Czy ważne jest to, żeby się wysypiać, lubić samego siebie i skończyć niezłe studia? Albo czy ważna jest opinia innych osób, leżenie pod baldachimem na Malediwach, idealna waga i odcisk wyszminkowanych ust na policzku? Pewnie tak, ale wśród setek mniej i bardziej ważnych rzeczy, które można wymienić, nie ma nic ważniejszego, niż posiadane priorytety.

W sferze deklaratywnej wszyscy jesteśmy kandydatkami na Miss Świata i liczy się dla nas rodzina, miłość i pokój na świecie, ale kiedy trochę te wartości podrapać to odchodzi od nich farba. Pijaczek w barze może mówić, że on dla swojej rodziny to zrobi wszystko, ale wciąż jest ważniejsza kolejna setka, którą poczuje w przełyku. Od miłości często ważniejszy okazuje się szacunek, kiedy wciąż się kocha, ale odchodzi się, bo zasługuje się na więcej, niż ciągłe pretensje.

W rzeczywistości nie liczy się mówienie, że najważniejsze jest zdrowie, szczęście, przyjaźń i rodzina tylko faktyczne działania, które się podejmuje. Właśnie dlatego to priorytety, a nie wartości najlepiej pokazują kim ktoś jest, dokąd zmierza i dlaczego osiągnął to, co osiągnął.

Wielokrotnie pytano mnie o to, co jest dla mnie najważniejsze, a ja wielokrotnie próbowałem to napisać. Ostatecznie zrobiłem to dzisiaj.

5 rzeczy, które są dla mnie ważne to:

1. Dbanie o siebie

Wiem – brzmi to egoistycznie, ale w praktyce tak nie jest. Ludziom czasem się wydaje, że to kim są i to w jaki sposób działają nie jest ze sobą powiązane. Wpadają wtedy na przykład na pomysł, że kiedy poznają przystojnego bruneta to usłyszenie od niego: „Kocham cię” da im szczęście. Niestety to działa tylko w tanich filmach, a nie w realnym świecie. W prawdziwym świecie jest tak, że jeśli brodzisz po kostki w gównie, to mimo najlepszych chęci przeniesiesz je też na swoich partnerów, dzieci i współpracowników.

Dbanie o siebie nie jest więc egoizmem – jest koniecznością, bo bezpośrednio wpływa na przekazywane innym postawy i stanowi niezbędną podstawę szczęścia. To zresztą nie przypadek, że kiedy spojrzy się na kogoś, komu posypało się życie, zauważy się zazwyczaj, że wcześniej zaczął sypać się sam.

2. Stabilizacja dzięki rozwojowi

Nie uważam, że mam cokolwiek na stałe. Przeciwnie, jestem zdania, że chwila kiedy myśli się, że ma się coś na zawsze, jest momentem kiedy niezauważalnie zaczyna się to tracić. Dotyczy to drugiej osoby, przyjaźni, poziomu kompetencji, zdrowia i zarobków. Dokładnie tak, jak to kiedyś napisałem – to, co najważniejsze zawsze ma się na zasadzie abonamentu. Kiedy przestajesz płacić to automatycznie tracisz członkostwo. Dlatego liczy się dla mnie to, żeby wciąż wkładać wysiłek w utrzymanie tego, co mam – dobrego związku, lifestyle’u, umiejętności i wiedzy.

To dlatego:

  • Pomimo że zapisałem tysiące stron, wciąż na bieżąco czytam światową klasykę, poradniki pisarskie i uczę się lepszego konstruowania historii.
  • Jestem na bieżąco z nowościami dotyczącymi marketingu internetowego, prowadzenia biznesu i perswazji.
  • Mam poduszkę finansową pozwalającą na utrzymanie standardu życia przez 18 miesięcy.
  • W odróżnieniu od osób, które mówią: „Jak będę musiał to się nauczę”, ja uczę się i podejmuję nowe wyzwania nie dlatego, że muszę, ale dlatego że chcę.
  • Przygotowuję plany awaryjne, które zrealizuję jak nie powiedzie mi się podstawowy model działalności. Obecnie mam pięć alternatywnych ścieżek, w których mogę się spełniać.
  • Dbam o kontakty z rodziną i paczką znajomych oraz jak najwięcej czasu spędzam offline, żeby nie przegapić tego, co ma znaczenie.
  • Zawsze dywersyfikuję dochody oraz reinwestuję wszystkie zyski.
  • Wierzę, że najlepszym sposobem utrzymania tego, co się ma jest rozwój, więc co roku dążę do tego, żeby robić ciekawsze rzeczy oraz zarabiać więcej.

3. Doświadczanie w pełni każdego etapu życia

Znam ludzi, których różni zawód, wykształcenie i wiek, ale łączy jedno – to, że już tylko oglądają się przez ramię i mówią: „Ależ to były czasy!”. Wspominają wtedy granie w piłkę na podwórku, studniówkę albo okres studiów. W końcu jednak przyszedł okres, kiedy nie mieli już czego przeżywać, więc zaczęli wspominać.

Moim celem jest to, żeby nigdy nie zacząć oglądać się przez ramię. Uważam, że jeśli życie składa się z etapów, to każdy z nich może być źródłem szczęścia. W wieku dwudziestu lat można przeżyć swoje najlepsze imprezy, w wieku trzydziestu lat być świetnym ojcem, w wieku czterdziestu lat odnosić największe sukcesy zawodowe, w wieku pięćdziesięciu lat wyglądać jak George Clooney i przemierzać Włochy w swoim kabriolecie, a w wieku sześćdziesięciu lat być wspaniałym dziadkiem oddającym się swoim pasjom.

Zgadzam się ze zdaniem, że szczęście polega na doświadczaniu, więc nie zamierzam uporczywie trzymać się jednego etapu, a później tylko wspominać najlepsze czasy, które dawno zostawiłem za sobą. Raczej chcę nawet mając siedemdziesiąt lat wciąż patrzeć na to, co przede mną, a jednocześnie wyciskać z każdego “dziś” jak najwięcej. W końcu nikt nie cofnie czasu, żeby zobaczyć pierwsze kroki dziecka albo do czasów, kiedy wypad TLK nad morze był lepszą wyprawą, niż wakacje all inclusive.

Ten cel brzmi ogólnie, ale wpływa on na kilka konkretnych strategii, które stosuję.

  • Nie zużywam środków, których będzie potrzebował „przyszły ja”. W szczególny sposób dotyczy to konsumpcji. Podstawowa zasada finansowa brzmi: „Jeśli wydajesz tyle, ile zarabiasz (lub więcej) to nie licz na lepszą przyszłość. Lepiej zacznij się modlić, żeby nie było gorzej.” Wolę inwestować w celu osiągania wyższych zysków za kilka lat, niż żeby lansować się dzisiaj. Mógłbym już teraz jeździć porsche wziętym w leasing, ale uważam, że lepiej jest zamiast tego kupić dwa mieszkania na kredyt na wynajem. Inaczej mówiąc – wolę żeby „przyszły ja” kupił sobie willę we Włoszech, niż żeby obecny miał milion zdjęć kawy na instagramie.
  • Na zachcianki wydaję nie więcej niż 10% rocznego budżetu. Stosuję też zasadę, że samochód do użytku osobistego nie powinien być droższy, niż trzykrotność średniego miesięcznego zarobku. Nie mówię więc, że nie kupię sobie kiedyś Astona Martina, ale mówię, że zrobię to, kiedy będę zarabiał 150 000 zł miesięcznie (a będę, jeśli konsekwentnie będę zwiększał dochody). W praktyce wygląda to tak, że odkładam konsumpcję na nieco później, ale z niej nie rezygnuję.
  • Wszystkie działania dzielą się na dwie grupy: ważne dzisiaj, ale niemające znaczenia w przyszłości oraz pozornie nieistotne dzisiaj, ale bardzo ważne w przyszłości. Jeśli z czymś będę szczęśliwszy teraz i bardziej nieszczęśliwy jutro, to tego nie wybieram. To bardzo ważna zasada. Oznacza ona to, że możesz płakać za eks albo patrzeć jak przecieka ci czas przez palce i będziesz się z tym czuł chwilowo lepiej. Problem w tym, że odbije się na twoim „przyszłym ja”, bo z tej perspektywy najlepiej jak najszybciej zamknąć za sobą stare sprawy i wyrobić nawyki, które będą procentować w przyszłości, zamiast zawsze spychać je na jutro, pojutrze i popojutrze. To zwyczajnie się opłaca.

4. To, co po mnie zostanie

Kiedy miałem wypadek, to na ułamek sekundy poprzedzający uderzenie w drzewo, nie czułem przerażenia. Żałowałem, że nie zrobiłem wszystkiego, co miałem w planach. Czasem też myślę o tym, co zrobiłbym gdybym zachorował. Najczęściej myślę o utracie wzroku – głównie dlatego, że kiedy miałem 8 lat to zaczął mi się psuć i chociaż nie jest to poważna wada, to wciąż się o to martwię. Za każdym razem dochodzę do wniosku, że wciąż pracowałbym nad tym, co zostanie po tym, jak umrę.

Z racjonalnego punktu widzenia nic nie ma sensu. Umiera się, neurony przekazują ostatnie impulsy i przed oczami nie widzi się nawet napisu: „The End” jak w filmach z Charlie’m Chaplinem. Nie ma tutaj różnicy czy umiera się jako miliarder, czy jako bezdomny.

Tylko że ja nie akceptuję tej wizji. Uważam, że to, co się po sobie zostawia wciąż ma znaczenie. Jan Zamoyski nie tylko zrobił ogromną karierę, ale również zapewnił byt swojej rodzinie na czterysta kolejnych lat. Józef Maksymilian Ossoliński zostawił po sobie Ossolineum, które w nieoceniony sposób wpłynęło na przetrwanie i rozwój kultury polskiej. Steve Jobs zostawił po sobie nie tylko najdroższą spółkę świata, ale również unikalne metody zarządzania organizacjami.

Mogę nie być Jobsem ani Ossolińskim, ale jest dla mnie ważne, żeby zostało po mnie coś bardziej istotnego, niż tysiące nieistotnych maili, kilkaset 140 znakowych statusów na Twitterze i bliżej nieoszacowana ilość wyprodukowanego CO2. Dlatego zawsze wybieram robienie tego, co może mieć większe znaczenie nie tylko dla mnie, ale też dla innych. Sam zbyt wiele razy doświadczyłem bezinteresownego wsparcia, żebym miał nie przekazywać go dalej.

5. Marzenia

O marzeniach najtrafniej wypowiedział się Jacek Walkiewicz w swojej przemowie na TEDx, a później powtórzył w książce:

„W psychologii jest takie pojęcie — błysk. To jest moment, kiedy człowiekowi w głowie wszystko się zmienia. Kiedy nagle dociera do niego coś, co było oczywiste od lat, ale teraz nabrało innego wymiaru. I do mnie dotarło, gdy miałem trzydzieści siedem lat, że marzenia są po nic ― są po prostu po to, żeby je zrealizować. Jeżeli ktoś chce wejść na Kilimandżaro, to idzie na Kilimandżaro. Jeśli Ingvar Kamprad chciał zbudować IKEA, to zbudował IKEA. Marzenia są bardzo różne i są tak naprawdę nienegocjowalne. Ani nie podlegają ocenie.”

Od zawsze mam na liście rzeczy, które chcę zrobić. Nie potrafię znaleźć powodu dlaczego tego chcę, ale czuję, że to dla mnie ważne. Część z nich już zrealizowałem: pokonałem długą drogę od nieokrzesanego gościa do atrakcyjnego faceta, zacząłem zarabiać przynajmniej 120 000 rocznie, chociaż jeszcze dziesięć lat temu wydawało mi się to niewyobrażalne, przyczyniłem się od zbudowania wokół siebie ogromnej społeczności, obroniłem doktorat i opublikowałem dwie książki, które okazały się naprawdę pomocne przynajmniej dla części czytelników.

To nie oznacza końca. Przez następne lata chcę napisać scenariusz, powieść i serię powieściową, stworzyć własną markę odzieżową, założyć markę działającą międzynarodowo, kupić sobie dom we Włoszech, zamieszkać na jakiś czas w Ameryce Południowej oraz w bardzo efektywny sposób wpływać na rozwój innych.

Nie mówię, że to mi się uda. Liczę się z możliwością, że wszystko, czego się tknę okaże się porażką, ale wiem, że gdybym nie podjął próby, to dopiero wtedy czułbym się jak przegrany.

*

Te pięć punktów to szkielet moich działań. Niekoniecznie idealny, ale mój własny. Taki, w którym mieści się wszystko, o czym lubią mówić kandydatki na Miss Świata, bo bądź co bądź, dla mnie też liczy się rodzina, przyjaźń, zdrowie i szczęście. Tylko o znaczeniu pieniędzy potrafię mówić głośno.