Jeśli idziesz przez piekło – nie zatrzymuj się

Jeśli idziesz przez piekło – nie zatrzymuj się

Kiedyś chodziliśmy z ekipą grać w bilard. Większość z nas grała amatorsko, ale lepiej niż przeciętna osoba. Chodził z nami też Paweł, który jest świetnym gościem, ale fatalnym graczem. Regularnie przegrywał, a wynikało to z tego, że wszystkie uderzenia wyprowadzał w ten sposób, że kładł na stole dłoń zaciśniętą w pięść, kij kładł między kostki, a następnie celował w bilę. Czasem jego uderzenia były celne, ale znacznie częściej wykonywał kijem ruchy takie, jakby to była ręczna pompa, a od czasu do czasu kij ześlizgiwał mu się z kostek i tępo uderzał w zielone sukno na stole.

Jedną z podstaw gry w bilard jest robienie mostka. Mostek jest sposobem ułożenia dłoni, który jak najstabilniej podpiera kij i umożliwia dobre uderzenia. Widząc, że Paweł nie ma o mostku pojęcia pokazywaliśmy mu jak go zrobić. On mówił: „Spoko, spoko. Spróbuję”, po czym przez jedną lub dwie gry próbował – ręka mu się chwiała, a jego celność spadała jeszcze niżej. Wtedy stwierdzał, że jednak wróci do wcześniejszego sposobu gry, mimo że nie było to profesjonalne i z pewnością nie było skuteczne.

Robił tak, bo z pierwszym sposobem czuł się komfortowo, a kiedy uczył się drugiego, był przytłoczony własną beznadziejnością. Działała tu niezmienna zasada szczęścia – czujesz się dobrze, jeśli dostajesz coś lepszego, niż miałeś. Czyli jak nie masz nic, ale dostaniesz milion złotych to będziesz szczęśliwy. Jeśli nie masz nic, dostaniesz dziesięć milionów i szybko stracisz dziewięć z nich, to pomimo że zostanie ci jeszcze milion, będziesz doświadczał znacznie niższego poczucia szczęścia, niż cały czas nie mając nic.

Na tej samej zasadzie Paweł czuł się lepiej z niewłaściwym, ale znanym sposobem, więc po kilku próbach, po których odbijał się od ściany, robił to, co robi większość populacji świata – wybierał przeciętność.

Nowe jest lepsze, ale wcześniej jest gorsze

Bilard jest banalnym przykładem, ale nieźle pokazuje istotę zmian – nawet pozytywne, długoterminowo korzystne zmiany pociągają za sobą poczucie drastycznego, zwykle długotrwałego spadku komfortu życia. Rzucasz dziewczynę i chociaż cię nie szanowała i nie kochała to zaczynasz tęsknić za jej ustami i małymi, sterczącymi piersiami. Rezygnujesz z pracy na rzecz swojego pobocznego zajęcia i kiedy spadają ci dochody, zaczynasz myśleć o swojej nędznej przyszłości. Uczysz się czegoś nowego i czujesz się jak nieudacznik, kiedy kolejny raz popełniasz błąd.

W teorii proces zmian wygląda tak – stwierdzasz, że są rzeczy, które w twoim życiu nie działają. Następnego dnia wstajesz z łóżka i jak bohater Disneya ubierasz się przy pomocy ptaków i wiewiórek, później robisz to, co zaplanowałeś i myślisz: „Łał! To działa!”.

W praktyce ten proces wygląda następująco – stoisz na brzegu, na którym czujesz się bezpiecznie i komfortowo. Przed sobą masz olbrzymie bajoro błota i mułu, za którym podobno jest wszystko, o czym marzysz. Wierzysz w to, więc pełen dobrych emocji zdejmujesz buty i zanurzasz się w błocie. Z trudem brniesz przed siebie i mając za sobą mniej więcej 20% drogi doświadczasz pierwszego kryzysu pod tytułem: „Myślałem, że będzie łatwiej”.

Odwracasz głowę i patrzysz na zostawiony za sobą brzeg. Myślisz o tym, jak w gruncie rzeczy było ci tam dobrze – jest tam sucho i znajomo, a drugiego brzegu nawet nie widać. Większość osób w tym momencie zawraca i mówi sobie, że trzeba cieszyć się tym, co się ma, nawet jeśli w rękach zamiast wróbla trzyma się tylko trochę ptasiej kupy. Niektóre jednak idą dalej. Patrzą przed siebie i wciąż nie widzą drugiego brzegu, więc odwracają się żeby sprawdzić ile przeszli, ale za sobą też nie widzą już brzegu. Czują, że wszystko, co zrobili poszło na marne. Zadają sobie jedno z najbardziej rozpierdalających psychicznie pytań jakie wymyśliła ludzkość – „Odpuścić sobie całkiem, czy starać się jeszcze bardziej?”.

Byłem w tym miejscu. Czułem się przybity i nie wiedziałem, co z robić dalej, a bardzo chciałem to wiedzieć. Zwykle robiłem kolejny krok przed siebie. Dopiero kiedy przekroczysz ten punkt, zauważysz, że na horyzoncie jest jakaś dziwnie wyglądająca chmura. Przybliżając się nabierzesz pewności, że to brzeg. W końcu zaczniesz dostrzegać zieleń drzew, błękit wody i czuć zapach kwiatów. Błoto już nie będzie tak bardzo ci przeszkadzać. Będziesz iść coraz szybciej i z większą satysfakcją, aż w końcu znajdziesz się tam, gdzie zawsze chciałeś.

Daj sobie równe szanse

Wiesz dlaczego o tym piszę? Bo sprawia mi fizyczny ból patrzenie na ludzi, którzy zachowują się tak, jakby planowali podróż dookoła świata, ale zawracali na dworcu PKP, bo okazało się, że walizka jaką ze sobą wzięli jest cięższa, niż zaplanowali. Wykreślają więc ze swojego życia wszystkich ludzi, potrawy, przygody i pejzaże wyglądające lepiej, niż na zdjęciach w National Geographic.

Tak, to prawda, że zaczynanie czegoś nowego jest trudne, ale to naturalny etap, którego nie da się uniknąć. Problem polega na tym, że takie osoby zwykle oczekują zbyt szybkich rezultatów – chciałyby dostać oprogramowanie, które po zainstalowaniu zamieni ich w rozpierdalaczy, jakich nie widział świat, ale i tak okazuje się, że wszystko trzeba zrobić analogowo korzystając z jednej, mało spektakularnej cechy – wytrwałości. Większość osób jej nie ma, więc kiedy od razu nie widzą rezultatów to wracają z podkulonymi ogonami i coraz mocniejszymi przekonaniami tłukącymi się w głowie: „Nie umiem, nie nadaję się, nie zasługuję”.

Paweł, o którym pisałem na początku wpisu, oczekiwał, że chociaż na naukę złego sposobu trzymania kija poświęcił kilkanaście godzin, to nowego sposobu nauczy się w kwadrans.

Osoby mające problem ze zdrowym odżywianiem liczą na to, że kilka sałatek poprawi ich zdrowie, ale nie biorą pod uwagę, że niszczyli je sobie miesiącami.

Kobiety i mężczyźni mazgający się, że „już nigdy nie spotkają lepszej osoby” liczą na to, że spotkają ją na pierwszym spacerze, na który wyszli, a nie uwzględniają długich miesięcy, które poświęcili na poznawanie swoich eks.

Ludzie chcący się przebranżowić, liczą na to, że od razu będą mistrzami w nowej dziedzinie, chociaż zdobycie odpowiednich kompetencji zwykle zajmuje przynajmniej pięć lat.

Początkujący blogerzy sądzą, że w pół roku będą mieć społeczność 200 000 czytelników, ale są na to marne szanse. Ja po pół roku miałem zawrotne 43 lajki na fanpejdżu. Gdybym myślał w taki sposób, pewnie byłbym teraz zgorzkniałym gościem zrzucającym całą odpowiedzialność na: a) farta, b) zabory, c) iluminatów, muzułmanów, lewaków lub prawaków.

To wszystko nie oznacza, że trzeba iść w zaparte albo w ogóle nie podejmować wyzwań, ale żeby dawać równe szanse. Mam zasadę, że zanim zwątpi się w swoją decyzję trzeba dać sobie przynajmniej połowę tego czasu, który poświęciło się kształtowaniu poprzedniego nawyku.

To o to chodzi w uczeniu się – o przetestowaniu różnych opcji na równych zasadach. W przeciwnym razie zostaje się z zachowaniami, ludźmi i doświadczeniami, które mają tylko jedną zaletę – są bezpieczne. Niestety są też do bólu przewidywalne i nie dają najmniejszej szansy na to, żeby zanim się umrze, upewnić się, że w ogóle się żyło.

Jeśli od dwóch lat jesteś aspołecznym mrukiem, to bądź bardziej otwarty przynajmniej przez 365 dni i zobacz co się stanie. Jeśli przeprowadzasz się do innego miasta, to nie licz na to, że w miesiąc poczujesz się w nim tak, jak w mieście, w którym chodziłeś do podstawówki i liceum. Jeśli poznajesz nową osobę to nie skreślaj jej po pierwszej randce tylko dlatego, że nie rozumie twojego hermetycznego poczucia humoru, które tak świetnie rozumiała twoja eks, bo wtedy to też nie zajęło dwóch godzin.

Rezygnując zbyt wcześnie, bardzo możliwe, że wyciera się gumką to, co najlepszego miało nas czekać, tylko dlatego, że droga była trochę męcząca, niekomfortowa, a na pewnych odcinkach bolesna.

I dlatego dopóki nie da się sobie równych szans, warto zrobić to, co polecał robić Winston Churchill osobom przechodzącym przez piekło – nie zatrzymywać się.

Print Friendly, PDF & Email

52
Dodaj komentarz

avatar
100000
29 Comment threads
23 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
36 Comment authors
Edyta RaclawskaEwa DsnDotUla13 dziecko baby jagi Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mia
Gość
Mia

Idealne na dzisiaj! Dziękuję

Laura
Gość
Laura

Z większością się zgadzam, poza tym tekst bardzo przyjemny. Uważam jednak, że radość z tego co się posiada nie jest czymś złym dopóki nie zamyka nas to przed czymś nowym. Pozdrawiam.

DasHAj$
Gość
DasHAj$

I moje życie tak wyglada ze trzymam się tego co bezpieczne… I jest ok. Ale z drugiej strony czuje się mega nieszczęśliwa. Kiedyś stwierdziłam ze tak naprawdę nie interesuje mnie nic i w niczym nie jestem dobra, lepiej mieć hajs od 10 do 10 niż tracić czas na rzeczy które mogą nie wypalić. Mam 23 lata. Brak marzeń. Planów na siebie. Mam kota przybłęde i brak hajsu mimo pracy, na wakacje. Jeżeli trzeba przejść najpierw przez bagno żeby było lepiej niż obecny stan, to DAJCIE MI TE KUPĘ. WEJDĘ W NIĄ.

Laura
Gość
Laura

Ja mam 22 lata, po części za sobą stan depresyjny i stany lękowe. Mówię po części, bo może być tak, że się z tego nie wychodzi – to tak jak alkoholizm i inne gówna, w których siedzisz dopóki czegoś nie odstawisz. W moim przypadku trzeba było odstawić cierpienie, odstawić czasem ludzi (niektórych), a na przód postawić szczęście i siebie. Nie wstydzę się o tym mówić, bo nie ma się czego wstydzić. Ludzie to ludzie, są skażeni błędem. Wychodzę z założenia, że jeśli moje słowa by pomogły chociaż jednej osobie i jedną osobę skłoniły do refleksji to się opłaca. Jak pisałam wyżej – uważam, że warto się cieszyć z małych rzeczy, bo to one są kolejnymi kawałkami całości szczęścia. Wiadomo, że ile ludzi tyle opinii, ale jeśli też jesteś z grupy osób, których nakręca metoda małych kroczków to staraj się ją wykorzystywać i nie skupiaj się na tym co w niej jest złego tylko to co może dać dobrego.
Co do Twojego komentarza stricte:
1) Zainteresowania to nie pasja. Pasji możesz nie mieć, ale coś co Cię interesuje na pewno. A jeśli tu jesteś to zapewne kręcą Cię litery (w jakimś stopniu). Czy to czytanie, czy to pisanie. Umiesz czytać – to ważne, ze zrozumieniem zapewne – jeszcze lepiej. A do tego napisałaś komentarz bez błędów ortograficznych więc to się ceni. :D Punktów zaczepienia jest masa, trzeba tylko chcieć je dostrzegać.
2) Hajs to hajs, lepiej mieć niż nie mieć, a jak się nie ma to fajnie byłoby mieć więc trzeba by coś zrobić by mieć, bo jak się ma to jest lepiej niż jak się nie ma. :D (Ba dum, tss!)
3) Nie wypalić może masa rzeczy, ale najważniejsze żebyś Ty sama się nie wypaliła.
4) 23 lata… Jesteśmy takie młode… :D
5) Marzenia musisz jakieś posiadać – jestem tego na 90% pewna, bo inaczej nie pisałabyś, że czujesz się z obecną sytuacją źle. Jeśli coś nam nie pasuje znaczy, że myślimy o czymś lepszym (a to są po części marzenia). [A marzenia się spełnia, a nie nimi żyje. Tak a propos.]
6) Koty są piękne, zwierzęta są piękne. A przybłędy i zwierzęta ze schronisk kochają jeszcze bardziej… Mam psa ze schroniska i mimo, że był malutki jak go brałam to widzę różnicę w okazywaniu wdzięczności. (Widzę też przepaść między tą jaką okazują ludzie. :D)
7) Bagno… Słyszałam, że maseczka z błota to niezła sprawa, a Stan – ciekawa piosenka, polecam.
8) Kupa jest fajna, szczególnie jak nie boli od niej dupa i jest w miarę regularna. Trzeba uważać co się je, ale nie wchodziłabym w nią. Są lepsze rzeczy, w które można wchodzić. Na przykład basen, a ponoć pływanie to metoda medytacji. :D
POZDRAWIAM I UŚMIECH PRZESYŁAM!

Artur Nogalski
Gość
Artur Nogalski

Każdy chce mieć bezpieczne, stabilne życie. Tylko że życie nie jest, nie było i nigdy nie będzie stabilne. Dziś jesteśmy szczęśliwi, a jutro, może spotkać nas coś, co zmieni nasze całe dotychczasowe życie o 180 stopni.

Diament
Gość
Diament

Poznajmy się, może razem znajdziemy nasze marzenia. Ja także mam 23 lata, dorobiłem się własnej firmy, sporych pieniędzy… Jest tylko jedno ale… to że mam pieniądze nie znaczy że dają mi one szczęście. Twierdze że przez 22 lata byłem zajebistym szczęściarzem. Wszystko czego się dotknąłem udawało mi się, każdy interes w który wkładałem ogrom wysiłku dawał efekty. Czytając wpisy i książki Volanta utożsamiam się z nim, mamy wiele wspólnego. Ambicje, pewność siebie, jednak to co straciłem rok temu nie pozwala mi rozwinąć skrzydeł jak kiedyś. Mimo że interesy mają się dobrze to ja sam straciłem swoje marzenia…

Victorious
Gość
Victorious

23 lata….od roku w biegu do marzeń. Rok temu:
Zarabiałem 1100 na zleceniu w podłej pracy. Aktualnie niemal potroiłem pensje. Tak, bez układów, przy odrobinie szczęścia i ciężkiej pracy. Cel osiągnięty. Chciałem zrobić prawko, zajęło 5 miesięcy. Cel osiągnięty w poniedziałek jadę po auto. Nie umiałem śmigać na rowerze i wydawało się to dla mnie prawie niemożliwe do nauki w tym wieku. Aktualnie śmigam sobie parę razy w tygodniu crossem. Cel osiągnięty. Zawsze chciałem pływać… od 3 tygodni próbuje i daje sobie rok na : naukę wszystkich stylów sportowych, przepłynięcie 200 metrów delfinem. Już usłyszałem że nie dam rady… to się K**WA ZDZIWIĄ PO RAZ KOLEJNY! Może cele małe, ale dla mnie ważne.

Olej ludzi i wierz w te swoje „chore” wizje. Wszystko się da.

Volant świetny bog. Czytam od dawna, napędzasz do działań.

Asia
Gość
Asia

Czy to odnosi się również do związków? Jeśli wie się, że to nie to, to powinno się zrezygnować i szukać dalej czy brnąć w to, bo po jakimś czasie może będzie fajnie.

Volant
Gość
Volant

Asia, tekst dotyczy przede wszystkim uczenia się, a nie doświadczania czegoś. Jeśli chodzi o związek to lepiej zrezygnować, bo jak teraz nie jesteś zadowolona, to czas tego nie zmieni.

entropysphere
Gość
entropysphere

Wszystko prawda.
Ważne jest żeby sobie dawać małe nagrody przeskoczeniu na każdą nową kepkę bagna, żeby czuć że jednak jakiś zysk z tego taplania się jest. No i trzeba widzieć całą drogę siebie na drugim suchym brzegu trzymając w rękach to, co całą drogę chciało się zdobyć.

Pestka
Gość
Pestka

O, to jest świetna uwaga uzupełniająca. Że trzeba siebie widzieć na drugim brzegu. Niby banalne, ale większość osób w moim (lub starszym) wieku na pytanie „gdzie siebie widzisz za 5 lat” – odpowiada mi „nie wiem”. Widząc siebie w NieWiem, nigdy nie dojdą Gdzieś.

Paulina Puchalska
Gość
Paulina Puchalska

Mądrze napisane. Ja to wiem- ale dużo moich rówieśników czy też znajomych woli tkwić w pracy, mieście czy też związku, który nie daje im zupełnie NIC. Jest tylko wygodnie, bo to znamy, bo jest złudzenie bezpieczeństwa. Ludzie boją się wyjść poza swoją strefę komfortu, ponieważ nie wiedzą co ich czeka.. tak jak napisałeś. Wyjdą do połowy bagna/błota… i wolą się cofnąć… do tego co było ch*jowe ALE znane.
Dajmy sobie czas na zmiany.. zaciśnij zęby, poczekaj chociaż POŁOWĘ tego czasu,który włożyłeś we wcześniejsze doświadczenia. Ja zaczynam teraz nową drogę… nie boje się.
Cierpliwie czekam aż będzie lepiej :)

entropysphere
Gość
entropysphere

Czasem, żeby w ogóle zobaczyć drugi brzeg, trzeba bardzo dużo bagna i z każdym krokiem tkwi sie w tym bagnie coraz głebiej. Nie ma sie co dziwić, że niektórzy ludzie wycofują się po ubrudzeniu po pas, gdzie najgłebszy punkt bagna sięga szyi….

KaZet
Gość
KaZet

Tekst dla mnie na czasie (zmiana pracy). Spogladamy na ta spokojna przystan za nami i z tylu glowy i juz czasem nie pamietamy tych zlych emocji z przeszlosci bo one wygasly a lepiej pamieta sie suche fakty. Nie pamietamy wkurwiajacego szefa, irytujacych, doprowadzajacych nas do szalu zachowan ekspartnera, za to doskonale czujemy biezaca niemoc, krew, pot i lzy poniewaz sa to odczucia ktore w chwili obecnej w sobie nosimy, nie zawsze je rozumiemy. Nie znamy swojej przyszlosci, nie mamy pewnosci czy cos przyniesie nam efekty. Odczuwamy niepokoj.Niemniej cos nas do zmiany popchnelo.Czasem warto zaufac intuicji.

mania
Gość
mania

szkoda, że niektórym mi podobnym księżniczkom brakuje animuszu w działaniu. pozdrawiam wszystkich stojących jedną nogą (!) w błocie.
Ps na niektórych zakrętach nic by tak nie pomogło jak rozmowa z tobą, Michał.

xoxo

Artur Nogalski
Gość
Artur Nogalski

Więcej takich art w sieci! :)

Storandek.blogspot.com
Gość
Storandek.blogspot.com

Wpis bardzo na czasie, niedawno zmieniłam pracę plus zmieniam swoje życie, robię porządek i tworzę pewne schematy od samego początku. Nie odczuwam zniechęcenia. Jest trudno, ale po raz pierwszy mam świadomość, że warto bo nagroda będzie epicka ;-) Chociaż moje rewolucje trwają od połowy maja, to już widać pierwsze, małe efekty ;) Boję się pomyśleć, co będzie za rok, za dwa. Nauczyłam się traktować przyszłość jako niespodziankę, szansę, a nie jak przekleństwo, którego się boję.

http://www.storandek.blogspot.com

Dam
Gość
Dam

I przy okazji postanowiłam wkleić linka do swojego blogaska, bo w spamie nie widzę nic nietaktownego…

Brzeska
Gość
Brzeska

Bo nie da się osiągnąć wiele, ładując w to tyle same energii, w ten sam sposób

LeszekCyfer
Gość
LeszekCyfer

Większość ludzi wokół nas nie potrafi się skupić na tym co nas otacza, zamiast tego koncentrując się na wspomnieniach albo oczekiwaniach. Idą przez życie szukając upragnionego celu albo rozpamiętują przeszłe zdarzenia – a w międzyczasie są ślepi na to co ich otacza. Kiedy dotrą do celu odczują rozczarowanie bo nie umieją skoncentrować się na chwili obecnej – ich oczy wypatrują wciąż czegoś gdzieś indziej i nie zatrzymują się na tej szarej codzienności. Ale dlaczego ta codzienność jest szara? Bo nie koncentrujemy na niej swojej uwagi. Kiedy nauczysz się koncentrować na chwili obecnej świat tryśnie kolorami. W chwilach zagrożenia, kiedy wszystko poza chwilą obecną traci znaczenie, nagle świat staje się cudownym miejscem, tak bardzo chce się żyć jeszcze choć przez chwilę. Nie czekaj na zagrożenie życia – traktuj każdy moment jak gdyby był ostatnim momentem w twoim życiu. Zawiązuj buty jakby to była jedyna rzecz jaką zapamiętasz ze swojego życia.

A idąc przez życie wybieraj ścieżki obdarzone sercem, ścieżki które mogą mieć serce. Nie patrz na to co inni mogą o tobie pomyśleć i traktuj strach jako drogowskaz pokazujący właściwy kierunek.

entropysphere
Gość
entropysphere

Wpatrywanie sie w szary obraz da kolory tylko pod wpływem sporej ilości chemii. I raczej nie należy tego rekomendować. Życie ma taki kolor jaki w nie tchniemy i koncetrowanie się na niej pozwoli przeżyć je intensywniej, ale zdecydowanie nie pomoże w jego poprawieniu.
Masz rację, ale to o czym piszesz nie wystarcza.

LeszekCyfer
Gość
LeszekCyfer

Chemia działa tylko dlatego że pobudza receptory w mózgu – do których pobudzania mamy własną chemię. Ta chemia zostaje uruchomiona w sytuacji całkowitej koncentracji na chwili obecnej i nagle świat jest kolorowy ;)
Życie dzieje się tutaj i teraz, nie w przyszłości czy w przeszłości. Wybierając ścieżkę z sercem żyjemy lepiej bo stajemy się z nią jednością. A więc ulega ono natychmiastowej poprawie.

entropysphere
Gość
entropysphere

To jest autosugestia.
Wolę żyć w teraźniejszości i zadbać o to, żeby przyszłość była jeszcze lepsza. Każdy ma swój sposób na szczęście. Oby tylko był skuteczny.

LeszekCyfer
Gość
LeszekCyfer

Jasne, życie tu i teraz nie wyklucza obieranie kursu. Po prostu jest się bardziej nastrojonym na lokalne prądy i możliwości, można zauważyć i zareagować na okazje których – przy koncentracji na przyszłym celu – w ogóle byśmy nie zauważyli albo zignorowali. Ostatecznie wielokrotnie okazuje się że teraźniejszość skrywa dla nas bogactwa nieporównywalne z tymi które sobie wyobraziliśmy, w dodatku znacznie wcześniej ;)

io
Gość
io

Polecam postudiować teorię dezintegracji pozytywnej p. Kazimierza Dąbrowskiego. Pomaga w trudnych czasach transformacji.
Ps. Ja jestem stopień 2/3…

entropysphere
Gość
entropysphere

Volant, nie napisałeś nic o tym jak ważna w każdej zmianie jest pomoc bliskich, czy to rodziny czy przyjaciół. I nie chodzi o to, żeby oni w czyms konkretnym pomagali, często wystarczy choćby wiara w to, że dasz radę.

Bogdan Markowicz
Gość
Bogdan Markowicz

Najs:)

Magda Moryc
Gość
Magda Moryc

super !!!!

Beti
Gość
Beti

Akurat dzisiaj!? Serio!? Choc tak rzadko tu zagladam!? DZIEKI ZA TEN TEKST. Od kilkudziesieciu miesiecy mieszkam w obcym kraju i dzis wracam z urlopu w Polsce tam. Spac nie moge, krece sie, za cholere nie chce wracac, wole moja polska ‚strefe komfortu’ niz niemiecka ‚nowosc’. A tu taki pozytywny kop. Jeszcze zacisne zeby i przebrne przez pieklo, jakim dla mnie jest wyprowadzka 1 500 km od domu. Moze ten brzeg po niemieckiej stronie nie jest tak straszny, jak mi sie wydaje?

entropysphere
Gość
entropysphere

Te 1500km warto pokonywać tylko wtedy, kiedy bycie w tamtym miejscu coś daje. Zastanów się czy to jest to czego wewnętrznie chcesz.

Domino
Gość
Domino

Bardzo dobry tekst. Motywujesz mnie, Volant. Zarówno z tym, że „jak pomyślisz o powrocie do ex ginie na świecie mała foczka”, jak i podejmowaniu wyzwań, próbowaniu czegoś nowego. Pomimo wielu trudności – samotnie wychowuję 4 i poł miesięczną córeczkę, kończę studia dziennie, postanawiam, że zacznę jeszcze jeden kierunek, o którym od dawna marzę – pielęgniarstwo!!! jak się nie uda to trudno (jeśli nie pogodzę całodniowych zajęć z macierzyństwem), zajmę się czymś innym i pożytecznym, może nauka jakiegoś języka :) tak czy siak nie poddam się i będę walczyć o lepsze życie. Postaram się, bo mam dla kogo. a facet? hmm, facet kiedyś się pojawi, na razie nie jest mi do niczego potrzebny… może mnie znajdzie kiedyś ;) pozdrawiam ciepło z szarego jak papier toaletowy miasteczka na południu Polski :D

Busqitos
Gość
Busqitos

Jakie to wszystko jest piękne, kurewsko różowe, klarowne i w ogóle. Szkoda że tylko na blogach. Według tego co tu przeczytałem, mi wnioski nasuwają się dwa:

1. Zapierdalać (to potrafię i to robię)
2. Nie tkwić w gównie tylko iść dalej (a tu stawiam znak zapytania)

Problem że nie tkwię sam w tym gównie. I problem w tym że mój prawie 4 letni związek to nie gówno, jest mi w nim bezpiecznie i pluszowo. Widzę że ona jest szczęśliwa. Ja, cóż… mało jej wymagań (daleko mi do kluchy), dobry seks, dużo luzu ale też poczucie że coś tracę każdego dnia. I uważam że mało która kobieta przejdzie wspólnie ze swoim facetem trylogię gier na konsoli czerpiąc z tego prawdziwy fun i rywalizację. I to nie tak że ja jej nie kocham. Mam dla niej cała gamę uczuć, dbam o nią, staram się ale też potrafię ustawić do pionu. Tylko ciągle zostaje te wrażenie. Że mógłbym mieć taką z lepszym ciałem, większą piersią ale nie z mniejszym mózgiem, bo to w Niej uwielbiam. Bo są takie, nie? Też boje się że jak zostanę z tą, a przyjdzie odpowiednia Pani, to narobię głupot. Choć nigdy tego nie zrobiłem w poprzednich związkach gdy była okazja, bo uważam to za zwykłe skurwysyństwo.

Zostaje wrażenie że każdy dzień mógłbym mieć lepszy, pełniejszy i bardziej intensywny. I to nie brak środków. To brak konkretnie podjętej decyzji. Bo ciągle myślę o innych możliwościach. Że gdzieś tam jest „ONA”. Taka „ONA”, inna niż te, które dotychczas poznałem. Tylko czy ona tam jest? Przecież to nie jest jak reklamacja że gdy produkt mi się nie spodoba to oddam i wrócę do starego produktu. Czy to kiedyś zniknie? Czy ciągle będę myślał o innej? Tak ma każdy facet, czy tylko taki, który miał tych „ONYCH” za mało? A ile to mało… (i tak ku*wa do zaje*ania). Wyobrażenie całej reszty życia tylko z tą osobą mnie kurewsko przeraża, a idziemy co raz bardziej w tą stronę. Wielu powie żem jest niezdecydowaną pizdą. Ale gdy związek był zły, to po prostu go kończyłem. Ten nie jest zły. Ale nie wiem czy jest wystarczająco dobry by zrezygnować z innych kobiet… Wiem też że nikt nie da mi odpowiedzi na moje życie, po prostu czułem że muszę się tym podzielić.

(*wybaczcie wulgaryzmy)

Iskra
Gość
Iskra

Byłam w takim związku i miałam dokładnie takie same przemyślenia jak Ty. Odeszłam, potem żałowałam i wróciłam, a potem znów odeszłam, bo stwierdziłam, że to JEDNAK nie jest to. Wydawało mi się, że bardzo kochałam tamtego mężczyznę, ale jednocześnie gdzieś z tyłu głowy miałam ciągle tę myśl, że gdzieś jest może ktoś lepszy, kto nie będzie mnie denerwować pod pewnymi względami i będzie spełniać inne moje „wymagania”. Z mojego doświadczenia wynika, że jeżeli już raz dopuścimy do siebie myśl, że z kimś może być nam lepiej i że coś tracimy w związku, to nie ma odwrotu od tej myśli. Z jednej strony po latach żałuję, że tak się stało, ale z drugiej nie wiem czy gorsze nie było oszukiwanie siebie i przede wszystkim drugiej osoby, bo przecież nie powiem „ej, słuchaj, jesteś spoko, ale czuję, że ktoś tam czeka na mnie jeszcze w życiu, kto jest lepszy, więc ja sprawdzę i jak coś to może się jeszcze spotkamy później”. Nawet jak się spotkacie, to zaufanie raz utracone nigdy nie wróci i to już nie będzie ten sam związek. Nauka, która płynie z takich historii jest wg mnie taka, że jak ktoś nie spełnia do końca naszych oczekiwań, to lepiej się zawinąć i nie wracać, podjąć męską decyzję raz a dobrze. Z czasem może być już tylko gorzej tkwiąc w takim związku. Niektórzy na pewno powiedzą, że to rutyna dopada nas w związku i szukamy wrażeń, ale czy rutyna sprawia, że pojawiają się myśli, że stać nas na kogoś lepszego? Nie wydaje mi się. Może po prostu nie nadajemy się do związków albo nie trafiliśmy na osobę, przy której nawet rutyna będzie ok, ale bez poczucia, że coś tracimy ;).

Łukasz
Gość
Łukasz

Ten tekst nie jest o związkach.

Busqitos
Gość
Busqitos

Nie jest defacto o związkach, zgadzam się. Ale można go też do tej sfery odnieść. Jeśli wystarczająco długo „szedłeś przez piekło” gdy chodzi o relacje z innymi ludźmi, to jak najbardziej nabiera to wszystko sensu.

Łukasz
Gość
Łukasz

No właśnie nie. Trwanie w związku, który jest piekłem nie ma sensu i mieć nie będzie, bo w tym przypadku to tak nie działa, że najpierw musi byc źle, aby potem było dobrze. Jak jest źle, to zazwyczaj będzie jeszcze gorzej, a jak jest piekło, to oznacza, że przekroczyło się już punkt, z którego nie ma odwrotu.
Tylko związki z ogólnie dobrą atmosferą, z chwilowymi odchyleniami, ale mieszczącymi się w polu tolerancji, mają sens i szansę na udaną przyszłość.

entropysphere
Gość
entropysphere

Trwanie w czymkolwiek, co jest piekłem nie ma sensu i mieć nie będzie.
Reszta tez dotyczy wszystkiego….

Łukasz
Gość
Łukasz

Jasne, jest to określenie trochę przesadzone, bo ciężko uznać naukę gry w bilard piekłem, ale sens jest zachowany i w określonych sytuacjach „ciężkie warunki” są konieczne.

Edyta Raclawska
Gość
Edyta Raclawska

Każdy kto przeszedł przez piekło w odniesieniu do relacji z innymi ludźmi, wie czego chce w jakiejkolwiek relacji, potrafi postawić granice i szanuje każdą wspaniałą relację.

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Czasami myślę, że jednak najtrudniejsze to potrafić rozpoznać i jakoś sobie uzmysłowić to, co dla nas ważne. Żeby wiedzieć, kiedy powiedzieć dość. Żeby nie bać się przyznać, że wcześniejsze marzenia to jednak nie to. Żeby nie wpaść w pułapkę myślenia, że dobrze o nas świadczy to, ile gówna jesteśmy w stanie znieść. I właśnie ta część jest najtrudniejsza – rozpoznać, czy to nadal nasze marzenie czy jednak warto zmienić kierunek.

zlaaaa
Gość
zlaaaa

Łatwo mówić , trudniej zrobić.
Moje życie to ciągła droga pod górkę, już prawie wychodziłam na prostą…i jak zwykle coś pierdolnie.
Cały czas ciężko pracuję i gówno z tego mam , czasami już nie starczy siły.
Zwłaszcza jak jesteś sam/sama .
Aktualnie jestem w ciąży ,facet mnie zostawił. On nie chce tego dziecka to dopiero pierwszy miesiąc, wczoraj straciłam pracę.Ja już nie myślę ,że będzie dobrze , ja myślę ” co jeszcze ?! ” .
Nawet znajomi nie mogą uwierzyć w to co się dzieje w moim życiu

Ula
Gość
Ula

Życzę Ci siły i powodzenia. Wszystko przemija- ciąg złych wydarzeń też się skończy. Staraj się nie myśleć w kategoriach „co jeszcze”, staraj się -na siłę nawet- myśleć pozytywnie. Jeśli ten mężczyzna postąpił w ten sposób, to na pewno nie zasłużył na to dziecko, na Ciebie. Miałabyś z nim piekło. Dobrze, że się ulotnił- niepotrzebny Ci ktoś taki. Wierzę, że wszystko dzieje się po coś- praca, którą straciłaś pewnie nie była tą najlepszą dlaCiebie. Wiem, łatwo to pisać, gdy się nie jest w takiej sytuacji. Ale zachęcam Cię mimo wszystko do próby pozytywnego nastawienia, wywołania w sobie takiej postawy ufności i radości z tego, co jest- mimo wszystko. Wiem, że to trudne, ale z własnego doświadczenia wiem, że pomaga. Ciesz sie z tej ciąży, głaszcz się po brzuchu, tak wiele kobiet nie może mieć dzieci, pomyśl, jak bardzo kochasz to dziecko rosnące w Tobie, jaki to piękny rodzaj miłości- bezwarunkowej, na całe życie. Będzie dobrze! Trzymam mocno kciuki:-)

Gosia
Gość
Gosia

Dziękuje za ten wpis. Jestem właśnie na takim etapie (zawodowym) żeby zrezygnować i cofnąć się do strefy komfortu bo wydaje mi się ze dam rady, ze nie zrobię kolejnego kroku w przód bo jest mi cieżko. Ale kto powiedział ze będzie łatwo, tak jak napisałeś aby dać sobie czas. Dziękuje

Pawel
Gość
Pawel

Jak dla mnie jednak – „idź dalej”, zamiast – „nie zatrzymuj się”, brzmi lepiej i właściwie jest bliższe oryginałowi. Poza tym dobry tekst. Jestem ciekaw ile przeciętnie zajmuje ci wykonanie wpisu, tematy pojawiają się spontanicznie, masz je jakoś spisane, czy może szukasz tematów do wpisu.

Volant
Gość
Volant

Mam spisane inspiracje na teksty i wykonane szkice tekstów (ok. 100 stron w Wordzie). Żeby je dokończyć czekam na natchnienie – na chwilę, w której będę czuł, że naprawdę chcę to napisać i że jest to szczere. Samo napisanie tekstu zajmuje mi jakieś cztery godziny, ale zanim wrzucę ostateczny tekst często przygotowuję jego trzy, cztery wersje i wybieram najlepszą. Odkładam tekst na jakiś czas, czytam go jeszcze kilka razy, wygładzam i poprawiam. Wtedy dopiero przenoszę go na bloga, formatuję, dobieram zdjęcia i wymyślam tytuł. Samego pisania nie ma więc dużo, ale cały proces zajmuje mi dwa dni.

Pawel
Gość
Pawel

Dzięki za odpowiedź! Zrobiłeś mi przestrzeń w głowie i przypomniałeś o zapleczu i czymś takim jak proces twórczy.

Uncouth
Gość
Uncouth

Przeczytałam właśnie około 80% całego tego bloga. Polało się trochę łez, bo trafiasz wybitnie w punkt tego co mnie boli, czego się boje itd. Nasuwa mi się na myśl tylko jedno pytanie : jak można być aż tak dobrym obserwatorem. Podziwiam! :)

Maciej
Gość
Maciej

Tak właśnie zauważyłem, że razem z Męskie Pisanie poruszyliście w zasadzie ten sam temat w krótkim odstępie czasu. Co ciekawe nawet zdjęcie to samo :) Widać temat jest obecnie na czasie: http://meskiepisanie.pl/nie-ma-drogi-powrotnej/

13 dziecko baby jagi
Gość
13 dziecko baby jagi

Czytając artykuł przypomniała mi się książka „Kto zabrał mój ser” Spencera Johnsona :). Książka przeznaczona jest dla młodzieży ale niejeden dorosły powinien ją przeczytać. Generalnie nie ważne, że jest trudno – ważne, że idzie się do przodu. Nie ważne, że jest kręto – ważne, że to dobra droga do zmiany, wystarczy wyjść poza własną strefę komfortu i iść przed siebie nie poddając się przeciwnościom. Ja jeszcze lubię zdanie „samolot nie startuje z wiatrem a potrafi latać” :) Pozdrawiam

Dot
Gość
Dot

Wspaniały tekst! :)

„Niektóre jednak idą dalej. Patrzą przed siebie i wciąż nie widzą drugiego brzegu, więc odwracają się żeby sprawdzić ile przeszli, ale za sobą też nie widzą już brzegu. Czują, że wszystko, co zrobili poszło na marne. Zadają sobie jedno z najbardziej rozpierdalających psychicznie pytań jakie wymyśliła ludzkość – „Odpuścić sobie całkiem czy starać się jeszcze bardziej?”.” To jest zagadka wszechczasów, odpowiedź nigdy nie jest w 100% oczywista.

Ewa Dsn
Gość
Ewa Dsn

Dziękuję :)

Edyta Raclawska
Gość
Edyta Raclawska

Podajesz tą ciemną stronę rozwoju osobistego, którą każdy z nas chciałby pominąć. Ale jeśli chcemy czegoś lepszego, to jest to najlepsza droga. Największa radość sprawia nam pokonanie samych siebie. Pozwolenie sobie na błąd i danie sobie samym czasu na zmiany. Nie da się zmienić wszystkiego na raz i na zawsze.