu niezaspokojone przez mężczyznę potrzeby. Za zmianami światopoglądowymi dotyczącymi kobiet nie poszły żadne tego typu zmiany dotyczące mężczyzn.

Czy teraz naprawdę aż tak ciebie dziwi, że mężczyźni nie lubią feminizmu?