Michał, uwielbiam Twojego bloga, ale może kiedyś napiszesz coś dla kobiet po trzydziestce? W święta po roku intensywnej znajomości, usłyszałam że to jednak nie to. Na pocieszenie przeczytałam kolejny raz Twój wpis „Jak masz mieć byle jakie oparcie, to lepiej oprzyj się o ścianę”. To wszystko prawda, ale wiesz, co najbardziej boli? Słuchanie jak ludzie dookoła mówią: „Pamiętaj, jesteś po trzydziestce. Trzydziestki się bzyka, robi się im nadzieje, a bierze się ślub z dwudziestkami.”

To jedna z tych wiadomości, z których wieje takim defetyzmem, że muszę na nią odpowiedzieć.

*   *   *

Ze swojego dzieciństwa pamiętam gumy z Kaczorem Donaldem, pozdzierane kolana i zapach powietrza u swoich dziadków, którego nie czułem już w żadnym innym miejscu. Pamiętam też swoje reakcje na informacje, że jakiś kuzyn miał trzydzieści lat. Wydawał mi się tak dorosły, że z pewnością każdy powinien mówić do niego: „Dzień dobry” i „Proszę pana”. Sądziłem, że w tym wieku ma się wszystko tak poukładane, jakby było się Niemcem z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi. Generalnie, kojarzyłem ten wiek z granicą, po której jest najpierw życiowa stabilizacja, a następnie stabilizowanie kolan, bioder i licytowanie się, kto jest bardziej chory.

Dzisiaj patrzę sobie na zdjęcie Taylor Swift, na którym ma usta pociągnięte czerwoną szminką, myślę o tym, że za dwa lata będzie trzydziestolatką i stwierdzam: „Łał! Taka młodziutka!”. Albo Emma Stone – jedna z moich ulubionych aktorek, która zdmuchnie 30 świeczek na swoim torcie 6 listopada, a przed sobą ma jeszcze wszystko – i śluby, i dzieci, i Oscary, bo ten jeden za „La La Land” to z pewnością nie koniec. Z kolei Monica Bellucci, symbol tragicznego piękna z „Maleny”, urodziła pierwsze dziecko dopiero w wieku 39 lat i nikogo to nie dziwi.

Prawda jest taka, że zegar biologiczny jak tykał, tak wciąż tyka, ale „złoty okres w życiu” zdecydowanie się przesunął. Czy będąc po trzydziestce można więc poznać kogoś fajnego? Jasne, że tak. Pod kilkoma warunkami.

#1 Nie będziesz jak Monica Bellucci umawiając się z pięcioma facetami rocznie

Ten dialog odbyłem już tyle razy, że gdybym za każdy dostawał kawałek pizzy, to mógłbym już zostać profesjonalnym zawodnikiem sumo.

– Uważam, że jestem fajną dziewczyną, ale z jakiegoś powodu jestem sama.
– A ilu facetów poznałaś w tym tygodniu?
– Żadnego, ale to tylko dlatego, że dużo pracuję…
– A w miesiącu?
– Przestań! Czy to naprawdę takie ważne?

Prawdę mówiąc nie ma nic ważniejszego. Jakiś czas temu rozmawiałem z kumplem o naszym wspólnym znajomym, który od kilku miesięcy jest w związku. Ten znajomy jest jednym z fajniejszych ludzi jakich znam, a lista jego zalet zaczyna się na 187 cm wzrostu, przechodzi przez świetną pracę, niezły wygląd i szereg pasji. Dziewczyny szukał randkując z kobietami z Tindera. Jak myślisz, z iloma z nich musiał umówić się fajny facet, żeby znaleźć dziewczynę, która odpowiada mu pod względem atrakcyjności, z którą ma o czym rozmawiać, a przy okazji, ona jest nim równie zainteresowana, co on nią?

Z pięcioma? Dziesięcioma? Może piętnastoma?

Kogokolwiek można znaleźć szybko, ale w przypadku posiadania wyższych standardów, właściwa liczba to… Siedemdziesiąt! Jeśli więc chodzisz na randki z pięcioma facetami rocznie, to nie zdziw się, jeśli wejdziesz w związek za… 14 lat.

Wydaje się, że to dużo, ale nie ma w tym nic dziwnego. To raczej my, kierując się historiami z kinowego ekranu, nie doceniamy ilości prób, jakie trzeba podjąć, żeby osiągnąć pożądany efekt. Jakby tego było mało, to kiedy tego efektu nie ma, to zamiast stwierdzić: „Ok, takie jest życie, zostało mi jeszcze 47 prób” kobiety zaczynają się obwiniać i płakać do pudełek z karmelowymi lodami.

Wiem, że pójście na kilkadziesiąt randek brzmi trudno, zwłaszcza kiedy już się nie studiuje i życie towarzyskie bez przerwy trzeba stymulować. Tylko umówmy się – nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. W życiu albo ma się dobrze i interesująco, ale trudno albo łatwo i byle jak. Ty wybierasz.

#2 Warto znaleźć złoty środek między pośpiechem, a brakiem zdecydowania

Z poznawaniem się jest jak z nasionami. Z jednej strony trzeba dać im czas wyrosnąć, a z drugiej, wyrzucić kiedy okaże się, że zamiast pięknego kwiatka wyhodowało się dorodny chwast.

Problem w tym, że część kobiet po trzydziestce wpada w panikę, która sprawia, że:

1) Wymagają od nasionka, żeby od razu wyrosło

W jaki sposób? Na przykład publikują opisy w stylu: „Jeśli nie jesteś zainteresowany stałym związkiem, to do mnie nie pisz!” albo oznajmiają na pierwszej randce: „Szukam czegoś poważnego”.

Nie zrozum mnie źle. To super, że wiesz, że nie zależy ci na jednorazowym seksie po pijaku w obskurnym mieszkaniu. Rozumiem też, że w ten sposób chcesz od razu odsiać facetów zainteresowanych wyłącznie seksem. Problem w tym, że w ten sposób wydajesz się nastawiona zbyt ofensywnie, przez co zniechęcasz normalnych mężczyzn. Poznawanie się wymaga… poznania się, a nie określania swojego zainteresowania już na samym starcie.

2) Widzą w doniczce chwast, ale i tak mówią: „Cóż, może przynajmniej ładnie zakwitnie”

To druga skrajność płynąca z podejścia: „Nie chcę marnować więcej czasu”. Takie kobiety są w związkach, które ewidentnie nie działają, ale mówią sobie, że poświęciły na nie tyyyyle czasu i szkoda to kończyć. Zwłaszcza, że może to był już ostatni pociąg, więc jak się z niego wysiądzie, to będzie się siedzieć na dworcu razem z menelami.

Jeśli tak myślisz, to mogę cię zapewnić, że w końcu i tak nadejdzie dzień, w którym pomyślisz: „Gdybym pięć lat temu tak głupio nie myślała, dziś byłabym w zupełnie innym miejscu”. Prawda jest taka, że decydując się na zmiany, zawsze jesteśmy w gorszym położeniu, niż byliśmy wczoraj, ale też zawsze jesteśmy w lepszym położeniu, niż będziemy jutro, za rok albo za dziesięć lat. Bez względu na to ile czasu zmarnowaliśmy, to każdego dnia budzimy się mając przed sobą całą swoją przyszłość.

Podsumowując, nie bój się dawać innym szans, ale kiedy przychodzi ci do głowy myśl, że zamiast kwiatka dorobiłaś się kłującego chwastu, to pozbądź się go jak najszybciej.

#3 Ciężko będzie ci z kimś być, jeśli w swoim wieku będziesz doszukiwać się samych wad

Jest takie zabawne zdanie tłumaczące kobiecą zazdrość: „Ty się starzejesz, a jakaś dwudziestolatka wciąż ma dwadzieścia lat”. Cóż, dwudziestolatki zawsze będą istnieć. Będą miały młodsze ciała, jędrniejsze piersi i bardziej sprężyste pośladki.

Dobra wiadomość jest taka, że z wiekiem może traci się kolagen, ale przy odrobinie autorefleksji wyciąga się słodkie wnioski z gorzkich doświadczeń i zyskuje się cechy, które są potwornie ważne. Dziesięć z nich wymieniłem już trzy lata temu, a cały tekst przeczytało tak dużo osób, że po 24 godzinach wypowiedziano mi hosting.

Seksuolodzy wiedzą, że mężczyźni nie są tylko z jędrnym ciałem, ale też z jędrnym mózgiem. Powszechne jest przekonanie, że mężczyźni zdradzają partnerki z kobietami, które są od nich bardziej atrakcyjne fizycznie. To się oczywiście zdarza, ale znacznie częściej zdradzają je z kobietami ciepłymi, świadomymi swoich potrzeb, rozwiniętymi intelektualnie, otwartymi seksualnie.

To nie jest więc tak, że śluby bierze się z dwudziestolatkami. Śluby bierze się z kobietami, którym chce się oddawać czas, a nie tylko go poświęcać. Albo z tymi, z którymi można wspólnie czytać Houellebecqa i oglądać ciepłe włoskie filmy. Albo z takimi, z którymi życie jest taką samą frajdą jak przejażdżka na diabelskim młynie i wżeranie waty cukrowej. Albo z tymi, które zachowują się jak milion dolców, a są warte jeszcze więcej. A to czy mają 20, 40 czy 60 lat, nie jest już takie ważne, bo wiek jest ważny jak chcesz w gimnazjum kupić zgrzewkę browarów. W miłości liczy się dużo więcej.

Dlatego przede wszystkim bądź mądrą kobietą i podejmuj kolejne próby. Wtedy jeszcze będzie pięknie, a jak już będzie, to napisz do mnie dwa słowa:

„Miałeś rację”.