Jestem szczęściarzem. Żyję w XXI wieku w dość cywilizowanym kraju. Zarabiam przyzwoicie. Lubię to, co robię. Cieszę się olbrzymią wolnością nie mając nad sobą szefa i wyznaczając w jakim kierunku pójdzie. Nie zawsze wszystko idzie jak po maśle. Czasem robię kroczki do tyłu, ale w końcu i tak się okazuje, że były mi one potrzebne, żeby zrobić rozbieg.

Mam tak od dawna. Za to ostatnio do powodów mojego szczęścia doszedł jeszcze jeden – jestem jednym z tych farciarzy, u których epidemia zmieniła niewiele. To znaczy wiecie, wciąż jest zastój, wciąż widzę finansowe tąpnięcie i ja też obawiam się ziszczenia najgorszych scenariuszy. Natomiast dzięki temu, że i tak pracowałem w domu, to nie odbiło się to na moim życiu osobistym. Nie czułem się tak, jakbym dopiero poznawał osoby, z którymi żyję w jednym mieszkaniu. Nie byłem zmuszony patrzeć na drugą osobę i zastanawiać się, kiedy przegapiłem moment, w którym stała się kimś zupełnie innym. Ani przez chwilę nie poczułem się też tak, jakbym w swoim mieszkaniu był niepasującym meblem.

Nie jest to reguła. Jeśli wierzyć statystykom spływającym z Chin i z innych zakątków świata, jest teraz wiele par, które po kilku tygodniach kwarantanny zadają sobie jedno z najtrudniejszych pytań: „Odpuścić czy starać się bardziej?”.

Jeśli o mnie chodzi, to zawsze będę uważał, że dobre rozstanie jest lepsze niż beznadziejny związek, w którym ludzie krzywdzą siebie i innych przy okazji. Nie kupuję tych bajań o tym, że jak się przysięgało, to należy pokornie znosić swój los, nawet jeśli wiąże się to z koniecznością ukrywania siniaków pod długimi rękawami albo ze strachem dzieci chowających się w szafach i pod łóżkami. Możemy mieć najlepsze chęci, ale to nie oznacza rezygnacji z powiedzenia: „Dość!” kiedy sytuacja wymknie się spod kontroli.

Z drugiej strony wiem, że rozstania często nie są żadnym rozwiązaniem, bo potrafią wynikać z chwiejnych stanów emocjonalnych, nieuzasadnionych roszczeń i zgubionych proporcji. A to da się poukładać. Może i będzie to trudniejsze od złożenia Gwiazdy Śmierci z klocków Lego, ale wciąż można to zrobić.

Nikt ci nie powie jak odróżnić jeden przypadek od drugiego, ale jeśli nie wiesz czy powinieneś się rozstać to musisz odpowiedzieć sobie na pięć pytań.

#1 Co z siebie dajesz ty, a co daje druga osoba?

Jedną z zasad pracy grupowej jest to, że zawsze wydaje ci się, że tylko ty pracujesz. Czasem to nawet prawda. Jednak zazwyczaj nie.

Dotyczy to także związków. Patrząc ze swojej perspektywy wydaje ci się, że tylko ty się starasz. To ty zarabiasz większość pieniędzy. To ty większość czasu spędzasz z dziećmi. To ty organizujesz wszystkie wyjścia i pamiętasz kiedy kto ma urodziny.

Niestety w każdym eksperymencie, w którym prosi się partnerów o „wycenienie” swojego wkładu w związek, to po zsumowaniu wkładu obu stron regularnie otrzymuje się wyniki grubo przekraczające 100 procent. Regularnie przeceniamy to, co dajemy i nie doceniamy tego, co robi ktoś inny, bo swoje działania widzimy z bliska. Cudze są zamglone.

Zmienia się to, kiedy zadasz sobie takie pytania jak: Kto planuje wyjścia? Kto dba o porządek a kto wykonuje drobne naprawy? Kto zajmuje się psem a kto samochodem? W jakim stopniu dorzucacie się do wspólnego budżetu? Oraz przede wszystkim – co dokładnie by się zmieniło, jakby nagle druga osoba wyparowała? Czy dałoby się ją łatwo zastąpić? Gdzie najbardziej by jej brakowało?

Jest to szczególnie ważne, bo w dzisiejszym świecie kładzie się nacisk na dzielenie wszystkiego na pół: zarabiania, opieki nad dziećmi, sprzątania i całej reszty. W każdy aspekt funkcjonowania związku trzeba być na równi zaangażowanym. Myślimy więc, że skoro ktoś nie daje tego samego co my, to nie daje też nic innego. Problem w tym, że dzielenie na pół sprawdza się w matematyce, ale średnio działa w życiu. Warto więc nauczyć się dostrzegać, że nawet jeśli ty utrzymujesz dom, to często bez drugiej osoby ten dom by się rozpadł albo to, że może ty dbasz o te wszystkie małe i ważne sprawy, ale to te wielkie i niepilne spinają je klamrą i nadają im wartość.

#2 Ile dla ciebie znaczy to, co razem przeszliście?

Viktor Frankl w książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” napisał, że ktoś, „kto aktywnie stawia czoła życiowym problemom, jest jak człowiek, który zrywa kolejną kartkę z kalendarza, a następnie z pietyzmem odkłada ją do teczki, gdzie przechowuje już inne, sporządziwszy uprzednio na odwrocie krótką notatkę o charakterze wpisu do dziennika.” Jego zdaniem, takie osoby nie żałują młodości, nie zazdroszczą innym i nie ulegają presji, że wciąż muszą więcej. Powód dlaczego tak się dzieje jest prosty – wiedzą, że mają całą teczkę fantastycznie wykorzystanych dni.

Podobnie wygląda to w związkach. Początkowo wkładamy do teczki kolejne kartki z kalendarza wypisane przyjemnością, seksem i chwilami, które chcemy wyryć na zawsze w swojej pamięci. W pewnym momencie po prostu zaczynamy te kartki zrywać i rzucać pod nogi, nie dbając o to, co na nich będzie.

Nie zmienia to tego, że to przez co wspólnie przeszliście wciąż ma wartość, nawet jeśli jest przysypane warstwą kurzu i brudu. Może więc zamiast patrzenia na to, co jest teraz, warto odkopać wspólnie to, co było i zapytać: „Może znów zaczniemy odkładać kartki z kalendarza do wspólnej teczki?”

#3 Czy to jest naturalny bieg relacji?

Wśród problemów jakie najczęściej dotyczą różnych relacji, regularnie pojawia się jeden. Nosi on roboczą nazwę: „Już nie jest tak jak na początku”. Wiele osób dostrzegając to, zaczyna myśleć o rozstaniu, żeby przy kimś innym poczuć ścisk w żołądku i mieć nadzieję, że tym razem będzie to uczucie trwać jak narkotykowy haj.

Tylko że nie będzie. Jak to kiedyś powiedział Robert Więckiewicz „każdy następny związek jest taki sam. Po co przechodzić przez to samo jeszcze raz? Znowu te tańce godowe. A później znów kryzys, masakra.”

Ludzie zawsze sobie trochę powszednieją. Zaczynają potrzebować mniej seksu. Tracą zainteresowanie drobnymi, romantycznymi gestami. Wbrew pozorom nie jest to jednak wyraz braku zaangażowania, tylko raczej tego, że czują się komfortowo. Zmiana partnera nie zmieni tych procesów.

Czy to źle? Kiedyś powiedziałbym, że tak. Dzisiaj jednak coraz bliżej mi do opinii Więckiewicza.

I nie, nie jest to nawoływanie do zadowalania się bylejakością w związku. Zawsze powinniśmy walczyć o to, co najlepsze, ale warto uświadomić sobie, że niby można w kółko powtarzać pierwszy etap relacji, ale to trochę jak z oglądaniem trailerów. Są świetne i wiele obiecują, ale może warto w końcu zobaczyć cały film?

#4 Czy to jak jest między wami teraz to norma?

Najgorsze co można zrobić to upuścić mydło podczas pobytu w więzieniu. Drugi najgorszy błąd to podejmowanie decyzji kiedy odczuwa się skrajne emocje.

Jeśli na co dzień czujesz się jak statuetka odstawiona na półkę, która nikogo nie interesuje, ale decydujesz się na związanie z kimś na resztę życia pod wpływem wyjazdu na Maltę, szumu morza i grupy wynajętych Meksykanów grających twoją ulubioną piosenkę, to prawdopodobnie tej decyzji będziesz żałować.

Tak samo będzie, jeśli podejmiesz decyzję o rozstaniu pod wpływem gnieżdżenia się w swoim M3 w czasie kwarantanny. Przede wszystkim dlatego, że to nie jest wasze codzienne życie. Tak nie wygląda wasza „norma”. To tylko chwilowe ekstremum, którego nie warto nadmiernie demonizować.

Czy to znaczy, że uczucia cię oszukują? Nie, ale to wciąż znaczy, że warto dać sobie czas i zobaczyć jak będzie się czuć, kiedy sytuacja wróci do normy.

#5 Czy wciąż widzisz w drugiej osobie zalety?

Kiedy siedzisz na randce, to w twoich oczach nie odbija się druga osoba, ale jej cały potencjał. Wszystkie zalety i to kim może się stać.

Później to się zdarza dużo rzadziej. Raczej dostrzega się czyjeś wady. Niedociągnięcia. Dziury byle jak zaklejone szpachlą. Popełnione błędy.

John Gottman, który przez lata zajmował się badaniem rozwodów, wykonywał na parach prosty test. Pytał je o to, jak się poznały i jeśli mimo wszystkich kolejnych lat wciąż potrafili o tym mówić w pozytywny sposób, to wiedział, że wciąż ci ludzie mają szansę. Kiedy było już za późno, potrafili mówić tylko o tym, jak duży był to błąd.

Jak się nad tym zastanowisz, to dojdziesz do wniosku ma to głęboki sens. To, co nazywamy miłością, to patrzenie na kogoś przez różowe okulary. Jeśli wciąż umiesz je założyć i spojrzeć na kogoś tak, jak zobaczy jego czy ją świeżo poznana osoba z utęsknieniem czekająca na randkę, to nie potrzebujecie się skreślać.

Może się okazać, że wystarczy, że przypomnicie sobie, dlaczego zaczęliście ze sobą być.

Podobał ci się ten tekst?

Dołącz do obserwujących bloga na facebooku lub instagramie, żeby zawsze być na bieżąco.