Jeśli czyjeś relacje przypominają teren po przejściu orkanu Grzegorz, to zazwyczaj sam ponosi za to winę. Nie umie okazywać uczuć, nie docenia tego, co ma albo swoje życiowe priorytety ustala w taki sposób, że dawanie czasu swojemu partnerowi/partnerce znajduje się na 77 pozycji.

Nie jest to reguła. Są też osoby, które robią to, co powinny, a którym w związkach wciąż nie wychodzi. Takim przypadkiem jest moja koleżanka Karolina, która ma słabość do dwóch rzeczy: czerwonych szminek i nieodpowiednich facetów. Kolor szminki na jej ustach widać od razu. To, że spotyka się z mężczyznami niegotowymi, samolubnymi lub niedojrzałymi odkrywa się dopiero po jakimś czasie i zazwyczaj jest się w szoku. Dlaczego? Bo w fajnej relacji liczą się dwa elementy.

Element 1: Wygląd

Wbrew wszelkim twierdzeniom, że liczy się wewnętrzne piękno, nikt jeszcze nie pogratulował mi atrakcyjnie wyglądającej wątroby. Aspekty biologiczne i wizualne, oprócz wielu innych funkcji, są sitem, które pozwala na dzielenie ludzi na interesujących i nieinteresujących. Na seksownych i nudnych. Na mających „to coś” i na mających „to coś, ale jak przyjaciel”. Według badań, to sama biologia – aspekty wizualne, zapach, dotyk i głos – potrafią doprowadzić do obsesji. Szczególnie widać to u mężczyzn (kobiety akurat częściej patrzą na całokształt), którzy uganiają się za parą zgrabnych nóg, dużych piersi albo krągłych pośladków i przymykają oczy na wszelkie wady. To dlatego kobiety tak często próbują tworzyć i naprawiać związki za pomocą pociągającej bielizny i opiętych sukienek. Zapominają przy tym, że wygląd jest sitem, ale dopiero pierwszym, wstępnym i wcale nie najważniejszym. Najważniejszy jest…

Element 2: Sposób w jaki traktuje się innych

Bycie z kimś to coś więcej, niż powtarzanie jak bardzo się go kocha. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby było inaczej to pijak przesiadujący w barze i opowiadający nad kieliszkiem, jak bardzo kocha swoją żonę byłby wyśmienitym partnerem. Tak to jednak nie działa. Zakochanie to biologia. Miłość to decyzja jak się chce traktować drugą osobę. To na przykład zobowiązanie do tego, żeby zamiast siedzieć nad kieliszkiem, wspierać drugą osobę w jej zamierzeniach. Albo zobowiązanie do zostawiania drugiej osobie przestrzeni nawet jeśli będzie to dla ciebie niewygodne. To także chęć parzenia herbaty, przytulania po ciężkim dniu i nie tracenia zainteresowania czyimś życiem. Na koniec, to deklaracja: „Życzę ci szczęścia, chociaż nie będę jego częścią”. Niewiele osób potrafi się na to zdobyć, bo wymaga to dużej świadomości i zepchnięcia swojej zaborczości, zazdrości i kompleksów w kąt. Jednak tylko wtedy zyskuje się miejsce dla poczucia bezpieczeństwa, normalności i życia wypełnionego raczej seksem na podłodze nowego mieszkania, niż niedopowiedzeniami i oczekiwaniami.

Tak się składa, że moja Karolina ładnie wpisuje się w oba punkty i właśnie dlatego tak ludzi szokuje, kiedy dostrzegają, że jej związki wyglądają jak komedie romantyczne wymyślone przez scenarzystę, który w dzieciństwie zbyt wiele razy upadł na głowę. W rzeczywistości Karolina zapomina o jednym – o kompatybilności.

Kompatybilność

Według słownika języka polskiego „kompatybilny” oznacza: „Mogący współgrać z innym czynnikiem, elementem, nie powodując zakłóceń; wzajemnie się uzupełniający; zgodny z czymś”.

Kompatybilny jest więc burger i frytki, bo świetnie się uzupełniają.

Kompatybilna jest para, w której kiedy kobieta ma okres, jej facet przynosi jej czekoladę albo taka, w której kobieta rozumie, że mecz to dla jej egzemplarza faceta rzecz święta.

Kompatybilny jest też magnes i opiłki żelaza. Magnes wytwarza pole magnetyczne. Opiłki żelaza dzięki domenom magnetycznym reagują na to pole magnetyczne. Oczywiście nie oznacza to, że to działa w każdym przypadku. Chociaż magnes wytwarza pole magnetyczne zawsze, to nie zadziała on np. na wióry drewna, opiłki miedzi czy fragmenty złota, bo są one pozbawione domen magnetycznych. Inaczej mówiąc, nie są kompatybilne.

To samo dotyczy ludzi. Mając cechy, które powinny zaowocować fajnym związkiem stajesz się magnesem. Tylko, że ten magnes będzie bezużyteczny jeśli będziesz próbować wpływać na odpowiedniki wiórów i kawałków miedzi. Nie wszyscy przyjmą z wdzięcznością twoje serce wręczane na srebrnej tacy. Są tacy, którzy nie będą wiedzieli co z nim zrobić. Inni będą musieli do tego dorosnąć. Inni nie dorosną do tego nigdy. Ludzie zwyczajnie działają według różnych skryptów.

Wbrew pozorom nie ma w tym nic złego. To nie jest powód do wieszania psów na złym świecie. Ludzie są różni i jest to twój problem na takim samym poziomie jak to, że niektórzy uważają, że disco-polo to fajna i godna polecenia muzyka albo, że gdzieś w obskurnym bloku jakiś konkubent rzuca talerzem w swoją nadużywającą alkoholu kochankę. To ma znaczenie, ale głównie wtedy, jeśli uczynisz tych ludzi częścią swojego życia – tego małego ekosystemu składającego się z twoich najczęstszych zajęć i najbliższych osób, i od którego zależy to, jak witasz kolejne poranki.

Jedną z rzeczy, które przychodzą z dojrzałością, jest świadomość, że masz wpływ na swoje zachowania, a nie na cudze. Możesz decydować, co chcesz dawać z siebie w związku, ale to, co dostaniesz jest już poza twoją kontrolą. Jedyna prawdziwa decyzja jaką możesz podjąć to ta, kogo chcesz mieć blisko siebie. Dlatego bądź odpowiednią osobą, ale też pamiętaj o tym, żeby nie dawać nieskończonych szans komuś, kto „mógłby być ideałem”, „jeszcze się zmieni” albo który „przecież się stara”, ale póki co, to ty w tym związku dajesz więcej.

Zamiast z tym walczyć lepiej poznawać jak najwięcej osób, ale do swojego ekosystemu wpuszczać tylko te, które mają podobne wartości, zasady i potrzeby. Ocena tej kompatybilności powinna być pierwszym krokiem jaki wykonuje się wchodząc w relację. Tymczasem większość osób tego nie robi. Zapatrzeni w najpiękniejszy uśmiech na świecie, milion zielonych w banku czy urocze dołeczki w pośladkach usiłują zmusić drewno do zachowywania się jak metal. Na końcu takich relacji dostaje się tylko rachunek pełen strat: straconych lat, straconej energii i straconej wiary w świat pełny rzeczy i ludzi, dla których warto wstawać dwie godziny wcześniej.

To jak zamawianie burgera z octem zamiast z frytkami. Niby można to przełknąć, ale jak mówi pewien mem: „A komu to potrzebne?”.

Chyba jednak lepiej poczekać na frytki.