Czytam artykuł o generacji Y. O millenialsach. Generalnie o nas. Jego teza jest taka, że od czasu jak Noe zbudował barkę i zapomniał zabrać na nią parę jednorożców nie było bardziej nieszczęśliwych młodych ludzi.

Czytając kiwam głową. Nawet się z tym zgadzam, bo ostatnie tygodnie mam wypełnione pracą, myśleniem o pracy i stresowaniem się, że nie pracuję tak dużo jak bym mógł. Całe szczęście później stwierdzam: “Ok Michał. Wszystko spoko, ale teraz musisz się od siebie odpierdolić”.

Zauważyłem, że niewiele osób dochodzi do tego punktu, bo ludzie są małymi mistrzami unieszczęśliwiania siebie, a przyczyną coraz częściej nie jest ich sytuacja, ale to na ile odbiega ona od ich oczekiwań.

Możliwe są tutaj trzy scenariusze:
1) Dostajesz to, czego oczekiwałeś i mówisz: „Mam dobre życie”.
2) Dostajesz więcej, niż oczekiwałeś i mówisz: „Łał! Mówili, że nigdy nie utrzymam się jako grafik, a wynajmuję świetną kawalerkę w centrum i trzy razy w tygodniu narzekam na słaby wybór piw rzemieślniczych w modnych knajpach”.
3) Dostajesz znacznie mniej, niż oczekiwałeś i mówisz: „Kurwa.” Z obowiązkową kropką nienawiści na końcu.

Najwięcej osób trafia do kategorii nr 3. Przede wszystkim dlatego, że wchodzi w dorosłość drogą wybrukowaną wielkimi słowami, widząc przed sobą mentalny billboard zrobiony przez jakiegoś Nike’a: „Możesz wszystko”, z dopiskiem drobnym drukiem: „Tylko w czerwcu -40% na cały asortyment”.

Wiesz, że musisz mieć pasję znaleźć miłość i odnieść sukces. Marzysz o wiecznej produktywności. O nieskończonym szczęściu. O związku tak samo intensywnym po siedmiu latach, co w trakcie pierwszego miesiąca. O pasji tak silnej, że zapomnisz o jedzeniu. O pewności siebie w każdej sytuacji. O poczuciu, że zawsze będziesz wiedział, co zrobić.

A później siadasz i myślisz o tym, że zamiast przebiegnięcia dwudziestu kilometrów, ugotowania pięciu zdrowych posiłków i zdobycia kontraktu na pięć baniek, tylko wstałeś, zapaliłeś papierosa, pożartowałeś ze znajomymi i już musiałeś iść spać. Czytasz o tym, ile Michael Jordan musiał poświęcić, żeby każdy kojarzył jego imię i nazwisko, a później myślisz o wszystkich rzeczach, które lubisz robić i na których się znasz, ale stwierdzasz, że to nie pasja, bo inaczej nie mógłbyś spać w nocy. Myślisz o każdej sytuacji, którą w skali od 1 do 100 oceniasz u siebie tylko na 60 i jest ci przykro, bo powinieneś już robić coś więcej, mocniej, dalej i lepiej. Ale tego nie robisz.

Zamiast tego dopierdalasz sobie z miną wkurwionego Vina Diesela i czujesz się źle, jakby to miało w czymś pomóc.

Czasem dostaję maile: „Chciałbym mieć takie poukładane życie jak ty. Wiedzieć czego chcę, znaleźć równowagę, mieć świetny związek i coś, przez co nie będę mógł spać po nocach”.

Moje ogromne szczęście polega na tym, że wiem jak to wygląda z drugiej strony i zawsze wtedy myślę: „Przykro mi, ale nigdy tego nie osiągniesz, bo ja nie mam takiego życia i nikt kogo znam go nie ma. Idealne życie to „miejska legenda” – każdy o nim słyszał, ale nikt go nie widział. Moje jest po prostu dobre i w miarę ładne”.

Sławomir Mrożek napisał kiedyś opowiadanie, w którym główny bohater mógł podglądać życie innych ludzi. Był nastawiony na to, że zobaczy niesamowite akcje, a jedyne co zobaczył to jak siedzą na krzesłach i chodzą z kąta w kąt, uśmiechnięci, zniechęceni i znudzeni, dokładnie tak, jak on to robił każdego dnia.

Wniosek płynął z tego taki, że ludzie mają w 95% takie same życia i nawet jeśli są znanym aktorem, modelką albo milionerem to przesypiają 1/3 swoich dni, wychodzą do pracy, zakochują się szczęśliwie i nieszczęśliwie, czują że marnują czas, myślą, że mogliby dawać z siebie więcej i przeżywają te wszystkie do bólu przewidywalne wtorki, czwartki i deszczowe dni.

Jest wiele chwil, w których zaczyna się dorosłość. Jedną z nich jest uświadomienie sobie, że inni ludzie bez względu na to kim są i co mają też podejmują decyzje w ciemno, ryzykują, są wypełnieni poczuciem zawodu, brakiem kompetencji, niepewnością i przykrym poczuciem, że czas im spierdala, a im nawet nie chce się go złapać.

Wiesz co rzeczywiście różni ludzi?

To czy żyją swoimi celami, czy tym, co według innych powinni robić. W życiu nie ma zbyt wielu przymusów, ale jest dużo możliwości. Możesz mieć olbrzymie cele, ale możesz chcieć tylko wziąć ten ślub w białej sukience i płakać ze szczęścia tak bardzo, że rozpłynie ci się makijaż za 300 zł. Możesz chcieć mieć spółkę na giełdzie i maserati w garażu, a możesz chcieć być jak najdalej od ludzi, którzy chcą mieć spółkę na giełdzie i maserati w garażu. Bez względu na to jak wielkie lub jak małe są twoje pragnienia, są one w porządku.

To, czy w ich życiu jest przewaga działania czy emocjonalnych rozmyślań o tym czy to jest prawdziwe życie, prawdziwa miłość, szczęście albo pasja. To tak nie działa. Nie zakochujesz się kiedy spotykasz dziewczynę i za pomocą nowej apki odsiewasz jej plusy od jej minusów. Nigdy nie wypijesz dobrego wina, jeśli będziesz się zastanawiał, czy jest ono w porządku, czy nie. Nie znajdziesz pasji myśląc o tym, co też twoją pasją mogłoby być.

To trzeba poczuć. Zrobić. Przeżyć cały rok, a nie tylko jeden dzień powtórzony 365 razy. I dopiero gdzieś równolegle do przeżywania tych chwil wykwitnie ci w głowie myśl: „To jest to!”.

To czy wyznaczają sobie trudne, ambitne, ale możliwe do osiągnięcia cele czy liczą na znalezienie się w krainie wiecznej szczęśliwości, cycków i szczeniaczków. Jeśli chcą tego drugiego to kupują sobie bilet pierwszą klasą do frustracji, niepokoju i depresji, bo ciężko poczuć się dobrze, jeśli wszystko, co się zaplanowało jest nieosiągalne.

I nic nie zastąpi świadomości, że nie zawsze można pisać tekst życia, mieć wszystkie cele wypełnione na 100% albo czuć się tak, jak bohater amerykańskiego filmu, który idzie przez miasto, a wszyscy dookoła zaczynają razem z nim śpiewać i tańczyć, a wciąż nic się nie stanie.

Bądź co bądź życie nie musi być idealne, żeby wciąż mogło być wystarczająco dobre.

Podobał ci się ten tekst?

Dołącz do obserwujących bloga na facebooku lub instagramie, żeby zawsze być na bieżąco.