Tomek Michniewicz to podróżnik, wyjątkowo sprawny reportażysta i jednocześnie osoba, którą cenię. Pierwszą jego książką, którą przeczytałem, było „Swoją drogą” – opis trzech podróży, w które pojechał z ważnymi dla siebie osobami: przyjacielem, żoną i ojcem. W jej treści opisy miejsc i ludzi, przeplatały się z osobistymi wątpliwościami, których rdzeniem było pytanie: „Czy powinienem zostać ojcem? Czy to odpowiedni czas? Jak pogodzić ciągłe podróżowanie z byciem wzorem dla dziecka?”.

Podczas czytania: „Swoją drogą” nie miałem jeszcze dzieci. Wizja trzymania 50% moich genów, za małą, lepką i słodką łapkę ledwie majaczyło na horyzoncie, ale i tak te pytania mocno ze mną rezonowały. Wiedziałem, jaka byłaby moja odpowiedź.

Dzisiaj mam dwójkę dzieci. To jeszcze małe brzdące w być może najgorszej fazie rozwoju, ale moja odpowiedź się nie zmieniła.

Widzisz, z potomstwem jest taka śmieszna sprawa, że ludzie, którzy nie mają dzieci, ale trochę by chcieli, a trochę się boją, zadają zawsze te same pytania: Czy posiadanie dzieci nie sprawia, że wpada się w rutynę? Czy to nie jest ciężkie? Czy wtedy kariera nie odchodzi na dalszy plan?

Czy posiadanie dzieci nie wiąże się z rutyną?

Na pewno wiąże się ze zmianami. Wakacje stają się rzadsze. Godzinny odcinek serialu rozbija się czasem na trzy wieczory. Wychodzenie na miasto to już nie jest spokojny chillout. To wszystko prawda. Warto jednak pamiętać, że rutyną może stać się wszystko: podróżowanie, poznawanie dziesiątek kobiet, zarabianie pieniędzy, zarządzanie firmami. Każdy cykl czynności, który sprawia, że patrzysz wtedy wstecz na rok 2018 i 2017 i widzisz, że robiłeś dokładnie to samo.

Znam wiele osób, które powiedzą: „Ok, ale przyznasz, że jednak lepiej jak twoją rutyną jest pracowanie z widokiem na ocean, niż chodzenie do korpo”. Otóż, nie przyznam. Znam ludzi, którzy wyjechali pracować zdalnie mając pod nosem ocean, a którym tak on zbrzydł, że specjalnie zostawali w domach. Kiedy skakałem na bungee było to dla mnie ekscytujące doświadczenie, ale widziałem przy nich pracowników, którzy świątek piątek wjeżdżają tym samym dźwigiem na wysokość dziewięćdziesięciu metrów, zjeżdżają i znów wjeżdżają. W ich oczach widziałem dużo, ale ekscytacji tam nie było. Niektórzy z moich znajomych mają pracę marzeń, szkolą z umiejętności miękkich zarabiając w weekend zdecydowanie więcej, niż statystyczny Polak przez miesiąc, a im już nie chce się otwierać gęby do tych ludzi.

Można powiedzieć, że to kwestia źle dobranego zawodu. Ja jednak mówię, że to brak ruchu, wymiany, moczenia się w sosie własnym – taki sam, jak ten, który sprawia że sadzawka zaczyna cuchnąć. To samo może zdarzyć się kiedy ma się dzieci, bo wymagają one potwornego zaangażowania. Tylko że nie jest to przesłanka do tego, żeby ich nie mieć, ale do tego, żeby uważnie patrzeć czy nie zamieniasz się w taką cuchnącą sadzawkę, w której nikt nie wymienia wody.

Czy posiadanie dzieci jest ciężkie?

Powiem tak, mając osiemnaście lat myślałem, że ciężkie jest zdanie egzaminu na prawo jazdy. Później, że ciężka jest matura. Na studiach zorientowałem się, matura to pikuś, bo pierwszy większy egzamin bywa trudniejszy (jak ja się stresowałem przed tą Historią państwa i prawa!). Dzisiaj uważam, że ciężkie jest usypianie dziecka podczas przechodzenia jelitówki.

Jednym zdaniem: wakacje na Malediwach to to nie są.

Tylko trzeba pamiętać, że każda decyzja wiąże się z kosztami. Decyzje o nie posiadaniu dzieci czy partnera także, bo dzisiaj może jest ekstra wsiąść w samolot i polecieć do Hiszpanii nie martwiąc się, że trzeba komuś zmienić pieluchę, ale czy jesteś gotowy na to, że będziesz latami wracał do domu, w którym nic się nie zmienia, nikt nie przestawia szklanek i nie brudzi luster? Czy jesteś w stanie zrezygnować z patrzenia jak twoje dziecko będące odbiciem ciebie samego, rozwija się i pokazuje światu na co zasługuje? Czy nie będzie ci żal tych rączek obejmujących cię za szyję i buzi szczebioczącej „Tatusiu”?

Ja nie byłem.

Czy dzieci nie powodują, że kariera idzie w odstawkę?

Odpowiedź na nie jest oczywista. Odkąd urodziła się moja pierwsza córka, zacząłem pracować więcej, a jednocześnie robić znacznie mniej. Książkę, która powinna powstać w 12 miesięcy piszę już dwa razy dłużej. Dużą część pomysłów odłożyłem na dalszą przyszłość. Nie brzmi to szczególnie zachęcająco, ale warto pamiętać, że to chwilowe, bo jakimś cudem zdecydowana większość największych ludzi na świecie miała dzieci: Czyngis Chan, Barack Obama, Stephen King, Jan Zamoyski, Bach. Mało tego! Ci wszyscy ludzie, których podziwiam, największe sukcesy odnieśli mając już dzieci. Nie przeszkodziły im one w wygrywaniu wyborów, zbijaniu majątku, tworzeniu wynalazków i tworzeniu kultowych dzieł. Sam też nie odpuszczam. Posiadanie dzieci to nie jest powód do zdejmowania zbroi. To powód do tego, żeby ją zakładać, walczyć odważniej, chcieć więcej i nie odpuszczać, bo walczy się nie tylko dla siebie.

„Wolisz przeżyć pięć lat czy jeden rok pięć razy?”.

Te wszystkie pytania o trudy rodzicielstwa są ważne, ale dla mnie najważniejsze jest to, czy wolisz przeżyć pięć lat czy rok pomnożony pięć razy. Od lat ma ono dla mnie niebagatelne znaczenie. Pojawia się też w książce “Swoją drogą”, od której opisu zacząłem ten tekst.

Moja odpowiedź jest prosta: Wolę przeżyć pięć lat, chociaż wiem, że nie zawsze jest to proste.

Wierzę w specjalizację w kwestiach zawodowych i będę tak robił dopóki kardiochirurdzy zarabiają więcej, niż kasjerzy. Jednak w życiu osobistym nie chcę się zamykać w samych znanych ścianach. Myślę, że warto umieć flirtować, tworzyć świetne biznesy i podróżować po Azji, ale warto też nauczyć się robić nalewki tak jak dziadek, kłaść płytki w łazience, ubrudzić się przy naprawianiu starego auta, dzielić się z kimś doświadczeniem mimo świadomości, że nie posłucha, nauczyć się rozpalać ogień, posadzić drzewo. Generalnie uważam, że takie szerokie spektrum doświadczeń, umiejętności i punktów widzenia, które się sprawdziło jest kluczem do tego, co rozumie się przez dobrze przeżyte życie.

Na tej liście znajduje się też dla mnie bycie rodzicem, noszenie rozgorączkowanego dziecka w nocy, wygłupianie się na placu zabaw, dostawanie i dawanie buziaków, urządzanie imprez ze „Śpiewającymi brzdącami”, śmianie się z przewrażliwionych „madek” i dowiadywanie się gdzie w odcinku „Świnki Peppy” schował się George.

Uważam, że tak samo ważne jak awans w pracy jest stawanie się lepszym człowiekiem, bo się rozumie wie, że dzieci nie słuchają tylko naśladują oraz orientowanie się, że to małe ciałko, które na początku tylko krzyczało, jakimś cudem stało się częścią ciebie. I jest ci z tym dobrze. Zaskakująco dobrze. Tak dobrze, że jak o tym myślisz, to czujesz jak kruche masz wnętrze.

Myślę że świetnie jest stać się tym gościem w średnim wieku (ale wiecie! Z klasą!) i zrobić swoim córeczkom wesele, chociaż podejrzewam, że będę chodził wkurwiony, bo akurat ktoś zechce posłuchać jakiegoś hitu disco-polo. A na koniec, nie wyobrażam sobie żeby pod koniec życia nie być świetnym dziadkiem. Takim, który wpada na metę z rozwianym włosem, sypie lód do szklanki z grubego szkła, leje do niego whisky i zarzuca wnuki anegdotami o rodzinie, starymi fotografiami i nagrodami, a kiedy będzie trzeba, to powie: „Zasługujesz na więcej!”, „Dasz radę!” albo „Przestań się mazgaić!”, bo dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu, będzie to wiedział.

Nie bardzo wyobrażam sobie bez tego uznanie swojego życia za pełne. Ale to ja. Wy nie musicie. Jak to powiedział przedszkolak o imieniu Gustaw: „Każdy decyduje o swoim życiu – nikt szynki jeść nie musi”.