Stań czasem po swojej stronie

Stań czasem po swojej stronie

W przeciągu minionych siedmiu lat zaobserwowałem u ludzi dwa dominujące podejścia do rozwoju.

Typ pierwszy reprezentują losowo wybrane imiona: Kasia i Błażej.

Kasia uważa, że na wszystko ma jeszcze czas. Prycha kiedy słyszy takie słowa jak: przyszłość, obowiązki, co ty ze sobą w życiu zrobisz? To nie jest tak, że nie jest ambitna, ale zawsze kiedy stworzy w swojej głowie jakiś wielki plan, to zaczyna potykać się o malutkie przeszkody np. to że trzeba gdzieś zadzwonić, a to stres. Oczywiście nikomu się do tego nie przyzna.

Z kolei Błażej jest typem wiecznie wyluzowanego kolesia z jointem przyspawanym do ręki. Ambitny, ale leniwy. Lituje się nad sobą i zawsze usprawiedliwia. Chciałby osiągnąć sukces, ale kiedy mu mówisz, że przy tym trzeba się spocić i że najlepiej zacząć dzisiaj, on odpowiada, że bardzo by chciał, ale kurde, akurat na dzisiaj umówił się ze znajomymi na mini turniej Mortal Kombat X. Nie interesuje go jutro. Ważne, że dzisiaj jest ok. Woli przełknąć tysiące gorzkich, codziennych upokorzeń, niż jedno duże, za które kupi przyszłość rysowaną zielenią palm i błękitami morza.

Typ drugi to Grażyna. W wersji męskiej Krystian.

Grażyna ma skończone studia na UW (jak jej mama), pracuje w banku (jak chciał jej tata), chodzi w szpilkach (jak podobno lubią mężczyźni), a i tak czuje się bezwartościowa. Krystian zresztą tak samo pomijając to, że nie chodzi w szpilkach i jest architektem. Boi się, że nigdy nie będzie tak dobry, jakby tego chciał. Razem z Grażyną nie dają sobie przestrzeni na popełnianie błędów, bo kiedy to zrobią, zaraz w myślach wyzywają się od idiotów. Nie potrzebują kogoś kto by ich linczował, bo sami robią to najlepiej. „Zmarnowałeś/aś już za dużo czasu. Bierz się do roboty!” – powtarzają sobie pięć razy na godzinę. Kiedy napotykają problemy mówią sobie, że jak zawsze pewnie to spierdolą. Kiedy mają szansę na fajną relację i kogoś kto chce z nimi być pytają: „Dlaczego?”. Nawet przez chwilę nie pozwalają sobie poczuć się dobrze, bo wtedy przypominają sobie o wszystkich rzeczach, które zawalili. Nie widzą tego, że nic im nie wychodzi dlatego, że za mocno chcą, żeby wyszło.

Gdyby ktoś się mnie zapytał, którym typem jest być gorzej to powiedziałbym, że nie ma żadnej różnicy. Zarówno typ 1 jak i 2 kończy w tym samym miejscu – nie robiąc nic. Typ nr 1 z braku motywacji. Typ nr 2 dlatego, że ma jej zbyt dużo.

Wyjątki od tych typów zdarzają się bardzo rzadko, a zazwyczaj mam wrażenie, że dookoła najwięcej jest Grażyn i Krystianów. Osób, które w tym samym momencie wchodzą w rolę kulącego się przestraszonego dzieciaka i dresa, który na niego wrzeszczy.

Krystianom i Grażynom często się wydaje, że ich problemy rozwiążą zewnętrzne osiągnięcia i kiedy tylko ułoży im się na zewnątrz, to poukładają się w środku. Sądzą więc, że potrzebują nowej dziewczyny/chłopaka, wycieczki na Majorkę, awansu albo nowego swetra za 179,00 zł. Tylko że tak nie jest.

Szeroko rozumiany sukces jest ważny. Znajduje się w TOP3 mojej hierarchii wartości. Tylko że jednocześnie mam świadomość, że jest istotny tak długo, jak pozostałe sfery życia są w normie. Kiedy wali ci się świat nie czerpiesz zbyt wiele dumy z tego, że dostawałeś stypendium naukowe. Kiedy czujesz się jak kiwi wydrążone w środku łyżeczką to nie myślisz o tym, jakie dobre zeznanie podatkowe złożyłeś w zeszłym roku. Kiedy zostawia cię ktoś, z kim planowałaś przyszłość, to nie pociesza to, że wyglądasz w tej niebieskiej sukience jak Miranda Kerr. Masz to w dupie.

Jeśli jesteś Grażyną lub Krystianem to przede wszystkim potrzebujesz przestać siebie gnoić i stanąć czasem po swojej stronie.

Potrzebujesz dać sobie możliwość bycia nieidealnym.

Bez tego każdy błąd traktujesz jak tragedię, a jak robisz to wystarczająco długo to w końcu zaczynasz unikać sprawdzania się w nowych sytuacjach. Kastrujesz się ze stymulujących doświadczeń i przestajesz podejmować ryzyko – najpierw duże, a później też to małe. Nie próbujesz nowych rzeczy, nie poznajesz innych osób, odbierasz sobie szansę na szczęście patrząc na to, że coś może pójść nie tak, zamiast zwrócić uwagę na to, dokąd może to ciebie doprowadzić.

Coś w końcu cię zabije, a skoro może to być nuda, rozpacz, codzienność wypełniona strachem to już lepiej, żeby było to coś pięknego.

Potrzebujesz przestać katować się tym, na co nie masz wpływu.

Jasne, możesz mieć kompleksy, ale twój wygląd to tylko efekt genetycznej loterii. Ciało to narzędzie, którym się posługujesz. Za jego pomocą klikasz w klawisze. Jedziesz na rowerze na spotkanie z przyjaciółmi. Tańczysz w klubie, żeby kogoś do siebie przyciągnąć. Przebiegasz maraton. Tylko że wciąż jest to odpowiednik młotka. Możesz używać go do wbijania gwoździ i rozbijania przeszkód. Ty wykorzystujesz je do tego, żeby się katować.

Wygląd ma bardzo duże znaczenie, ale:
a) nie jest to znaczenie dominujące
b) jesteś czymś więcej, niż swoje komórki, bo z ciałem Emily Ratajkowki lub Brada Pitta wciąż będziesz sobą.

Sztuczka polega na tym, żeby zamiast koncentrować się na wadach rozwijać swoje zalety. Myślisz, że Woody Allen nie płacze, że nie jest zajebistym trenerem personalnym?

Potrzebujesz wiedzieć, że nie jesteś tym, co inni o tobie myślą.

Nie jesteś opiniami innych ludzi. Każdy przedmiot jest, jaki jest. To że ocenisz go jak ładny, brzydki lub przeciętny wcale go nie zmieni. Spójrz na „Krzyk” Edvarda Muncha. Możesz powiedzieć, że ci się nie podoba. Możesz dojść do wniosku, że ktoś taki, jak Munch powinien paść świnie, a nie być malarzem. Możesz stwierdzić, że obraz jest całkiem niezły, ale gdyby zamienić wykrzywioną, przerażoną twarz na pogodny i spokojny uśmiech, to wtedy podobałby ci się bardziej i kto wie, może nawet powiesiłbyś go w salonie, żeby na niego patrzeć z zadowoleniem podczas siorbania rosołu. A mimo to wciąż ten obraz jest warty 120 milionów dolarów. Wartość jest niezależna od opinii.

Potrzebujesz o siebie zadbać.

Zaopiekować się sobą. Nauczyć się odpoczywać, mówić „Nie wiem” i odmawiać bez wyrzutów sumienia. Robić rzeczy, z których będziesz długoterminowo dumny. Długo zajęło mi zrozumienie, że życie musi pozostać w równowadze. Jeśli zaniedba się zdrowie, to później skopie ci to dupę. Jeśli zrezygnuje się z wartościowej pracy to często w ten sposób wykreśla się swoją przyszłość. Jeśli przestanie się szukać inspiracji i odpoczywać to nawet nie da się pracować.

Potrzebujesz żyć w zgodzie ze sobą.

Tu nie chodzi o to, żeby cieszyć się jak pracoholik po przejściu pierwszego stanu przedzawałowego. Chodzi o to, żeby być dla siebie kimś, do kogo wracasz jak życie ci dokopie, a nie od kogo starasz się uciec. To nie ma wiele wspólnego z mówieniem sobie przed lustrem: „Jestem super!”. Tu chodzi o szczerość. O te wszystkie banalne pytania: „Co lubię?”, „Kiedy czuję, że się spełniam”, „Co tak naprawdę chcę osiągnąć?”, na które najciężej odpowiedzieć. Mało kto zadaje sobie taki trud, bo rachunki płaci się z wypłaty, a nie ze świadomości, dojrzałości, mądrych wyborów i poczucia, że jest się autonomiczną jednostką. Tylko że bez tej świadomości wypłata często jest mniejsza i kolejne dni mniej satysfakcjonujące.

Jacek Walkiewicz opowiedział kiedyś anegdotę o tym, że zawsze podziwiał Władysława Bartoszewskiego. Nie lubił za to wcześnie wstawać, więc za każdym razem kiedy nastawiał budzik mówił sobie, że prof. Bartoszewski na pewno też tak wcześniej wstaje i nie marudzi.

Kilkanaście lat później udało mu się spotkać Bartoszewskiego. Mówi mu o tym jak się codziennie motywował, na co tamten drapie się po głowie i odpowiada:
– Tylko widzi Pan, ja lubię, cholera, pospać.

I jeśli lubisz pospać to nie jest to problem. Są osoby, które każdego dnia wytrwale posuwają się z pracą naprzód. Inne pracują w cyklach. Niektórzy potrafią skupić się w nocy, inni rano, a jeszcze inni tylko w kuchni i na stojąco.

Szanse na dobre życie przekreśla tylko jedno – ciągłe gnojenie się, bo w życiu nie chodzi tylko o pracę, metodę SMART wyznaczania celów i targety.

Chodzi w nim też o akceptację, bezpieczeństwo, zabawę i tworzenie wspomnień, do których będziesz wracać z uśmiechem, ale nie zauważysz tego, jeśli nigdy nie będziesz stawać po swojej stronie.

Print Friendly, PDF & Email

26
Dodaj komentarz

avatar
100000
14 Comment threads
12 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
22 Comment authors
damianiwannkaWilkKlaudiaPogromca Kompleksów Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Karolina D.
Gość
Karolina D.

Czytam twojego bloga od jakiegoś czasu i stwierdziłam, że najwyższy czas się wypowiedzieć. Na podstawie obserwacji innych (głównie moich rówieśników) muszę ci przyznać pełną rację. To smutne jak inni rezygnują ze swoich marzeń i zadowalają się byle czym, ze strachu przed porażką. Widzę to szczególnie przy wyborze studiów. Sporo ze znanych mi osób, tak jak ja, chciałoby iść na medycynę i poprawia maturę w tym roku, jednak większość tych osób (o ile nie wszyscy) poszło asekuracyjnie na inny kierunek „żeby nie tracić roku”. O matko ile się nasłuchałam „złotych rad” o tym, że powinnam była iść na studia, zamiast poświęcić rok na przygotowania. Nie wiem jaki by to miało sens skoro po roku i tak bym się przeniosła na inny kierunek.. no, ale dobra.. udaję, że nie słyszę i robię swoje ;). A tak poza tym sesja, kolokwia, nie byłoby czasu na powtórki do matury. Wychodzę z założenia, że lepiej „stracić” rok niż męczyć się przez następne 40 lat w pracy której nie znoszę.

KaZet
Gość
KaZet

Karolino ale w Twojej wypowiedzi jest tylko obserwacja innych I ze inni, tamci. Tobie samej cos takiego sie nie zdarzylo? Bo mi tak. Kazdy robi bledy, nadal chodzi o rozwoj I uczenie sie na tych bledach.

Karolina D.
Gość
Karolina D.

To nie są tylko obserwację, ale też przykład z mojego życia. Napisałam, że ja też poprawiam maturę w tym roku, tak jak moi znajomi, z tą różnicą, że oni poszli na inny zastępczy kierunek, a ja zrobiłam sobie tzw. gap year. Co do twojego pytania, tak zdarzały mi się takie sytuację, choćby to, że w tamtym roku nie dałam z siebie wszystkiego, co dało przeciętny wynik na maturze. Można by to podczepić pod stwierdzenie „ambitna, ale leniwa”. Każdy popełnia błędy, ważne tylko, żeby umieć z nich wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość. :)

Nemesis Nave
Gość
Nemesis Nave

To niekoniecznie jest zły wybór. Sama poprawiałam maturę wraz z innymi znajomymi. Ja poszłam do pracy, znajomi na inne kierunki, jedna dziewczyna również przygotowywała się tak jak Ty na medycynę przez cały rok. Nie dostała się. Została kolejny rok w domu – znów to samo, w końcu poszła na inny kierunek. Mi pomimo etatu się udało.
Nie mam zamiaru Cię straszyć, bo każdy jest inny, możliwe, że Tobie się uda (czego życzę), ale nasze spojrzenie na świat to nie zawsze uniwersalny sposób na sukces.

Karolina D.
Gość
Karolina D.

To nie jest tak, że tylko siedzę w domu i się uczę. Zrobiłam podobnie jak ty, chodzę do pracy i równocześnie na kursy przygotowawcze z każdego przedmiotu, który zdaję. Dla mnie taka opcja jest najlepsza, ale to tylko moje zdanie, jeśli ktoś zrobił inaczej i mu się udało to ok, każdy obiera własną ścieżkę, jakbyśmy wszyscy podążali jedną to by było nudno ;)

redblack
Gość
redblack

to jest ich droga i ich wybór. sama byłam w takiej sytuacji, poprawiałam maturę, a w między czasie studiowałam pielęgniarstwo. nie wyobrażam sobie uczenia się tylko do matury przez cały rok. a poza tym te studia dały mi mnóstwo wiedzy, którą mogę wykorzystywać na medycynie. i stypendium, za które mogłam się utrzymać przez jakiś czas na med. także nie wydaje mi się, żeby było tylko jedno jedyne ‚słuszne’ podejście. nie mniej, powodzenia na maturze, spełniaj marzenia ;)

Karolina D.
Gość
Karolina D.

Dziękuję :). W sumie racja, nie ma jedynej recepty na życie, każdy robi to co uważa za słuszne. Ja wiem, że nie dałabym rady tego pogodzić, więc wolałam odpuścić.

Fresh
Gość
Fresh

1. Ufaj sobie
2. Łam zasady
3. Nie bój sie porażki
4. Odetnij się od pesymistów – ignoruj ich
5. Nigdy nie przestawaj pracować nad osiągnięciem swojego celu
6. Daj światu coś od siebie.

Arnold Schwarzenegger

K24
Gość
K24

Drogi Volancie, uwielbiam Twoje teksty i tok myślenia. Robisz świetną robotę! Każdy nowy wpis pociąga za sobą refleksje i daje pole do pracy nad sobą. Co do „Stań po swojej stronie” cała prawda!. Niestety to trudne, żeby to zrobić trzeba na siebie spojrzeć swoim okiem, a nie oczami innych, trzeba wiedzieć czego się oczekuje i co jest się w stanie osiągnąć, mieć SWOJE cele i marzenia na SWOJE możliwości, nie można „przywłaszczać” sobie cudzego punktu widzenia. Lubmy siebie, pracujmy nad sobą i nie idzmy na łatwiznę, bo WARTO! ;)

Malgorzata
Gość
Malgorzata

Pracuję z ludźmi i za każdym razem widzę, że zwykle nie rozumieją, co znaczy być sobą, co znaczy być Tu i teraz, co oznacza dobra relacja, nie wiedzą, że mają na coś wpływ, nie wiedzą na co, nie czują potrzeby zmiany, łykają „tabletki szybkiego poczucia się lepiej”. Generalnie uciekają w różne dziwne zajęcia łącznie z alkoholem, narkotykami, grami i innymi uzależniaczmi. Uciekaja od siebie. To bardzo smutne, bo boją się stanąc ze sobą twarzą w twarz i pobyć chwile ze sobą. Ja oczywiście też tak miałam lecz teraz zatrzymuję się i gdy sytuacja wywołuje moje dziwne myśli i emocje, to nie oceniam sytuacji, bo to prowadzi mnie na manowce i do klubu ucieczkowiczów, lecz ją po prostu zauważam i sprawdzam nie tylko DLACZEGO lecz i PO CO ona dla mnie jest :)

Agnieszka
Gość
Agnieszka

Jakiś rok temu miałam coś z Grażynki. Aktualnie mogę śmiało stwierdzić, iż ta kobieta jest mi obca. Czytając ostatnie 2 linijki podsumowujące tekst, uświadomiłam sobie, że wprowadziłam do swojego życia takie przekonania, zupełnie nieświadomie. Uzmysłowiłeś mi to i jeszcze parę innych rzeczy ;)

magda
Gość
magda

Przeczytałam już kilka Twoich wpisów i jestem pod wrażeniem :) Twojej mądrości. Tak wiele rzeczy wymagających zmian, poprawek o których mówisz dotyczy mojego życia. Wkradło się przyzwyczajenie, rutyna. No i najważniejsze – strach przed zmianą, przed utrata tego, co już się ma (choć to bardzo niszowe osiągnięcie). Czlowiek jest w pulapce, którą chcąc nie chcąc sam na siebie zastawil. Zbieram się do zmian…

Marlena Żyła
Gość
Marlena Żyła

Volant, czytam cię regularnie od dobrych kilku miesięcy, nie komentuję zazwyczaj tekstów, ale pod tym napiszę proste słowo – dzięki :) Miło było poczytać o podejściu i zastanowić się przez to nad swoim własnym :)

Robert
Gość
Robert

Volant to naprawdę dobry tekst. Będę do niego wracał wielokrotnie.

Lech Malinowski
Gość
Lech Malinowski

Argument o obrazie do mnie nie przemawia. Jest wręcz odwrotnie – obraz dlatego jest tyle wart, ponieważ taką opinię ma u tych, którzy są skłonni zapłacić za niego. Nie ma tutaj żadnych innych, niż tylko opinia, powodów.

Volant
Gość
Volant

Zgadzam się. Nie doprecyzowałem.

To powiem inaczej – jeśli nawet liczy się opinia to wyłącznie kluczowych osób, a nie wszystkich. O to też chodziło mi w tekście, bo większość osób przejmuje się najbardziej opinią przypadkowych ludzi o zerowym wpływie na ich życie.

Łukasz
Gość
Łukasz

Co nie zmienia faktu, że nie ma wartości jako takiej, odciętej od wszystkiego. Opinie tworzą wartość – wysoką albo niską. Przejmowanie się opiniami to osobny temat :)

Ola Em
Gość
Ola Em

O obrazie pomyślałam to samo, co Lech. Apropos przejmowania się opiniami innych przypomniał mi się cytat Dity Von Teese: ‚You can be the ripest, juiciest peach in the world, and there’s still going to be somebody who hates peaches’.

Nat
Gość
Nat

Trochę z innej beczki. Facet często wchodzi na profil innej na Facebooku nie dając totalnie żadnych powodów do zazdrości czy podejrzeń. Wręcz przeciwnie, zachowuje się jak ideał, widać, że mu na prawdę zależy. O co chodzi? Czy powinnam z nim o tym porozmawiać? Powiedzieć co mnie martwi? Faceci, czy to normalne? Mam trochę przykrych doświadczeń z poprzedniego związku i teraz się to odbija.

Łukasz
Gość
Łukasz

Nie, absolutnie nie powinnaś z nim o tym rozmawiać, najlepiej się zamartwiać i pytać obcych ludzi o zdanie. Ludzie…

Pogromca Kompleksów
Gość
Pogromca Kompleksów

Ha! Brzmi znajomo… A spójrz na to od tej strony: czy jest jakiś facet, na którego profil też chętnie wchodzisz, bo:
A. po prostu uważasz, że jest przystojny i miło jest czasem zawiesić na nim oko,
B. znasz go i lubisz, więc ciekawi Cię, co u niego,

lecz nic z powyższych nie wynika bo wiesz, że :
a) to tylko niewinne podglądanie nie motywowane jakąś głębszą sympatią
b)w swoim mniemaniu nie robisz nic złego bo przecież nie zamierzasz się z nim umówić i nawet do niego nie piszesz
c)przecież kochasz swojego faceta najbardziej na świecie, więc w czym problem?

Jeśli u siebie zaobserwowałaś wspomniane symptomy, to wiesz, że takie odwiedzanie czyjegoś profilu nie musi oznaczać końca świata. No, chyba że codziennie przyłapujesz go na oglądaniu tej jednej, konkretnej laski?

Valthard van der Sand
Gość
Valthard van der Sand

Mam wrazenie, Volant, ze zmieniles linie z 100% skupieniu na sukcesie, pieniadzach i celach na bardziej humanistyczne podejscie i cieszenie sie zyciem. I zgadzam sie – takie spojrzenie na swiat jest duzo bardziej sensowne. I przede wszystkim bardziej satysfakcjonujace.

Klaudia
Gość
Klaudia

Świetny tekst, tak jak większość. Bardzo podoba mi się takie podejście do życia, cieszenie się dniem, tygodniem, rokiem. Ja desperacko walczę o szczęście lub chociaż neutralność przeplataną miłymi i gorszymi chwilami, niestety od lat nigdy nie pomyślałam, nawet przez chwilę, że lubię życie, ze jestem szczesliwa. Zamiast tego wyznaczam cele, które to szczęście mają mi dać. Po ich osiągnięciu, uczucie jakie następuje, to jakby ktoś wepchnął Ci twarz w błoto. Okazuje się, że ta praca, ta szczupła figura, ten chłopak, ta rodzina, te wakacje, ten odpoczynek, ta nauka, ta umiejętność, to bezpieczeństwo, to ryzyko, to przekraczanie granic, ta stabilizacja, wszystko do czego dochodzę z wysiłkiem, co osiągam swobodnie, co się dzieje bez przyczyny – to wszystko nic nie zmienia. Już wiem od dawna, ze to moje upośledzone neuroprzekaźniki, że to obrzydliwa choroba, której nie umiem pozbyc się farmakologią, terapią, działaniem, ani leżeniem przez tygodnie w pokoju z największym marzeniem jakie miałam czyli marzeniem o nieistnieniu.

Rzadko pozwalam sobie na takie wylanie z siebie całego żalu, emocji, całego tego gówna, nigdy przy osobach, które mnie znają i wiedzą kim jestem. Mam 28 lat a czuję się w ten sposób odkąd skończyłam 13. Ciekawe co przy mnie robi ta nadzieja, która pozwala mi wierzyć, że to się kiedyś zmieni ;) No ale, nie czas i miejsce na te uzewnętrznienia.

damian
Gość
damian

To jest depresja. Mam podobnie.

Wilk
Gość
Wilk

Fajny tekst. Rozumiem przesłanie, ale dla mnie chyba nieco spłaszczony problem. Życie to więcej niż dwa kolory. Albo, albo. Zwykle to suma wielu składowych. Inaczej recepta na sukces byłaby bardzo prosta. Tak, czy owak cieszę się, że zmusiłem się do przeczytania. Tak, tak, dobrze napisałem, zmusiłem. Przed ponad rokiem, śledziłem Twoje wpisy. Mam wrażenie i miałem je wtedy, że za dużo w nich było męskiego maczoizmu i pozy. Dlatego podczas czytania twarz wykrzywiał mi zazwyczaj wyraz kpiącego zniesmaczenia. Co w rezultacie przełożyło się na odpięcie Volantificantion z ulubionych.

Powróciłem przypadkowo i kierowany ciekawością – czy coś się zmieniło. Od pewnego czasu teksty (nadrabiam) i Ty sam stonowałeś nastrój. Mniej w nich reżyserii na potrzeby bycia kontrowersyjnym, więcej serca i naturalności. Jakoś lepiej mi się to przyswaja. Mogę się nie zgadzać z tezami zawartymi w tekstach, ale otwierają one drogę do dyskusji.

iwannka
Gość
iwannka

Jak przyjemnie zaczac dzien przy kawie czytajac Twoj post, a potem w metrze posmiac sie z innego. Dziekuje za te male przyjemnosci :)