Nie zachwycam się początkami znajomości. Jak ktoś opowiada mi, że kiedy kogoś poznał, to czas stanął w miejscu, a ludzie na ulicy zaczęli odtwarzać musicalowy taniec i klaskać, to patrzę i mówię: „Jeszcze zobaczymy”.

Nie mówię tak dlatego, że jestem zgryźliwy. Nie jestem też tym dzieciakiem z bajki, który dostał odłamkiem lustra Królowej Śniegu, ale w międzyczasie dorósł, skończył studia i nauczył się pić whisky. Wynika to raczej z faktu, że im dłużej żyję, tym mocniej dostrzegam, że o jakości związku nie świadczy chwila kiedy ludzie się poznali, liczba wypowiadanych zapewnień o miłości ani nawet to wypełniające nas ciepłem uczucie, pojawiające się kiedy znalazło się osobę dopasowaną do naszego życia jak fragment układanki składającej się z tysięcy elementów.

Owszem, to może być przyjemne, ale prawdziwą wartością nie jest biochemiczny koktajl otrzymywany w chwili poznania się, ale to, co sami ludzie zbudują w kolejnych latach.

Nie wiem czy w tych czasach jeszcze czyta się Jacka Londona, ale jeśli nie, to musicie wiedzieć, że to był świetny gość. Początkowo próbował różnych prac – był gazeciarzem, trampem, kłusownikiem, marynarzem, poszukiwaczem złota w Klondike i reporterem. Jako korespondent wojenny relacjonował konflikt rosyjsko-japoński w 1905 roku i wojnę domową w Meksyku. Później zaczął pisać, a pisał jak bóg. Oczywiście jak na początek XX wieku.

Jako nastolatek z wypiekami na twarzy czytałem powieść „Biały Kieł”, a dekadę później „Martina Edena”. W końcu, głównie przez przypadek sięgnąłem po jego inną książkę. Była to „Maleńka pani wielkiego domu”, której tytuł brzmi tak jakby była przeznaczona dla widzów „Na wspólnej”, ale książka jest niezła. Jej akcja snuje się wokół idealnego małżeństwa właścicieli olbrzymiego rancza, których związek zostaje wystawiony na próbę, kiedy tytułowa maleńka pani poznaje przyjaciela swojego męża.

Romans powoli rozkwita. Bohaterka rozdarta między ciekawością a lojalnością nie wie kogo wybrać. W końcu w kulminacyjnej rozmowie mąż mówi jej co o tym myśli. Brzmi to mniej więcej tak:
– Jeśli pomimo tych wszystkich spędzonych ze mną lat nie wiesz, kogo wybrać, to wybierz jego.

Tym zdaniem London trafia w sedno, bo jeśli samo pojawienie się nowej osoby potrafi zachwiać całym związkiem, to ten związek nie jest szczególnie wiele warty. Tymczasem ze względu na to jak dobrze się znacie i co razem przeżyliście powinno być odwrotnie.

Jednak to tylko jedna strona medalu. Przy okazji to zdanie pokazuje coś jeszcze. Pierwsze uczucia to nie prezent przewiązany kokardką, który dostaje się raz na zawsze. To raczej kredyt. Zobowiązanie. Szansa na stworzenie czegoś, co ma znaczenie.

Przypomina to trochę sytuację właścicieli startupów, którzy dostają dofinansowanie. Jeśli są nierozsądni, mogą zacząć świętować i złożyć zamówienie na porsche. Jednak jeśli są chociaż trochę bardziej inteligentni niż złote rybki, to wiedzą, że dzięki tym pieniądzom mają stworzyć coś, co zapewni im przetrwanie i rozwój, kiedy te środki już się wyczerpią. Taki sam jest cel uczuć. Dzięki nim ruszysz do przodu, ale żeby zajechać daleko, musicie jeszcze zatankować bak. Niestety, stosunkowo niewiele osób to robi.

Jeśli znasz takie pojęcie jak „kryzys siódmego roku”, to wiesz, że dotyczy on momentu, kiedy ludzie najczęściej się rozstają. Są wypaleni. Nie wiedzą po co ze sobą są. Patrzą na osobę śpiącą obok w łóżku i nie przypomina im ona tej, dla której co dwie minuty sprawdzali telefon. Emocjonalne liny, które ich łączyły pękają jedna po drugiej. W końcu orientują się, że stoją na dwóch różnych brzegach, które rozdziela przepaść.

Zwykle zajmuje to kilka lat. Mówi się, że siedem, ale może zdarzyć się to znacznie wcześniej. Co się dzieje później? Zaczyna się kolejny cykl. Ludzie się rozstają i przeżywają następną kilkuletnią miłość.

Dla wielu osób jest to naturalny bieg związków. Jednak najczęściej ta sytuacja dotyczy ludzi, którzy byli tak szczęśliwi z powodu tego, co łączy ich z drugą osobą, że zapomnieli, że to wystarczy tylko na chwilę. Że trzeba zbudować coś więcej. Coś dzięki czemu związek nie będzie stawał się wyblaknięty i poszarpany jak zbyt często oglądana fotografia, a zamiast tego będzie coraz bardziej kolorowy, spójny, komfortowy, niezastępowalny.

Czy to łatwe? Raczej nie, ale jedno jest pewne – Święty Mikołaj przynosi prezenty tylko dzieciom. Dorośli prezenty robią już sobie sami, dzięki swojej pracy, uwadze, doświadczeniu. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że najlepsze związki zawsze będą waszym dziełem oznaczonym napisem „handmade”. Wkładu jaki musisz włożyć w powstanie fajnej relacji nigdy nie załatwi „spotkanie odpowiedniej osoby”. Nigdy.

A to z kolei oznacza, że jeśli jesteś w związku, to warto od czasu do czasu zadać sobie kilka pytań. Czy dzięki kolejnym latom, wasz związek będzie warty więcej, czy mniej? Będzie się wypalać aż nic z niego nie zostanie czy dojrzewać jak leżakująca whisky? Będzie was łączyć coraz więcej rzeczy, przeżyć, planów i świetnych wspomnień czy tylko pożądanie zamieniające się w znudzenie?

I jeszcze pytanie ostatnie – co możesz zrobić z odpowiedziami na te pytania?

.

Podobał ci się ten tekst?

Dołącz do obserwujących bloga na facebooku lub instagramie, żeby zawsze być na bieżąco.