Być może to kwestia mojej wewnętrznej skłonności do buntu, ale fakty są takie, że chociaż bardzo lubię myśleć o sobie, jako o człowieku ambitnym i energicznym, to większość rad dotyczących efektywności uważam za głupie.

Albo szkodliwe.

Albo chociaż nieprzydatne.

Na przykład w kręgu specjalistów od zarządzania czasem są modne aplikacje, za pomocą których można przeanalizować swój dzień. Przyświeca im założenie, że zamiast pracować, bardzo często robimy wszystko inne (na liście jest wieszanie prania, kupowanie bzdetów na Aliexpress i czytanie o hodowli gekonów). Natomiast gdybyśmy tylko wiedzieli, gdzie nasza uwaga wędruje, to stalibyśmy się tytanami efektywności.

Ach, ile razy słyszałem, że warto to zrobić, bo dzięki temu jak na dłoni widać, ile minut ucieka ci na sprawdzaniu poczty oraz na surfowaniu po sieci w poszukiwaniu Mustangów w okazyjnej cenie.

Nie wykluczam, że istnieją ludzie, którym taka świadomość pomaga. Jednak jeśli zastanawiałeś się kiedyś nad zrobieniem sobie takiego audytu, to zanim to zrobisz, mam ci do powiedzenia trzy rzeczy.

1. Masz rację. Za dużo czasu marnujesz na głupoty.

I żeby to wiedzieć, nie musisz tego sprawdzać.

Twoja doba ma 24 godziny, ale wykorzystujesz tylko niewielką część tego czasu na ważne dla siebie działania. Nawet jeśli jesteś jednym z tych typów, którzy zostają w pracy po godzinach, żeby przy świetle jarzeniówki patrzeć się w kolumny Excela, to wciąż więcej czasu poświęcasz na drobiazgi. Na ploteczki. Na stanie w korkach. Na staranie się, żeby ominąć korki. Na telefony. Na kupowanie bułek.

2. Bez względu na to, co zrobisz, zawsze będziesz marnować trochę czasu.

Wynika to w znacznej mierze z naturalnych przyczyn. Nie możesz być skoncentrowany bez przerwy, a przeglądanie swoich ulubionych stron jest zwyczajnie przyjemne. Gdyby nie było, to byś tego nie robił. Mało tego, każdy, kogo znasz i każdy, kogo podziwiasz też tak ma, bo wbrew temu, co autorzy niektórych amerykańskich poradników sądzą, życie to nie ciągła, ciężka praca. To przede wszystkim błahostki, które razem składają się na misternie utkany gobelin.

A co do mitycznej produktywności, to Jacek Walkiewicz opowiadał kiedyś taką anegdotkę. Otóż, rozmawiając z Władysławem Bartoszewskim zwierzył mu się, że kiedy nie chciało mu się wstawać z łóżka, zawsze sobie mówił, że profesor Bartoszewski na pewno nie ma takich problemów, po czym wstawał i zaczynał pracować. Na co Bartoszewski na niego patrzy i mówi:

– Tylko widzi Pan, ja lubię, cholera pospać.

3. To, że zobaczysz ile czasu spędziłeś na facebooku, nie sprawi, że przestaniesz tam zaglądać.

Mam paru kumpli, którzy tak myśleli. Przekonywali, że jak dowiesz się, że od rana do nocy oglądasz jakieś gówna, to wyleje ci to na głowę kubeł zimnej wody, wyłączysz internet, wyrzucisz komputer albo zrobisz cokolwiek innego i zaczniesz zasuwać jak mały samochodzik.

Ale nie zaczniesz.

Żaden z nich też nie zaczął.

Skończyło się tak, jak podczas sesji, kiedy zapobiegliwie nie włączasz laptopa. Zamiast tego kładziesz na widoku podręczniki, a następnie zmywasz talerze. Szorujesz podłogi. Malujesz paznokcie. Gratuluję – właśnie zamieniłeś pięć godzin siedzenia na facebooku na pięć godzin równie bezcelowego sprzątania.

Błędem takiego podejścia jest wiara w to, że nie pracujemy, bo nie wiemy, co nas rozprasza. W rzeczywistości jest inaczej. Jeśli wyobrazisz sobie płynący strumień i na jego drodze postawisz tamę, to woda zamiast się przez nią przebijać, rozleje się obok i zacznie rzeźbić nowe koryto. Usiłując sprawdzać na co marnujesz czas, pieczołowicie badasz gdzie twoja uwaga odpływa, ale nie odpowiadasz sobie na znacznie ważniejsze pytanie. Jest nim to – dlaczego tak się dzieje? Co jest twoją tamą? Dlaczego wybierasz nabicie levelu w grze zamiast pójścia na randkę, zarobienia więcej pieniędzy albo wybrania się na udawaną herbatkę w pokoju córki?

Na te pytania nie ma oczywistych odpowiedzi, ale najczęstsze są dwie.

Pierwsza jest taka, że nie robimy tego, co powinniśmy, bo nie potrafimy albo jest to dla nas trudne. Odbijamy się więc od naszych zadań i zajmujemy czymś łatwiejszym.

Druga odpowiedź jest taka, że robimy to, bo w którymś momencie gubimy świadomość, dlaczego jest to dla nas ważne. Ulegamy poczuciu, że nie musimy. Że teraz jest ok. Że te dodatkowe zadania to tylko „dodatkowe zadania”, a nie kluczowy projekt. Że nic się nie stanie jeśli teraz odpuścimy.

Nie wiem jakie masz obserwacje, ale ja regularnie zauważam, że osoby z wizją to te, które mają głęboką świadomość dlaczego to, co robią jest ważne. To daje im siłę do wykonywania zadań, od których inni dają się odciągać natarczywym dźwiękom przychodzących powiadomień. Nie ma ważniejszego słowa, niż „dlaczego”. A jeśli jest, to ja go nie znam.

Czy warto instalować sobie aplikacje śledzące twoją aktywność w sieci? Nie wiem. Wiem za to, że jeśli notorycznie nie robisz tego, co według siebie powinieneś, to warto żeby ktoś zadał ci jedno pytanie: „Czy to naprawdę to jest dla ciebie ważne?”.

Jest?

Podobał ci się ten tekst?

Dołącz do obserwujących bloga na facebooku lub instagramie, żeby zawsze być na bieżąco.