Każde czasy mają swoją charakterystykę. Miały ją lata przełomu XIX i XX wieku, miał ją okres międzywojenny, a nawet mroki PRLu. Każdy z tych okresów definiowały określone wartości, problemy i przedmioty użytkowe.

Obecnie jest identycznie, pomijając to, że żyjemy w czasach dobrobytu, na który nie zapracowaliśmy oraz możliwości, którym towarzyszy brak odwagi, żeby je wykorzystać.

To czasy związków, które powinny być idealne, ale ich idealność kończy się przed upływem dwóch lat, startupów, które powinny przynieść fortuny przed trzydziestką, zdjęć herbatek odchudzających na instagramie oraz podróży do Indii, żeby przekonać się czy świat wygląda gdzieś inaczej, niż w Sochaczewie. W sklepach mamy do wyboru pięćdziesiąt rodzajów musztardy, dwa regały przypraw i designerskie modele papieru toaletowego. Tylko jakoś sensu życia brak.

I chociaż większość idei składających się na współczesny styl życia ma sens, to podążanie za częścią z nich prowadzi tylko do powierzchownej egzystencji pustej jak wydmuszka, presji i nadmiernych oczekiwań.

Dlatego trzeba jasno powiedzieć, że:

Nie musisz mieć markowych rzeczy, żeby coś osiągnąć (albo być spełnionym)

„Jeśli chcesz pisać to tylko na Macbooku.”
„Nie warto zaczynać biegać, dopóki nie masz w szafie butów za 500 zł.”
„Jeśli zegarek to tylko Michaela Korsa, bo przecież nie chodzi o jakość tylko o metkę.”

Każde z tych zdań można wyrzucić do kosza. Abraham Lincoln napisał Gettysburg Address na zwykłym papierze w losowym domu. Usain Bolt nie zaczynał biegać w najdroższych butach. Hemingway nie miał najbardziej wypasionej maszyny do pisania, bo jej nie potrzebował i wolał używać zwykłego pióra wiecznego (chociaż jestem przekonany, że na każdym kroku spotykał aspirujących twórców mówiących, że im nie wychodzi, bo takiej maszyny nie mają).

Obecnie za mało wierzy się w człowieka, a za bardzo wierzy się w rzeczy. To przedmioty mają rozwinąć twój talent, dać ci prawdziwą miłość i sprawić, że poczujesz zastrzyk endorfin, który cię uszczęśliwi. Problem w tym, że pod rzeczami można się ukryć. Można zamaskować nimi kompleksy, zakryć lęki i bolesne miejsca, założyć jak maskę i grać inną osobę, niż tą, którą zostaje się w swoim M3. Nie da się zrobić z nimi tylko jednego – zbudować tego, co prawdziwe.

Dzieje się tak z jednego prostego powodu – osiągnięcia, poczucie zadowolenia i fajne relacje poprzedzają zawsze porządki zrobione w swojej głowie, a nie kupienie nowego laptopa i wycieczki all inclusive. Jak nie zajmiesz się sobą to żadna ilość logotypów jakimi się otoczysz, tego nie naprawi.

Nie musisz osiągnąć sukcesu przed trzydziestką

Nie musisz też zakładać startupu, pracować w innowacyjnej branży, „rewolucjonizować sposobu w jaki się komunikujesz”, ani dążyć do tego, żeby wszystko, co robisz przychodziło ci łatwo. Właściwie to lepiej jeśli czasem się zmęczysz. Różnica jest taka, jak ze zbieraniem jabłek, które spadły z drzewa i wspinania się po drzewie, żeby je zerwać. Te pierwsze zdobędziesz łatwiej, ale to wspinaczka pomoże ci się rozwinąć.

To tylko media sugerują, że żyjemy w świecie nastoletnich milionerów. Szybko kończy się to jednak tak, jak w przypadku Piotra Kaszubskiego, które media okrzyknęły najmłodszym polskim milionerem, a w ciągu roku był już poszukiwany przez policję. W realnym świecie, najbardziej spektakularne sukcesy przypadają na czwartą i piątą dekadę życia. Wyjątki dotyczą aktorów, sportowców i muzyków. 90% światowej listy najbogatszych nie należy do żadnej z tych grup.

Kiedy słucham studentów zafiksowanych na punkcie pieniędzy jakby byli Wilkiem z Wall Street to zazdroszczę im energii, ale też współczuję, bo jest to prosta droga do tego, żeby ich ewentualny sukces przypominał fajerwerki. Przez kilka sekund zachwycają i błyszczą, a później zostawiają za sobą zapach palonego prochu.

Osobiście uważam, że ważniejsze są sukcesy trwałe i stabilne, a nie szybkie. Szybko to trzeba wypić sok jednodniowy, a nie zdobywać kompetencje i budować karierę.

Nie musisz bzykać się jak „50 twarzach Greya”, żeby mieć fajny związek

Nie dlatego, że seks nie jest świetny, bo jest. Nie dlatego, że nie lubię seksownej bielizny, bo lubię (gdybyście tylko widzieli mnie w koronkach!). Nie dlatego, że przeszkadza mi epatowanie seksualnością w przestrzeni publicznej, bo nie jestem jedną z dziewczyn, które farbują swoje owłosienie w pachach na niebiesko.

Raczej jest tak dlatego, że to wystarczy na pierwszy tydzień, a w wyjątkowych przypadkach na pierwszy miesiąc znajomości, ale jeśli później związek nie będzie napędzany czułością, zrozumieniem, wartościami czy podobnym stylem życia, to zacznie dławić się, jak polonez w gazie.

Bardzo prawdopodobne, że kiedyś atrakcyjność seksualną wymieniłbym na pierwszym miejscu w kategorii: „Wpływ na trwałość relacji”. Teraz wymieniłbym ją tylko na pierwszym miejscu w kategorii: „Wpływ na rozpoczęcie relacji”. W kategorii trwałości zdecydowanie wygrywa chęć dawania drugiej osobie swojego czasu, a związki kończą się tam, gdzie kończy się chęć rozmowy.

I bardzo mi przykro, ale jeśli przestajesz chcieć dzielić się z drugą osobą tym, co ci się przydarzyło, to żadne seksowne pończochy i kajdanki tego nie naprawią.

PS. Zwykle pary, które ze sobą szczerze rozmawiają, mają też lepszy seks. Potwierdzone info.

Nie musisz żyć chwilą

Najczęściej kiedy piszę o tym, że przyszłość ma znaczenie, to znajduje się ktoś, kto pisze: „A gdzie miejsce na życie? Gdzie teraźniejszość? Przecież tu i teraz to jedyny istniejący stan”.

Moja odpowiedź brzmi: „Skoro jutra nie ma, to pójdź do banku, weź kredyt gotówkowy przynajmniej na 100 000 zł, rozpierdol wszystko na Ibizie, a później sprawdź czy komornik też uważa, że przyszłość nie istnieje”.

Największa zaleta życia chwilą polega na tym, że żyje się obecną chwilą. Największa wada życia chwilą polega na tym, że… żyje się obecną chwilą. Spuszcza się wtedy z oka chwile, które mają nadejść i zachowuje się jak kierowca patrzący tylko na maskę swojego samochodu zamiast na drogę. Tylko że w rzeczywistości to miejsce, do którego się zmierza nadaje sens całej drodze. To cel sprawia, że wysiłki są jego warte, a przeżywane chwile są czymś więcej, niż sumą wdechów i wydechów.

Nie musisz mieć idealnego związku z idealną osobą

Możesz mieć związek, który będzie pokrzywiony i porysowany, bo relacja to nie smartfon prosto z salonu. Nie musisz w nim wiedzieć o partnerze wszystkiego. Nie musisz zaspokajać w nim wszystkich swoich potrzeb. Nie musicie do siebie pasować jak dwie połówki jabłka, bo jednak sok jabłkowo-bananowy jest lepszy.

Zamiast tego musicie dawać sobie przestrzeń, mieć po co do siebie wracać i przede wszystkim nie oczekiwać, że druga osoba będzie wizualizacją projektu stworzonego przez was w swojej głowie, kiedy mieliście trzynaście lat.

Nie oszukujmy się – byliście wtedy jak wszystkie trzynastolatki – byliście idiotami. Też byłem.

Nie musisz wierzyć w to, że kiedy nie ma cię online to nie istniejesz

Mam silne wrażenie, że jest jednak całkowicie odwrotnie.

Internet jest wspaniały jako narzędzie do czytania Volantification, oglądania porno i wysyłania maili, ale nie jako substytut życia. Bez względu na to ile przeczytasz wiadomości i ile tyłków modelek z instagrama zobaczysz, to wciąż będzie tylko substytutem. Wygodnym, łatwym i ubogim.

Im dłużej żyję, tym mocniej przekonuję się, że zdanie offline is the new luxury ma głęboki sens. Skype to nie to samo, co rozmowa w kawiarni. Match na tinderze to nie wymiana kontaktu wzrokowego twarzą w twarz. Obejrzenie „Narodzin Wenus” w Google to nie to samo, co pójście do Galerii Uffizi.

Dlatego nie musisz być obsrany, że gdzieś, gdzie ciebie nie ma ucieka ci życie, ani że jak nie nagrasz filmiku (nie oszukujmy się – i tak będzie wyglądał jak nagrywany przez starca z Parkinsonem) to nie zapamiętasz jak się czułeś w czasie koncertu Kasabian. To ci nigdy nie ucieknie.

Nie musisz być wiecznie piękny i młody

Jest w internecie taki obrazek. Dorosły facet gra na konsoli. Podchodzi do niego syn, na oko czteroletni i pyta:
– Tato, kim chcesz być jak dorośniesz?

Mała tragedia w dwóch aktach, bo coraz częściej okazuje się, że formalnie dorośli ludzie, są tak samo zagubieni, jak ich dzieci. Z dumą mówią, że nie dali w sobie zabić wewnętrznego dziecka (i miłości do grania w fifę), ale jeśli nie idzie to w parze z dojrzałością i braniem odpowiedzialności za swoje otoczenie, to jest jak kaloryfer u chudego gościa – nie liczy się.

W dzisiejszym świecie nikt się nie zestarzeje. Umrzemy wysportowani, po liftingu, z farbowanymi włosami i ponaciąganą skórą. Tylko dlatego, że boimy się tego, że czas płynie i nie wykorzystamy tych wszystkich ponętnych szans, które się przed nami piętrzą, ale boimy się po nie sięgnąć i odkładamy je na jutro, na pojutrze, na za rok.

Jeśli tak robisz, to masz rację – powinieneś bać się płynącego czasu, bo to, że on się przesypuje nadaje mu wartość. Dzięki temu chce się przeżyć dwa i pół tysiąca początków tygodnia, a nie tylko dwa i pół tysiąca poniedziałków.

* * *

Każdy z tych siedmiu punktów łączą zdania, pod którymi podpisałby się Marek Aureliusz (albo chociaż Paolo Coelho). Mam tu na myśli takie z nich, jak to, że ważniejsza jest treść, niż pozory, że są rzeczy, dla których warto się spocić, że szybkie efekty niezwykle często okazują się również bardzo nietrwałe, a czyjaś powierzchowność nie gwarantuje zwyczajnej ludzkiej kompatybilności.

Wynika to z tego, że zmieniać może się wszystko dookoła, ale ważne dzisiaj pozostaje to, co było ważne sto lat temu – wytrwałość, zwiększanie poziomu kompetencji, dbanie o role stałe, a nie tymczasowe i zadawanie sobie pytania: “Czego właściwie chcę?” zamiast podejmowania prób złapania wszystkich srok za ogon. Nie zmienia się też to, że kiedy tego nie robisz, to kończysz biegając bez celu w kółko, w rytm zapętlonych hitów Coldplay.

Inaczej mówiąc – lądujesz w piekiełku, w którym w zamian za podążanie szlakiem społecznych trendów i swój wysiłek dostajesz tylko pustkę. Nie dlatego, że dajesz z siebie za mało, ale dlatego, że wybierasz pozory zamiast szczerości wobec siebie. Paradoksem jest to, że tylko skupienie się na tej ostatniej przynosi szczęście.