Kilka miesięcy temu napisał do mnie czytelnik. Nie pamiętam czy chodziło mu o trzymanie diety, pracę nad sobą, budowę firmy czy ogólnie o ogarnięcie swojej kuwety. Wiem za to, o co mnie pytał – chciał wiedzieć co zrobić, żeby dążenie do tych celów nie było takie trudne? Jak pracować, żeby nie musieć wydzierać marnych okruchów satysfakcji w chwilach, kiedy inni wydają się tak dobrze bawić? Co zrobić, żeby nie czuć strachu, który wiąże się z zaczynaniem tego, co nowe?

Generalnie pytał o to, jak iść do przodu czując się jak nabuzowany energią heros, skrzyżowany z chińskim dzieckiem, które zrobi wszystko o czym pomyślisz, pięć razy szybciej i trzy razy taniej.

Cóż, znam dużo osób, które chciałyby to wiedzieć.

Tymczasem statystyczny człowiek co najwyżej wie, które elementy w jego życiu fałszują, wie jak je naprawić, ale tego nie robi, bo okazuje się to cholernie ciężkie. Nie na poziomie logicznym czy fizycznym, ale na poziomie emocji – tych wszystkich wątpliwości, ryzyka, niepewności co do tego, czy za zakrętem, w który się wchodzi, naprawdę jest lepszy świat. W zderzeniu chęci zmiany i status quo, zwykle wygrywa to ostatnie.

Tak dzieje się u kobiet, które wiedzą, że ich związek nie ma sensu, ale wbrew wszelkiej logice dają się po raz pięćdziesiąty przekonać, że: „Tym razem będzie inaczej”. Nie dlatego, że uważają, że to dobra decyzja, ale dlatego, że łatwiej jest mieć przez chwilę nadzieję, niż przez jakiś czas płakać w poduszkę i jeść posiłki tylko w towarzystwie kota.

W tej samej grupie są goście, którzy tkwią w tej samej firmie i na tym samym stanowisku, chociaż mieli poszukać czegoś lepszego „w przyszłym miesiącu”… który był pięć długich i wypełnionych narzekaniem lat temu.

Na koniec, jest cała masa ludzi, którzy opowiadają o swoich planach, ekscytują się posiadanymi możliwościami, ale zamiast przejść z trybu planowania na tryb działania, tylko symulują produktywność. Chodzą na ciągłe szkolenia, tworzą idealne sekwencje kroków do zrobienia i ściągają dziesiątki pomocnych aplikacji, ale nie robią nic, co prowadziłoby do urzeczywistnienia ich wizji.

Dzieje się tak, bo w dzisiejszych czasach (chociaż nie wykluczam, że dawniej też tak było) funkcjonuje się wśród wielu powszechnych kłamstw i półprawd.

  • Nigdy nie jest za późno, żeby zmienić swoje życie”. (Jestem zaledwie po trzydziestce, ale zawodowym pianistą już nie zostanę. Mało tego – szacuje się, że do 35 roku życia doświadczymy 80% przełomowych doświadczeń, więc jeśli zmarnujesz swoją młodość, to statystyka przestaje być twoim sprzymierzeńcem)
  • „Kiedy ludziom zależy, to zrobią dla siebie wszystko”. (Uczucia są jak guma – rozciągają się i umożliwiają poświęcanie się, ale mają swoją granicę, po której przekroczeniu pękają. W tym momencie nie przestaje ludziom zależeć, ale nie widzą już sensu w dalszych staraniach)
  • Liczy się tylko tu i teraz”. (Tak? To nabierz chwilówek, wyjedź na tydzień na Ibizę i sprawdź czy „jutro” w postaci osiłków z firmy windykacyjnej cię nie dosięgnie)
  • „Miej wyjebane, a będzie ci dane”. (Albo i nie. Przecież to zwykłe farmazony)

Na powyższej liście powinna być też wiara w to, że dążenie do dużych osiągnięć to bułka z masłem, wycieczka na lody i wczasy all inclusive w jednym. Że będzie to proces łatwy i szybki. Że może ludziom, o których czyta się w encyklopedii zajęło to lata, ale ty zrobisz to na pstryknięcie palcami.

Fakty w tym temacie są dwa:

Fakt 1. Życie zawsze będzie w jakichś aspektach trudne

Znasz Księgę Rekordów Guinessa? Pewnie tak. Jest wydawana od 1955 roku, a przez ponad sześćdziesiąt lat istnienia jej twórcy zebrali ogromną listę rekordów fascynujących, niesamowitych i dziwacznych. Odnotowano w niej największą ilość skarpetek powieszonych na sznurze, najdroższą pizzę świata, ludzi rozbijających sobie na głowie orzechy albo wyginających metalowe pręty, a nawet… najdłuższy skok świnki morskiej.

Za to nie odnotowano w niej ani jednej osoby, której życie jest przepełnione nieustającym szczęściem. Przeciwnie – to zawsze mieszanka chwil, w których jest się na górze sinusoidy i tych, w których jest się na jej najmroczniejszym końcu. Szczególnie mocno dotyczy to młodości. Nie znam przypadków, w których ktoś wchodzi w dorosłe życie i od razu wie, czego chce, ma świetny związek, zarabia więcej niż potrzebuje, spełnia się w swojej pracy i ma tak świetny lifestyle, że jeszcze przed zjedzeniem ultrazdrowego śniadania, przebiega 10 kilometrów, czyta Hemingwaya, wykonuje najważniejsze zadanie dnia i jeszcze robi zakupy sąsiadce, która pamięta Powstanie Warszawskie.

Do tego się dochodzi i nie jest to łatwa droga, bo jakimś cudem zawsze łatwiej jest tyć, niż wyrabiać formę, szybciej traci się zaufanie niż je buduje i prościej wydawać pieniądze, niż je oszczędzać, inwestować, akumulować.

Łączy się te elementy jak źle podocinane puzzle, żeby po latach wysiłków i wyrzeczeń stworzyć obrazek, na którym jest coś innego, niż krzywo narysowany kutas. Da się ten proces nieco przyspieszyć i ułatwić, ale nie da się wyeliminować wysiłku.

Fakt 2. Unikając bólu nie sprawiasz, że on znika

(Co najwyżej pozwalasz mu urosnąć i dopaść cię w przyszłości)

Z większością problemów jest jak ze spacerowaniem w butach, do których powpadały raniące kamyki. Tymi kamykami są wypalone związki, których nie ma się odwagi zakończyć, praca bez perspektyw, brak poczucia celu, chwile, w których zaciska się zęby, ludzie, z którymi rozmowa przypomina radzenie sobie z wylewającym się szambem. Są to zadania które wymagają działania i same z siebie nie rozpłyną się w powietrzu.

Możesz siąść, wysypać część kamieni, a te, które powbijały ci się w stopy, wyjąć tak szybko jak możesz, nawet jeśli to będzie boleć.

Możesz też tego nie robić, a zamiast tego posmarować bolące miejsca maścią i zakleić je plastrami z Myszką Miki.

Dokładnie to robią ludzie, którzy za wszelką cenę unikają trudności. Nie rozwiązują problemów, ale je sobie uprzyjemniają. Strzelają selfiki w piątkowe wieczory, a w sobotnie wieczory leczą kaca. Wylewają z siebie żółć. Odreagowują złe emocje na zakupach albo gnojąc innych. Na chwilę zyskują władzę i zapominają, że ich boli.

Zła wiadomość jest jednak taka, że to działa na chwilę, a przyklepane problemy nie znikają. Przeciwnie, zaniedbania mszczą się na nas w przyszłości. Ci sami ludzie, którzy tak bardzo chcieli zapomnieć o bólu, następnego dnia znów zakładają buty, w których znajdują się te same ostre, raniące kamienie. Zderzają się z tym samym brakiem szacunku, miałkością, brakiem sensu i toksynami. Każdego wieczoru muszą naklejać na stopy coraz więcej plastrów, a w końcu zamieniają się w jedną wielką, otwartą ranę.

Wtedy do nich dociera, że zamiast pozbywać się źródła bólu, tylko rozkładali go na raty, zapominając o tym, że raty spłaca się z odsetkami, którymi jest życie pozbawione nie tylko braku wysiłku, ale też braku satysfakcji, spełnienia i szacunku do samego siebie.

I ja świetnie rozumiem, że idealnie byłoby dostawać poczucie sensu, świetne relacje, sześciopaki na brzuchu i dobrze prosperujące biznesy w pudłach przewiązanych czerwoną wstążką. Tylko że żyjemy w świecie, w którym tak nie jest.

Dlatego w tych warunkach chciałbym powiedzieć wam jedną prostą rzecz: Nie bójcie się doświadczać trudnych i bolesnych emocji, bo i tak wrócą do was jak bumerang. Zamiast tego dbajcie o to, żeby to, do czego dążycie, było warte każdego wysiłku.

A dążąc do tego, możecie naklejać na stopy plastry z Myszką Miki, ale przede wszystkim wysypujcie z butów kamyki, bo co jak co, ale same z nich nie wypadną.