Podobno za wszystkimi wyjątkowymi sukcesami mężczyzn stoi jakaś kobieta, dla której okazali się za mało wartościowi, a oni na przekór wszystkim postanowili udowodnić jej, że się myli. Tak samo za każdą depilacją i wybieraniem bielizny, której góra pasuje do dołu stoi jakiś facet, który jest tego warty (a przynajmniej ma się taką nadzieję).

Mówi się, że ludzie dla miłości cierpią, walczą, potrafią oszaleć, schudnąć, ściąć włosy, przeprowadzić się na drugi koniec świata, nauczyć się holenderskiego i zmienić swoje życie.

Nie mówi się jednak tego, że ludzie potrafią też usprawiedliwić miłością każde gówno, jakie robią drugiej osobie.

*

Znam kobiety, które chodzą do kina, uśmiechają się i marzą, ale od wewnątrz są pomalowane smutkiem, niepewnością i niskim poczuciem własnej wartości. Kiedy są w związku, każdego ranka budzą się i czekają aż ich chłopak spojrzy na nie swoimi brązowymi oczami i obejmie w pasie. Wypełnia je wtedy szczęście, ale nigdy na tyle silne, żeby zdławić irracjonalny lęk, że kiedyś w jego firmie pojawi się jakaś długonoga stażystka, do której on odejdzie. Dlatego wypytują go o wszystkie szczegóły. Dyskretnie odpychają od przyjaciół i rodziny. Czytają jego maile. Robią afery o to, że za długo patrzył na ekspedientkę w sklepie. Wbijają w niego setki bolesnych szpileczek robiąc z jego życia bolesną papkę. Wiążą jego jaja w supeł i nawet widząc, że uśmiecha się coraz rzadziej zamieniając się w osowiałego miśka w sztruksach, nie przestają tego robić.

W końcu robią to dlatego, że tak bardzo go kochają i nie chcą go stracić.

*

Znam mężczyzn, którzy miesiącami potrafią mieć w dupie osobę, z którą żyją. Jeszcze niedawno mówili jej, że gdyby mieli do wyboru zwiedzić cały świat lub zostać z nią w domu i jeść pizzę to jedliby tę pizzę do końca życia, żeby tylko z nią być. Teraz ważniejsze jest od niej wszystko. Nie dzielą się z nią swoimi myślami, nie spędzają razem czasu i nie doceniają. W końcu zawsze dzieją się dwie rzeczy:
1) Ona otwiera wino i w połowie butelki patrzy na niego i oznajmia: „Już dłużej tak nie mogę. Odchodzę”.
2) Wtedy oni nadymają się jak przerośnięci dziesięcioletni chłopcy i mówią oburzeni: „Ale przecież cię kochałem!”. Tak jakby to, co czuli, ale tego nie okazywali miało wystarczyć.

*

Znam ludzi (ludzi, bo płeć nie jest tu istotna), których zachowanie po rozstaniu wypełnia wszystkie znamiona stalkingu, prześladowania, grożenia i nieumiejętności pogodzenia się z tym, że nic nie jest wieczne. Takich, którzy do swoich prywatnych problemów angażują jej lub jego rodzinę i przyjaciół albo takich, którzy potrafią drugą osobę zwyzywać i kazać jej spierdalać, a później czekać na nią po pracy i tłumaczyć:
– Poniosło mnie, ale cię kocham.

*  *  *

Wszystkie te osoby używają słów “Kocham Cię” jak brudnej szmaty, którą próbują wyczyścić swoje zachowanie. Tak jakby ich uczucia były wystarczającym usprawiedliwieniem. Jakby dawały im to prawo do traktowania innych źle. Jakby to, że kochają cofało każde gówno, które komuś robią.

Zdradzę ci sekret – miłość nie jest tym co czujesz, miłość jest tym, co robisz.

Szczepan Twardoch napisał kiedyś kilka ważnych zdań:

Nie mylić miłości z zakochaniem. Zakochanie to jest reakcja fizjologiczna, jak erekcja. To się po prostu zdarza, czasem samo z siebie. (…) A miłość to nie jest uczucie, to postawa względem drugiego człowieka i seria decyzji, jakie się podejmuje. Miłości się nie czuje, tylko się nią żyje. Kocham swoją żonę, bo kiedyś tak zdecydowałem: “Będę kochał właśnie ciebie”.

Daliśmy sobie wmówić, że to, co czujemy jest najważniejsze. W mojej opinii to nieprawda. I nie mówię tego dlatego, że jestem fajny, mądry i nieskazitelny. Też zachowywałem się jak kretyn. Myślałem, że moje uczucia stanowią odpowiednik licencji na zabijanie Jamesa Bonda – traktowałem je wtedy jak przepustkę do okazywania swoich frustracji i rozczarowań. Przecież mam do nich prawo, prawda? Jasne, ale to nie jest prawo bezwzględne. Jeśli jestem wkurwiony i jadąc samochodem ochlapię kobietę z małym dzieckiem, bo tak mi będzie lepiej, to ani trochę nie usprawiedliwia mnie to, co wtedy czułem.

Nie liczy się posiadanie dobrego serduszka, ale to, jak wpływa się na inne osoby. Jesteśmy swoimi zachowaniami, a nie myślami, chęciami, planami, wymówkami i usprawiedliwieniami.

Jeśli spychasz kogoś na siedemnaste miejsce w hierarchii życiowych priorytetów, to bez względu na to, co czujesz, okazujesz wtedy lodowatą obojętność, a nie miłość.

Jeśli traktujesz innych jak darmowych terapeutów mając gdzieś jak demotywująco może na nich działać przewlekłe wywlekanie własnych zmartwień, to jest to ignorowanie ich uczuć, a nie miłość.

Jeśli jesteś zazdrosny lub zazdrosna i przez swój strach ograniczasz wolność innej osoby, to odbierasz jej szczęście, a nie okazujesz miłość.

Jeśli podczas kłótni nazwiesz kogoś kurwą lub chujem, popchniesz lub uderzysz, to nie znaczy, że wasz związek jest namiętny i przypomina rollercoster, ale że jesteś niestabilnym emocjonalnie dorosłym bez elementarnego szacunku do innych.

Jeśli nie potrafisz się pogodzić z tym, że miłość nie zawsze jest wzajemna i myślisz, że możesz zdeptać czyjąś prywatność i godność, żeby zmienić czyjeś zdanie, to jesteś tylko małym, płaczliwym dzieciakiem, który ryczy w Tesco, bo nie dostał zabawki.

Dlatego nie tłumacz, że robiłeś/aś coś dlatego, że kochałeś/aś. Gdyby tak było to patrzyłbyś i patrzyłabyś na to, jak to wpływa na te osoby, ale woleliście patrzeć tylko na siebie.

I to też nie jest miłość. To nazywa się “posiadaniem w dupie potrzeb innych” i to cię nigdy nie usprawiedliwia.