W 1832 roku pewien młody amerykański polityk o przenikliwym spojrzeniu i charakterystycznej brodzie ubiegał się o miejsce w legislaturze stanowej. Bezskutecznie.

W 1855 roku usiłował dostać się do Senatu. Nie udało mu się.

W 1856 roku ubiegał się o nominację na wiceprezydenta, ale przegrał w nich z Williamem Lewisem Daytonem.

W 1858 roku po raz kolejny przegrał wybory do Senatu.

W 1860 roku rywalizował z Wiliamem Sewardem o nominację prezydencką. W głosowaniu powszechnym uzyskał 180 głosów elektorskich, co zapewniło mu zdecydowaną przewagę.

W ten sposób został szesnastym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nazywał się Abraham Lincoln.

Zupełnie przypadkowo jego historia nauczyła mnie więcej o podejmowaniu ryzyka pomimo niepewności, niż cokolwiek innego.

*   *   *

Czasem widzę osoby, które cierpią na najpowszechniejszą współczesną chorobę – deficyt działania. Chodzą w ubraniach z Zary i Pull&Bear, studiują, znają dwa języki obce, twierdzą, że są ambitne i mają świadomość otaczających ich możliwości.

Wiedzą, że możesz napisać i sprzedać aplikację. Nagrać razem ze znajomymi płytę, udostępnić ją za darmo i rok później grać koncerty dla tysięcy ludzi. Napisać książkę i sprzedawać ją sam mając w dupie wydawców albo już w tej chwili mieć dostęp do najnowszych badań medycznych, dzięki którym odkryjesz coś, czego nie potrafili zauważyć profesorowie na Harvardzie.

A mimo to nie robią nic.

Wtedy zadaję im pytanie:
– Ok. A dlaczego czegoś w tym kierunku nie robisz?

Jaka jest najczęstsza odpowiedź? Boję się? Jestem za mało zdolny? Jestem za mało atrakcyjny? Miejsce kobiety jest w kuchni? Matka karmiła mnie butelką, a nie piersią?

Nie. Najczęstsza odpowiedź brzmi: „Gdybym tylko wiedział, że ta cała praca będzie się opłacać to zacząłbym już dziś”. I w tym zdaniu jest największy problem. Z jednego powodu:

Bo bez względu na to, co robisz, nigdy nie wiesz czy będzie ci się to opłacać.

Lincoln nie wiedział, czy po serii przegranych wyborów jest sens brać udział w następnych. Mozart nie mógł mieć pewności, że osiągnie sukces jako kompozytor. Wolter pracował od 18 do 20 godzin na dobę nie czując, że robi jakiekolwiek postępy. Bergman mówił, że żeby „otrzymać trzy minuty filmu, pracuje się ciężko przez osiem godzin. I w ciągu tych ośmiu godzin dziennie jest może dziesięć lub dwanaście minut prawdziwego natchnienia.” To dla tych dziesięciu minut pracował, chociaż nigdy nie wiedział, czy ich doświadczy.

Sukces możesz zdefiniować dowolnie: jako wspaniałą rodzinę, zdrowie, karierę czy możliwość leżenia na plaży z drinkiem w ręku i widokiem na Hiszpanki opalające się topless. To twoja indywidualna sprawa. Musisz jednak pamiętać, że wbrew okrągłym zdaniom Mateusza Grzesiaka nie jest on zjawiskiem liniowym. Możesz dać z siebie wszystko, a wciąż nic nie osiągnąć, bo historia jest pełna ludzi, na których świat się nie poznał i nie było w tym ich winy.

Fakty są takie, że żyjemy dla chwil, które być może nigdy nie nadejdą. Nie możesz być pewny skutków swoich działań. Możesz tylko zwiększyć szanse, że one wystąpią, ale nie wyeliminujesz niepewności. Pewna jest tylko porażka zgodnie z zasadą: „Jak gówno z siebie dajesz to gówno dostajesz”. (W końcu raczej nie masz szans być milionerem, jeśli nie robisz nic w tym kierunku. Podobnie, jak jest bardzo wątpliwe, że będziesz mieć dobre życie uczuciowe, jeśli nie poznajesz żadnych nowych osób.)

Muszę przyznać, że nie brzmi to zbyt optymistycznie, ale coś ci powiem. Kilka lat temu zrobiłem sobie listę „Before I Die”. Znalazły się na niej rzeczy, które już osiągnąłem w tym sześciocyfrowe zarobki przed trzydziestką, prowadzenie własnej firmy czy pisanie dla tysięcy osób każdego dnia. Oprócz tego znalazło się tam mnóstwo rzeczy, których jeszcze nie mam: jeżdżenie po włoskich drogach samochodem z oznaczeniem GT, napisanie w Ameryce Południowej powieści, która zostanie zekranizowana, posiadanie wspaniałej rodziny, opłynięcie jachtem Europy, założenie międzynarodowej spółki czy pomoc mentoringową młodym przedsiębiorczym osobom w realizowaniu swoich pomysłów.

Jeśli zapytasz mnie czy mam pewność, że to osiągnę to powiem ci to, co pewnie powiedziałby ci Lincoln w 1855 roku: „Nie mam pojęcia”. Wiem tylko, że zrobię to, co mogę, żeby jak najbardziej zwiększyć szanse ich osiągnięcia, ale liczę się z możliwością, że któregoś dnia będę siedział w starym fotelu, słysząc zza ściany faceta piorącego swoją żonę i zrozumiem, że nic już z tego nie wyjdzie. Wiem, że może tak być. Tylko, że to nic nie zmienia, bo życie to dla mnie seria podejmowanych działań obarczonych ryzykiem. Jeśli ich nie podejmujesz, to oddychasz, jesz i czasem śmiejesz się z memów, ale jesteś pusty w środku. Nie żyjesz. Po prostu egzystujesz. Dlatego moim zadaniem jest podejmowanie, jak najbardziej efektywnych działań zmierzających do celu, nastawienie się na łapanie szans i bycie wystarczająco silnym i zdeterminowanym, żeby ich nie puścić jeśli znajdą się w moim zasięgu.

Z jednego prostego powodu. Tym powodem jest zdanie będące tytułem wpisu.

Nie da się zaplanować tego, co najważniejsze.

Pomyśl o pięciu najważniejszych wydarzeniach, osobach i zajęciach w swoim życiu. Ile z nich wystąpiło zgodnie z planem? Niech zgadnę. Zero?

Nie da się zaplanować, kto będzie twoim najlepszym przyjacielem, bo osób, które cię otaczają nie zdjąłeś ze sklepowej półki. One ci się przydarzyły.

Nie możesz przewidzieć jakie zajęcie sprawi, że zapomnisz o śnie, bo to zawsze jest impuls. Próbujesz czegoś i myślisz, że mógłbyś to robić już zawsze.

Nie zależy od twojej decyzji to, że twoje oczy zbiorą informacje o cechach fizycznej innej osoby, następnie zostaną przesłane do mózgu z prędkością 432 km/h, a odpowiedni zapach napotka narząd lemieszowo-nosowy, dzięki czemu zostanie aktywowane twoje podwzgórze. To ten mały obszar mózgu, który produkuje naturalną odmianę amfetaminy – fenyloetyloaminę. W tym czasie twoje serce zacznie bić o 50% szybciej, oddech stanie się głębszy, a oczy zaczną błyszczeć. Trwa to cztery sekundy. To od nich zaczyna się miłość.

Na niektóre z tych chwil możesz czekać latami, a one i tak nadejdą wtedy, kiedy przestaną już być dla ciebie ważne. Inne być może dostaniesz od razu albo będą wracać do ciebie jak bumerang. Są też takie, o których będziesz myśleć: “Mam jeszcze czas”, a kiedyś zorientujesz się, że tamta chwila była tą, kiedy należało podjąć decyzję. 

Nie masz na to wielkiego wpływu. To mieszanka twojej pracy i odpowiednich okoliczności, i dlatego, że to jest tak niepewne, tak ważne jest zrobienie wszystkiego, żeby nie zmarnować nadarzającej się szansy.

Bo możesz nie wiedzieć czy będziesz mógł kiedyś zrealizować pomysł warty miliard dolarów, ale lepiej żebyś w chwili, kiedy na niego wpadniesz miał wiedzę, pieniądze i umiejętności, żeby go wdrożyć.

Możesz nie wiedzieć czy kiedykolwiek będziesz musiał przemawiać publicznie, ale lepiej żebyś to umiał robić, kiedy już osiągniesz sukces o jakim marzysz.

Możesz nie wiedzieć czy spotkasz idealną kobietę, ale lepiej żebyś, w chwili kiedy ją spotkasz, nie stał w miejscu i potrafił ją oczarować, zamiast patrzeć jak odchodzi i usiłując jak najlepiej zapamiętać jej plecy i sposób w jaki przez ułamek sekundy na ciebie patrzyła. Jeśli twoim zdaniem nie ma zbyt wielu wartościowych mężczyzn to kiedy takiego spotkasz, lepiej żebyś też była wartościową kobietą i umiała tworzyć długie, satysfakcjonujące relacje oparte raczej na porozumieniu, niż kompleksach i kontroli.

Wiesz dlaczego? Bo najgorsze wcale nie jest niezrealizowanie swoich marzeń. Najgorsza jest chwila, kiedy możliwość ich spełnienia zastaje cię całkowicie nieprzygotowanego. Najgorsza jest świadomość, że miało się je na wyciągnięcie ręki i tej ręki się nie wyciągnęło. I jeśli miałbym ci dzisiaj życzyć jednej rzeczy, to tego, żebyś się nie przekonał o tym, że to prawda.