O rzucaniu monetą i osiąganiu celów

O rzucaniu monetą i osiąganiu celów

To mogłoby być ćwiczenie na docenianie tego co się ma, ale nim nie jest. Po prostu siedzę, a w mojej głowie pojawiają się myśli o ogromnym farcie, który mam, żyjąc w tym miejsce i czasie.

Obok siebie mam kawę z Kostaryki zaparzoną w zgrabnej filiżance, a przed sobą jasno świecący monitor laptopa, z którego płynie muzyka otaczająca mnie miękkością. Przez mój świat nie przetaczają się śmiercionośne epidemie ani nie muszę stawać do walki o cudze idee. Najważniejsze jest jednak to, że mogę się bezproblemowo kształcić jak chcę i w jakim kierunku chcę. Przez pokolenia jedyne co można było robić, to słuchać rad gościa, który miał opinię podróżnika, bo raz pojechał do sąsiedniego powiatu albo opierać się na porzekadłach, których „mądrość” często wynika z błędów poznawczych i braku umiejętności wnioskowania.

Dzisiaj mamy bezproblemowy dostęp do doświadczeń innych, przenikliwych analiz i wskazówek mentorów, dzięki czemu nie trzeba iść przed siebie po omacku. W końcu wiadomo już – przynajmniej w zarysie – co warto robić długoterminowo (podpowiem, że ćpania heroiny i oglądania polskich stand-up’ów nie ma na tej liście).

I biorąc to wszystko pod uwagę, nic nie irytuje mnie bardziej, niż widok ludzi którzy przy temacie zmian, zawsze wyciągają z rękawa uwagę o treści:
– Wszystko pięknie, ale co jeśli to się nie uda? Co się stanie jak rozstaniesz się z dziewczyną i nie poznasz żadnej innej? Co jeśli w kolejnej pracy będziesz zarabiał mniej? Co jeśli poświęcisz półtora roku na napisanie książki, a nikt jej nie kupi? Co jeśli otworzysz drzwi, ale okaże się, że po drugiej stronie nie ma klamki, która umożliwiałaby ci powrót?

Ich wewnętrzny głos może im podpowiadać, że chcą od życia więcej, ale te pytania łapią za gardło na tyle mocno, żeby przypuszczać, że prawdopodobnie ten głos zagłuszą. Jeśli nawet zdarzy się inaczej, to przystąpią do realizacji planu bez zapału, na próbę, na 30%. Może a nuż wyjdzie. A kiedy tak się nie stanie, to siadają w pozie „Myśliciela” Rodina i opowiadają: „Też chciałem tyłkiem łapać motyle, a jedyne co złapałem, to hemoroidy”. Nie widzą jednak tego, że to nie pomysł był zły, ale zachowywanie się jakby grali w ruletkę.

Fakty są takie, że przy pojedynczych próbach, otrzymuje się zupełnie niemiarodajne wyniki. Wiem to, bo wiedział o tym szwajcarski matematyk Jakob Bernoulli. To jemu przypisuje się sformułowanie prawa wielkich liczb opublikowanego w 1713 roku. Sprowadza się ono do tego, że „Z prawdopodobieństwem dowolnie bliskim 1 można się spodziewać, iż przy dostatecznie wielkiej liczbie prób częstość danego zdarzenia losowego będzie się dowolnie mało różniła od jego prawdopodobieństwa.”

Podejrzewam, że widząc to zdanie masz ochotę rzucić laptopem o ścianę, zamknąć tę stronę albo zacząć siarczyście przeklinać. Właśnie dlatego dobra bozia wymyśliła przykłady. Prawo wielkich liczb oznacza, że rzucając monetą możesz spodziewać się, że w 50% przypadków wyrzucisz reszkę, a w 50% orła. Skoro tak, to weź monetę do ręki i rzuć nią dwa, cztery lub sześć razy. Czy uzyskałeś idealne wyniki?

Bardzo możliwe, że nie, bo prawo wielkich liczb działa w przypadku… wielkich liczb. Przy pojedynczych próbach wyniki mogą być najzupełniej dowolne. Jednak im więcej razy rzucisz monetą, tym uzyskiwane wyniki są coraz bardziej przewidywalne. Na przykład Oskar Lange wyrzucił orła następującą procentową wartość: 46% przy 100 rzutach, 51,2% przy 500 rzutach oraz 50,1% przy 1000 rzutach. Angielski statystyk K. Person, rzucając monetą 24000 razy, otrzymał częstość empiryczną pojawienia się orła wynoszącą 50,05%.

Wiesz już o co mi chodzi? O to, że im większa liczba podjętych prób, tym bardziej miarodajne wyniki. Jednocześnie oznacza to, że ten sam rodzaj działania może być odpowiednikiem rzutu monetą (pojedyncze próby) lub sprawdzoną strategią o przewidywalnych rezultatach (duża ilość prób).

Dlatego zawsze powtarzam, że założenie firmy jest ryzykowne, ale bycie przedsiębiorcą już znacznie mniej. Różnica polega na tym, że w pierwszym przypadku tylko testujesz jeden pomysł. W drugim prowadzisz styl życia, w którym twoim celem jest tworzyć źródła dochodów i żeby to osiągnąć kształcisz się, wyciągasz wnioski i podejmujesz kolejne działania. Nie wszystkie pojedyncze próby przynoszą korzyści, ale całościowo testowanie pomysłów okazuje się być znacznie mniej niebezpieczne, niż twierdziła babcia i wujek.

Jednym z moich ulubionych przykładów tego, jak to działa jest Scott Adams, twórca Dilberta i autor zaskakująco dobrej książki „How I failed at almost everything and still win big”. Zanim jednak zdobył on ogólnoświatową sławę:
– zetknął się ze szklanym sufitem w korporacji telekomunikacyjnej
– tworzył gry komputerowe
– wymyślił burrito z warzywami o nazwie Dilberito, które miało zaspokoić 100% dziennego zapotrzebowania na witaminy i minerały
– prowadził restaurację
– wspierał startup o formacie Youtube’a, ale który nie odniósł sukcesu
– oferował dowóz artykułów spożywczych do domu zanim to było modne.

Żaden z tych pomysłów się nie sprawdził. Niektóre były zbyt innowacyjne, inne zbyt bezpieczne, a jeszcze innym brakowało odpowiedniego czasu. Ostatecznie Scott Adams i tak dopiął swego, bo skupił się nie na celu, tylko na systemie. Według jego definicji cel to konkretny rezultat działania (np. umówić się z Kasią i doczekać się z nią gromadki dzieci). System to skupienie się na konkretnych działaniach (np. poznawać nowych ludzi, być bardziej towarzyskim i zadbanym), co w efekcie najczęściej prowadzi także do realizacji poszczególnych celów.

Granica między tymi pojęciami jest cienka, ale fakt jest jeden – odpowiednie działanie daje odpowiednie rezultaty, chociaż nie zawsze natychmiast.

Tak, wiem, że to brzmi tak coachingowo, że przez najbliższe dni nie będę mógł patrzeć w lustro, ale fakty są takie, że w temacie zmiany kluczowe znaczenie ma trzeźwa ocena sytuacji.

Jeśli masz cudowne życie, to zabieraj łapy i go nie psuj. Nie musisz wiecznie uganiać się za czymś, co jest przed tobą, bo nie jesteś osłem, któremu wystarczy pomachać marchewką, żeby bezrefleksyjnie szedł przez siebie.

Ma też to drugą stronę, bo jeśli widzisz, że coś w twoim życiu wyraźnie nie działa, to nie warto przesadnie przejmować się ryzykiem. W takich sytuacjach najczęściej okazuje się, że brak działania gwarantuje ci tylko, że nic się nie zmieni, a twoje rozgoryczenie będzie rosło w sposób wykładniczy. I to też jest ryzyko, chociaż rzadko się widzi się to od razu. Dlatego uważam, że nie ma nic lepszego, niż przyjąć strategię, która działa u osób (zwłaszcza tych, które są tam, gdzie ty chcesz dopiero dojść), a następnie zaakceptować, że jej wdrożenie to proces, podczas którego nie wygrywa się bez przerwy.

To trochę jak z wbijaniem gwoździ. Może i nie ma lepszego sposobu na wbijanie gwoździ niż uderzanie w nie młotkiem, ale to przecież nie znaczy, że nie przywalisz sobie w palec, prawda? A patrząc z drugiej strony – musisz być naprawdę wybitnym fajtłapą, żeby walić się po palcach zawsze.

Jesteś taką fajtłapą? Nie sądzę.

Print Friendly, PDF & Email

7
Dodaj komentarz

avatar
100000
6 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
MagdaVolantDrevny KocurMGMLukasz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Karol
Gość
Karol

Zgadzam się z tym podejściem w pełni. Jak byłem w gimnazjum, to stwierdziłem, że fajnie byłoby nauczyć się grać na jakimś instrumencie. Kupiłem książkę dla samouków, wziąłem gitarę z pokoju siostry i zacząłem ćwiczyć. Palce bolały, ale czułem, że z każdym dniem było coraz lepiej. Trzy lata później byłem już w stanie zagrać Asturias Isaaca Albeniza, co wcześniej leżało w strefie marzeń. Połowa liceum, powtórka z rozrywki. Postanowiłem nauczyć się grać na pianinie. Bo tak. Znowu wymagało to ćwiczenia, zmuszania się do wysiłku i nauki nowych utworów, zamiast odgrywać wciąż te prostsze nauczone. Chociaż z powodu innych obowiązków (priorytetów życiowych) gram już bardzo rzadko (2 razy w miesiącu), to wciąż idę do przodu i obecnie przygrywam sobie Preludium deszczowe Chopina… Także zgadzam się w zupełności, samo „liźnięcie tematu” nie wystarcza, ale jest konieczne, żeby coś osiągnąć :)

Pestka
Gość
Pestka

Problemem jest brak cierpliwości. Ludzie chcieliby, żeby rezultat był natychmiastowy i nawet, jeśli wiedzą, że za kilka lat w punkcie B osiągną swój wymarzony cel – to będąc w punkcie A i codziennie zmagając się z mniejszymi bądź większymi frustracjami, które z tego wynikają – mogą zacząć wątpić i tracić motywację. I w sumie moim zdaniem nie ma w tym nic dziwnego, bo trzeba być chyba jakimś greckim herosem, żeby nigdy nie poddawać się wątpliwościom.

Sęk w tym, żeby opracować sobie własną metodę na pobudzanie tej motywacji i mozolnie wracać do rzucania monetą, a nie rzucić ją ze złością w kąt. Tylko metoda musi być „własna”, bo uniwersalnej nie ma. I to też przerażą, jeśli chodzi o podejmowanie ryzyka i dokonywanie zmian – że trzeba wymyślić coś samodzielnie, nie da rady w 100% „ściągnąć” z kogoś sposobu, bo nie ma jednego sposobu uniwersalnego.

Ps. Na samej górze powinno być chyba „żyjąc w tym miejscU” ;)

Lukasz
Gość
Lukasz

Czyli… Skup się na procesach, nie na rezultatach. Myślę że to jest brakujący element układanki podczas realizacji celów. Ładnie zdefiniowane, zgodnie z zasadą Smart etc a i tak wielu ludzi pyta się i co k.. Teraz?

MGM
Gość
MGM

Tip jest taki że czasami trzeba dać się zdzielić kilka razy na jedną dużą wygraną i nie przejmować się za bardzo tym jak bardzo boli, bo i tak przestaje tak mocno boleć po pewnym czasie.

Drevny Kocur
Gość
Drevny Kocur

Volant, to może wyskrob teraz artykuł o tym po czym poznać, że ma się cudowne życie. ;). Najlepiej w formie podsumowania, w punktach, jak w jednym z ostatnich wpisów o tworzeniu dobrego związku. Pozdro

Magda
Gość
Magda

Tak, jestem fajtlapa