Jeszcze nie widać żółtych liści, ale w powietrzu czuć już jesień. Pomimo tego, jedna z nich ma na sobie sukienkę, która musi budzić zazdrość w jej korpo. Druga założyła obcisłe dżinsy i gustowny top, na który opadają jej włosy – sądząc po wyglądzie pożyczone z reklamy Taft. Obie powoli zbliżają się do trzydziestki.

Siedzę niedaleko, a one nie ściszają głosu. Nie muszę się więc szczególnie wysilać, żeby słyszeć ich rozmowę przerywaną rytmicznym pochłanianiem sałatki z szynką parmeńską i kozim serem. Rozmowa jest o facetach, o współczesnych związkach i o koleżankach, którym jakimś cudem udało się poznać kogoś normalnego. Im się nie udało – wciąż uważnie lustrują rzeczywistość za barierką ogródka, żeby przekonać się, czy jest tam ktoś warty uwagi. W końcu pada zdanie, które słyszałem tak często, że gdybym za każdym razem, kiedy pada, rósł o centymetr, to już dawno zastąpiłbym Marcina Gortata w NBA.

– Za naszych dziadków było lepiej. Prościej, łatwiej, a teraz? Czemu nagle bycie z kimś stało się takie skomplikowane?

Możliwych przyczyn są dziesiątki. Jednak jedną z najważniejszych jest to, że przez ostatnie pół wieku całkowicie zmienił się model dobierania się w pary.

Związki z osiedlowego sklepu

Pięćdziesiąt lat temu wybór partnera przypominał wyjście po buty do osiedlowego sklepiku mającego problemy z zaopatrzeniem. Sprzedawano w nim tylko jeden model butów w kilkunastu rozmiarach.

Rozmiarami byli dostępni partnerzy i partnerki, którzy pochodzili z bliskiej okolicy i tej samej warstwy społecznej. Modelem była ograniczona tradycją i zdaniem „co ludzie powiedzą?” wizja tego, jak związek powinien wyglądać. Każdy wiedział, kto w małżeństwie ma być pewny siebie i zdecydowany, a kto skromny, potulny i pozbawiony zdania. Wiedziano też kto ma zarabiać pieniądze, kto opiekować się chorym dzieckiem, kto ma bronić rodziny, a kto szorować podłogę, żeby lśniła jak lustro.

Odstępstw nie przewidywano. Sklep nie sprowadzał na życzenie innych „butów”. Jeśli byłaś kobietą, to mogłaś więc sobie chcieć przystojnego, wysokiego bruneta, który będzie realizował swoje przedsiębiorcze ambicje, ale jeśli w „sklepie” był tylko kulejący prostak realizujący się na zakrapianych imprezach, to lądowałaś właśnie z nim – z odpowiednikiem crocsów w palmy, a nie z idealnie wykrojonymi szpilkami od Manolo Blahnika. Wymiana na inny model była niemożliwa – to przecież buty na całe życie!

Helen Fisher, profesor antropologii z Indiana University wyjaśnia, że wbrew internetowym mądrościom o niezwykłym dopasowaniu i pracy nad związkiem, do niedawna niski odsetek rozwodów w kulturze zachodniej wynikał z tego, że ludzie „nie byliby w stanie przetrwać w pojedynkę”. Bardzo często trwali obok siebie, bo byli do tego zmuszeni – przez religię, konwenanse i strach przed życiem oddzielnie. Patrzyli na siebie i mówili – cóż, crocsy nie crocsy, ale przynajmniej nie idę przez życie boso. Pary staruszków, którym robi się zdjęcia w parku podczas karmienia kaczek, należały do rzadkości.

Wybierając w supermarkecie

W przeciągu ostatnich dwóch, trzech dziesięcioleci, to się zmieniło. Już nie musisz wybierać z kosza pełnego butów z wyprzedaży. Dlaczego? Bo osiedlowy sklepik zdążył zamienić się w supermarket, w którym dokonuje się wyboru partnera z nieporównywalnie większej grupy osób, do których masz dostęp w wieżowcach, klubach, restauracjach i na portalach społecznościowych. Jeśli nie lubisz crocsów to nie musisz ich brać – możesz wybrać airmaxy, szpilki, conversy albo cokolwiek innego. Jeśli buty ci się zepsują to możesz je od razu wymienić. Jeśli chcesz konkretnego modelu, to możesz po prostu na niego poczekać. Zamiast podchodzić do relacji z cichą rezygnacją, można ją zbudować jak z klocków – dokładnie taką, jaką się chce.

A pomimo to, jakimś cudem relacje sprzed dziesięcioleci wydają się bardziej udane.

Chociaż od lat wskaźniki statystyczne pokazują, że radzimy sobie lepiej niż kiedyś w niemal wszystkich sferach od zdobywania wykształcenia po zdrowe odżywianie, to wyjątkiem jest jakość związków. W tym przypadku biografie wypełniają się kolejnymi weekendowymi romansami, urwanymi kontaktami i relacjami, które przypominają wychodzenie do pracy, z której nie ma radości, pieniędzy ani perspektyw awansu.

Nic dziwnego, że jeśli powiesz losowej kobiecie w wieku od 20 do 35 lat, że dawniej było lepiej, bo rzeczy się naprawiało zamiast je wyrzucać, ona spojrzy na ciebie tak, jak patrzy się na małe kotki – z chęcią natychmiastowej adopcji. W końcu to czasy, kiedy związki były bez konserwantów i poza nielicznymi wyjątkami na całe życie, a nie do najbliższego kryzysu. Jeszcze niedawno mówiło się o kryzysie trzeciego-czwartego roku. Dzisiaj częściej zdarza się kryzys trzeciej-czwartej randki.

Dlaczego tak się dzieje?

Czy większy wybór i swoboda kształtowania relacji nie powinna działać korzystnie? W teorii tak. W praktyce nie – przynajmniej z pięciu powodów.

# 1
Ludzie nie potrafią wybierać

Wszystkie badania dotyczące procesu decyzyjnego są zgodne – jako ludzie preferujemy posiadanie dużego wyboru, ale nie potrafimy z niego korzystać. Mój ulubiony przykład dotyczy niezwykle korzystnych planów emerytalnych 401(k) oferowanych w Stanach Zjednoczonych przez pracodawców. Kiedy pracownikom przedstawiano dwie opcje do wyboru, to do planów emerytalnych przystępowało 75% załogi. Jednak im więcej funduszy mieli do wyboru, tym liczba przystępujących drastycznie topniała. Opłaciłoby im się wybrać pierwszy z brzegu plan, a pomimo to niemal połowa z nich nie wybierała żadnego.

Posiadanie dużej ilości możliwości paraliżuje. Przeciętna osoba czuje się przez nie przytłoczona. Nie wie, co jest dla niej najlepsze. Tworzy listy argumentów albo stwierdza, że podejmie decyzję innym razem. W końcu albo w ogóle jej nie podejmuje albo podejmuje decyzję prowizoryczną, przypadkową – taką, którą przecież jeszcze będzie mieć czas zmienić.

To perfekcyjnie tłumaczy dlaczego tak wiele osób mogąc mieć świetny związek wraca do pustego mieszkania, w którym czeka na nich tylko kot, któremu trzeba dać żreć. Albo jeszcze częściej – grzęznąć w przygnębiająco nudnych relacjach, w których nie da się oprzeć wrażeniu, że obie strony traktują go jak przystanek, z którego odbierze ich ta właściwa osoba.

Zła wiadomość jest taka, że zwykle ona też na to czeka, ale na zupełnie innym przystanku.

#2
Od towarów z supermarketu oczekuje się więcej

Z dużą ilością możliwości wyboru jest powiązane jeszcze jedno zjawisko – szybowanie oczekiwań.

Jedną z rzeczy, które się myśli patrząc na obrazy piękności z XVI, XVII czy XVIII wieku to: „Boże! Jakie one były brzydkie!”. Wśród przyczyn podaje się najczęściej zmieniające się kanony piękna. To prawda, ale tylko częściowa. Tamte osoby były piękne, ale w realiach ówczesnych osiedlowych sklepików. Będąc w nich, były najbardziej atrakcyjne. Jednak można śmiało założyć, że w grupie 100 osób najatrakcyjniejsza osoba wygląda znacznie przeciętniej, niż osoba wybrana spośród czterdziestu milionów, prawda?

W ten sposób działają aplikacje randkowe, konta na instagramie i śledzenie życia celebrytów – sprawiają, że standard staje się coraz bardziej wyśrubowany. Widząc świetnie wyglądające aktorki porno bez żadnych zahamowań, oczekuje się tego samego. Patrząc na samych trenerów personalnych, zaczyna się oczekiwać, że nawet przeciętny facet nigdy nie będzie miał brzuszka.

Co zabawne, te oczekiwania w kulturze nastawionej na aspekty wizualne, zdjęcia i wideo najczęściej dotyczą powierzchowności. Dopiero później dochodzi się do wniosków, które sformułowała niezapomniana Maria Czubaszek: „Prawdziwa tragedia to przystojny facet, ale durny i bez poczucia humoru.”

#3
Tam gdzie decyzję da się zmienić, tam nie ma ona znaczenia

Który egzamin uznasz za ważniejszy – ten, z którego ocena jest ostateczna, czy ten, który można poprawiać w nieskończoność? Pewnie pierwszy. Niestety współczesne związki znajdują się w drugiej grupie.

Skoro zawsze można poznać kogoś innego, to nie trzeba sobie zawracać głowy takimi banałami jak: docieraniem się, dbaniem o cudze uczucia, dotrzymywaniem słowa i poznawaniem się. Bo po co, skoro to być może znajomość tylko na chwilę? Na trzy randki? W porywach na pół roku?

Nie warto pracować nad usunięciem swoich wad, bo po co, skoro następnej osobie może nie będą one przeszkadzać?

Nie trzeba nawet dotrzymywać słowa, przychodzić na randki, podtrzymywać kontaktu i dbać o jakość ewentualnych rozstań. Dlaczego? Bo statystycznie to nie ma żadnego znaczenia. Jeśli ma się trzy osoby do wyboru, to niszcząc jeden kontakt traci się 33% szans na udany związek. Mając tysiąc opcji, nie traci się niemal nic. Tylko czy to na pewno prawda?

#4
Zmienił się model zalotów

Dawniej układ był prosty – mężczyźni rywalizowali o kobiety. W randkowym supermarkecie mniej atrakcyjni rywalizują o cieszących się większym wzięciem, przy czym ich płeć nie ma żadnego znaczenia. Przystojny, zaradny facet ma tyle samo adoratorek, co dziewczyna o gładkiej skórze i idealnej figurze.

To zjawisko ma doniosłe konsekwencje. Kiedy taka kobieta poznaje przystojniaka w typie Jamesa Bonda to oczekuje, że w tym momencie on zacznie ją uwodzić, zdobywać, podtrzymywać kontakt i robić wszystkie drobne, czułe gesty, które łącznie znaczą: „Jesteś dla mnie ważna”. Tak byłoby prawdopodobnie pięćdziesiąt, sto i trzysta lat temu. Co on zrobi w 2017 roku? Prawdopodobnie nic, bo atrakcyjni mężczyźni już się w taką grę nie bawią. Nie muszą.

Kiedyś potrafili się żenić dla seksu. Teraz dla seksu mogą co najwyżej zapłacić za kolację, a i to niechętnie – lepiej zrzucić się pół na pół. Dlaczego? Bo wiedzą, że jeśli ta dziewczyna się nie zgodzi, to kolejna to zrobi i jeszcze będzie myślała, że to początek wspaniałego romansu. Statystycznie częściej jest to odgrywanie ulubionej sceny z pornosa.

A to z kolei prowadzi do tego, że funkcjonując w światach, w których jesteśmy w centrum, stale mijamy się z osobami na naszym poziomie. Jesteśmy oddzielnymi galaktykami, które niemal nigdy nie wchodzą na kurs kolizyjny.

#5
Nie ma już jednego modelu relacji

I dotyka to głównie kobiety.

Współczesna Monika, Klaudia i Karolina, wciąż wierzy w to, że jej rolą jest czekać, bo w końcu wartościowy facet ją doceni i będzie wysyłał jej kwiaty zamiast zdjęć fiuta. Że będzie ją adorował i doceniał. Że jak facet się z nią spotyka, to znaczy to, że widzi ją w swojej przyszłości. Że „na zawsze” nie stało się tylko bezmyślnie powtarzanym powiedzeniem. Oraz przede wszystkim – że będzie przynajmniej tak szarmancki, elegancki, zaradny i odpowiedzialny jak każdy facet pół wieku temu, a nie jak jakiś czterdziestoletni szczyl w powyciąganym t-shircie, który mówi tylko słowo „kiedyś” – kiedyś zwiedzę świat, kiedyś rozwinę coś swojego, kiedyś będę chciał dzieci, kiedyś odetnę mentalną pępowinę, która łączy mnie z matką.

Problem w tym, że teraz każdy inaczej wyobraża sobie związek, a powstająca para musi sobie zadać pytania, na które odpowiedzi w czasach ich dziadków były oczywiste. Obecnie nie są.

Czy chcesz mieć dzieci? Jak dzielimy domowe obowiązki? Kto będzie opiekował się ewentualnym dzieckiem? W jakim kraju będziemy mieszkać? Kiedy chcesz się ustatkować? Czy zdrada to dla ciebie seks czy czułość? Jak bardzo otwarty będziemy mieć związek?

Prowadzi to do tego, że nawet osoby, których charaktery są zgodne, mogą ze sobą nie być, bo ich plany nie są kompatybilne. Bo ona oczekuje więcej spontaniczności. Bo on chce z nią być, ale dopiero za dziesięć lat, bo jeszcze nie rozwinął firmy i nie zwiedził świata.

Wnioski?

Wnioski są proste – od dobrobytu w dupach się nam poprzewracało. Może nie tobie. Może akurat ty czytasz ten tekst i myślisz: „WTF?!”. Ale i tak poprzewracało się nam w dupach jako pokoleniu. Zamiast czerpać korzyści z większego wyboru i braku ostracyzmu społecznego (a przynajmniej tak silnego), unikamy decyzji, mijamy się, traktujemy się bezdusznie jak postaci z „Simsów”, których losem sterujemy za pomocą kliknięć. W efekcie toniemy w chwilowych znajomościach, które nawet jeśli są wspaniałe to pozostawiają nas z uczuciem niedosytu, bo nigdy nie są tak nieskazitelne jak na zdjęciach z retuszem i podkręconym kontrastem.

Tylko, że to nie oznacza, że kiedyś było lepiej, a idea supermarketu jest zła. Złe jest tylko to, jak się w nim zachowujemy. Nie zmienia to tego, że wciąż są to czasy, w których – być moze po raz pierwszy w historii – można zbudować taki związek jaki się chce. Pod jednym warunkiem – nie znajdzie się go na ulicy. To zawsze ręczna robota, która wymaga traktowania drugiej osoby jak… osoby, a nie kolejnej bezimiennej kolumny w Excelu.