Relacje po włosku [+Konkurs]

Relacje po włosku [+Konkurs]

Od pierwszego wejrzenia zakochałem się tylko trzy razy.

Pierwszy raz zdarzył się kiedy poszedłem do szkoły w białej koszuli i granatowym sweterku. Ona miała na imię Kasia, blond włosy sięgające ramion i dołeczki w policzkach. Przez kolejne miesiące chodziłem za nią jak szczeniaczek, dopóki nie doświadczyłem tego, że są uczucia, które przychodzą i odchodzą. Zwłaszcza jak jest się siedmioletnim pętakiem, który lubi gumy Turbo.

Drugi raz nastąpił, kiedy miałem jedenaście lat. Był lipiec. Wakacje. Można byłoby zrobić mi zdjęcie i pokazywać jako definicję słowa „znudzenie”. W odruchu rozpaczy zdjąłem z półki „Trzech muszkieterów”, zacząłem czytać i… oniemiałem. Akcja pochłonęła mnie bez reszty, a ja zrozumiałem ludzi mówiących z wyższością: „Słaby ten film. Książka jest lepsza”. Od tamtej pory wiedziałem, że czytanie będzie jedną z moich ulubionych czynności. Następnie dowiedziałem się, że będzie nią też pisanie.

Trzeci raz zdarzył się, kiedy skończyłem liceum. Niektórzy ludzie, żeby znaleźć miejsce, do którego chcą wracać, muszą zjeździć Amerykę Południową czy inną Azję. Ja musiałem pojechać do Włoch. Zobaczyć równe rzędy winorośli. Poczuć poranny zapach powietrza, kawy i rozgrzewającego się bruku. Zjeść pizzę w jednym z miasteczek, które wydaje się trwać w tym samym miejscu od zawsze. Patrzyłem na ludzi, którzy wydają się nigdzie nie spieszyć i byłem w stanie myśleć tylko o tym, że tak powinno się żyć – nie gubiąc swojego rytmu, pamiętając o ludziach dookoła i nie zapominając o detalach.

Myślę tak do dzisiaj. Zresztą doskonale to wiecie, bo pisałem to już nie raz i cały czas się zaklinam, że jeśli pójdę na emeryturę to będę ją spędzał jak Mathis w drugim Bondzie z Danielem Craigiem, czyli w Quantum of Solace.

Kiedy więc dostałem propozycję napisania eksperckiego artykułu o relacjach międzyludzkich we włoskim stylu, to musiałem powiedzieć: „Tak!”.

Od dzisiaj mój obszerny tekst o tym co znaczą „słodkie relacje” możecie przeczytać w Akademii Dolce Vita De’Longhi. Napisałem tam:

  • trochę o badaniach naukowych i dlaczego mieszkańcy amerykańskiego Roseto byli zdrowsi i żyli dłużej niż mieszkańcy okolicznych miast
  • trochę o tym jak widzę włoskie życie i dlaczego wolę być efektywny po polsku, ale czas spędzać bez pośpiechu i z godną podziwu nonszalancją
  • oraz mnóstwo o moim podejściu do relacji – i tych towarzyskich i o tych bardziej romantycznych.

Na pewno będzie się wam podobać.


Konkurs!

Przy okazji mam też dla was prezenty, które mogłem wybrać sam, co jest świetną wiadomością, bo jak wiadomo, mam bardzo prosty gust – lubię to, co najlepsze.

Dla jednej osoby będzie to wybrany przeze mnie zestaw włoskich filmów. Znajdziecie tam Felliniego i Rzymskie wakacje, ale też nowsze produkcje. W sam raz, żeby siąść z kimś kogo lubicie, opychać się pizzą i nieco oderwać się od mainstreamu.

Dla trzech kolejnych osób nagrodą będzie zestaw książek kojarzących się z Włochami. Jedna jest o kulisach i czasach, w których powstawało Dolce Vita „Felliniego”, druga to „Warsztaty stylu” Marii Młyńskiej, która moim zdaniem świetnie czuje czym jest włoski styl, chociaż cała książka jest mocno uniwersalna, książka nr 3 to „Buonissima! Podróż po kuchni włoskiej”, która opowiada o – surprise, surprise – o kuchni półwyspu Apenińskiego i przepisach, za które pokocha was każdy facet i każda kobieta.

Żeby wygrać nagrody wystarczy przeczytać mój wpis „Słodkie” relacje po włosku, czyli 5 zasad szczęśliwego życia w Akademii Dolce Vita, a później odpowiedzieć w komentarzu pod tym wpisem (czyli pod „Relacje po włosku+Konkurs) na pytanie:

Jaki jest Twój ulubiony sposób spędzania czasu w stylu Dolce Vita?

albo

Jak chciałbyś/chciałabyś spędzić z kimś jeden dzień w stylu Dolce Vita?

Konkurs potrwa do 28 września, do godz. 23:59. Wygrają cztery najprzyjemniejsze, najbardziej kreatywne lub najbardziej pasujące do idei włoskiego życia komentarze (Proszę, nie piszcie wierszyków, bo zawsze wtedy umiera jakiś szczeniaczek). Nie bójcie się odpowiedzi szczegółowych – być może dzięki temu powstanie tu baza fajnych czynności, które można robić we dwójkę, trójkę albo i więcej osób, co będzie wspaniałym efektem ubocznym.

Wyniki konkursu znajdziecie tutaj, w zaktualizowanym wpisie, już 29 września. Powodzenia!

PS. Komentując podaj poprawny adres e-mail – będę na niego pisać, żeby ustalić szczegóły przesyłki.

Zwycięzcy!

Nagrody wędrują do następujących osób:
Filmy – Aleksandra, za zaskakujący i piękny post.

Książki otrzymują: Mateusz (bo uważam, że takie proste chwile są zdecydowanie niedoceniane), Magdalena (za „zakochanie się w świecącym planktonie”) i druga Magda (bo w dresach nie tylko dobrze ogląda się seriale, ale też czyta i gotuje).

Wszyscy zwycięzcy dostali ode mnie maila z prośbą o adres do wysyłki i dodatkowymi informacjami.

Print Friendly, PDF & Email

34
Dodaj komentarz

avatar
100000
31 Comment threads
3 Thread replies
4 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
32 Comment authors
AnnaS.B.S.AgataAleksandraAgnieszka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Dawid
Gość
Dawid

Według mnie idealne spędzanie czasu to spotykanie się z moimi znajomymi, zawsze spotykamy się w innym miejscu. Często urządzany sobie spontaniczne wyjścia na eventy na mieście, jednak podczas zimy chodzimy na różnego typu pubquizy, do lokali z grami czy też nawet wspólne wyjścia do kościoła. Mamy swoją grupkę na FB, dzięki czemu możemy bez problemu wszyscy się ze sobą komunikować, chociaż mieszkamy w różnych częściach miasta, często również bywają dni, gdzie ktoś o 18 pisze, że na 20 się spotykamy. Wtedy jeśli wszyscy są w mieście to przychodzimy w wyznaczone miejsce. Według mnie to jest kwintesencja spędzania wolnego czasu, czyli tak jak wspomniana w artykule wspólnotowość. Nie chodzi tutaj gdzie chodzimy, oraz co pijemy, chodzi o to, że robimy to wszystko razem, nawet jeśli są to spacery w 8 osób. Jedne dzień w stylu Dolce Vita przedstawia się następująco.: Budzę się odpowiednio rano, czyli około 7, po czym idę do pobliskiej piekarni po rogaliki czekoladowe. Następnie wracam i zaparzam świeżo zmieloną kawę. Jak wszystko jest gotowe, budzę moją drugą połówkę na śniadanie. Jemy sobie śniadanie i opowiadamy o spektaklu z dnia poprzedniego. Następnie ubieramy się i wychodzimy na poranny spacer, jeśli jest to niedziela to wychodzimy do kościoła (u mnie w mieście jest to katedra). Wracamy po tym do mieszkania i sprawdzamy imprezy kulturalne w mieście lub niedaleko go. Czyli różnego rodzaju przedstawienia wolnego wejścia, czy też wystawy na dworze. Następnie idziemy do jednej z naszych ulubionych małych restauracji z boku runku na obiad, do obiadu pijemy wino i przyjemnie rozmawiamy sobie. Po obiedzie wychodzi na imprezy kulturalne które zaplanowaliśmy, lub które zobaczyliśmy po drodze, tego dnia nie używamy auta, spacerujemy sobie bez pośpiechu. Po tym, idziemy sobie wypić kawę przy rynku, przy fontannie, szum wody i muzyka o umiarkowanej głośności świetnie wpływa na pozytywny nastrój. Następnie idziemy do znajomych, zapraszamy ich do nas, lub spotykamy się na mieście i robimy coś wspólnie, może to być jeden z koncertów w stylu „Sofar Sounds” lub inne tego typu imprezy przy winie, lub wyjście na runek na wino. Po wspólnej „imprezie wracamy do domu oczywiście spacerem, moja druga połówka wtulona we mnie, cały czas rozmawiamy o sprawach przyjemnych, nie przejmując się narzekającym szefem czy problemach w pracy. Po wejściu do domu jeśli nie piliśmy wino to siadamy w wygodnych fotelach z lekką muzyką w tyle i pijemy wino, lub po prostu rozmawiamy ze sobą, aż do momentu zaśnięcia. Tak widzę idealny dzień, chociaż prawdopodobnie ten dzień potoczyłby się inaczej, gdyż ma być to ten dzień wspólnie spędzony, wiec to co byśmy robili jest zupełnie dowolne i wszystko jest akceptowalne, bo chodzi o to aby to był dzień Dolce Vita!

Magda
Gość
Magda

Tak zupełnie szczerze, mój ulubiony sposób spędzania czasu w stylu Dolce Vita to ten, gdy mówimy sobie z partnerem, że po pracy pójdziemy na elegancką, romantyczną kolację. Zatem gdy już nadchodzi wieczór, stolik jest zarezerwowany, a my praktycznie gotowi do wyjścia, jedyne co chcę usłyszeć to: „odwołujemy rezerwację, zamawiamy pizzę do domu?”. Bywałam w różnych miejscach, jadałam w przeróżnych restauracjach, mniej lub bardziej ekskluzywnych. Ale NIC i NIGDZIE nie było dla mnie esencją życia w stylu Dolce Vita jak siedzenie razem na kanapie, w bluzach dresowych (ja z wyjściowym makijażem), zajadanie się pizzą prosto z pudełka (lub sushi na dowóz) i popijanie wina, oglądając kolejny odcinek serialu.
Jakiś czas temu byłam na bardzo ekskluzywnym wyjeździe z pracy i siedząc tam nie mogłam przestać myśleć o tym, że wolałabym raczej znaleźć się na wyżej wspomnianej kanapie i czekać które z nas pierwsze powie „hmm… to co, kolejny odcinek?”
Ot, proste przyjemności życia.
Pozdrowienia (choć teraz już nie z kanapy),
Magda

Mateusz
Gość
Mateusz

Idealne Dolce Vita,to spokoj i harmonia,brak codziennej presji i wyciśnięcie z tej chwili wszystkiego co najlepsze.Ja Dolce Vita mam wtedy,kiedy odwiedzam rodziców w małej wsi.Siadamy wszyscy w ogrodzie przy stole,pijemy smaczne wino i zagryzamy pysznościami zrobionymi przez mamę.Cisza,rodzina,spokoj.
Gdybym miał go spędzić w jakiś sposób,to właśnie tak,jak napisałem wyżej.W rodzinnym gronie,które przypomina włoska rodzine,pełne radości i uśmiechu,pomiędzy cisza i niebem dla kulinarnych zmysłów :)

Kasia
Gość
Kasia

Chciałabym wstać rano ale nie przed 11, bo nie lubie wcześnie wstawać. Zjeść niespiesznie śniadanie w ogrodzie, obserwując ptaki i piękna pogodę. Obgadując co się ostatnio dzieje w naszych życiach. Bezwstydnie mówiać tej osobie jak się cieszę, że możemy razem spędzić taki wspaniały poranek. Popijając mocną kawą słodkie bułeczki, planujemy wspólnie jak mamy ochotę spędzić dzisiejszy dzień. Po śniadaniu pakujemy rzeczy na plażę i idziemy na długi spacer na plażę, zatrzymując się co chwilę na pogawędkę z sąsiadami i ze znajomymi, których przez przypadek spotkaliśmy :D Rozkładamy ręczniki, i cieszymy się gorącym słońcem i słonymi falami. Gdy zgłodniejemy idziemy do pobliskiego baru na plaży i zamawiamy kilka przekąsek i Mohito, przy okazji wdając się w rozmowę z nowo poznanymi ludźmi ze stolika do którego właśnie się przysiedliśmy i po prostu cieszymy się towarzystwem. Wieczorem zabieramy rodzinkę i idziemy na obiad do naszej ulubionej restauracji, gdzie spędzamy dużo czasu na rozmowach, żartach i piciu słodkiego wina, bo bardzo je lubię. Wieczór kończymy powrtotem do domu i obejrzeniu wspólnie jakiegos dobrego filmu.

Nie ma w tym dniu nic specjalnego ale myślę, że istotą życia Dolce Vita jest dostrzeganie i cieszenie się szczegółami np. piękną pogodą i nie zamykanie się na ludzi. Zwykły uśmiech do sąsiada może poprawić humor. Nigdy też nie wiesz czego nowego możesz się nauczyć lub dowiedzieć podczas zwykłej pogawędki z przypadkowo spotkanym człowiekiem.

Karolina
Gość
Karolina

Spędzanie czasu w stylu Dolce Vita wiąże się dla mnie ze spontanicznością, prostotą i brakiem poczucia, że cokolwiek muszę. A wszystko cokolwiek robię wypływa z potrzeby serca. Z potrzeby bycia dobrym człowiekiem, który swoim entuzjazmem zaraża wszystkich dookoła, wyzbywa się schematów, obaw i ograniczeń. Jednocześnie pozwala odkryć w ludziach to co najpiękniejsze – ciepło, wewnętrzny spokój i niczym nieokiełznaną radość dnia codziennego. Z najmniejszych i najbardziej oczywistych rzeczy czy zdarzeń. Wydobyć z głębi serca naturalną otwartość na rzeczy nowe i dotychczas nieznane, pobudzić ciekawość dnia dzisiejszego, odkryć dotychczas skrywaną potrzebę bycia z i między ludźmi. Dostrzec piękno ludzkiego wnętrza i niepowtarzalność dnia codziennego.

Ot, cała moja filozofia. :)
Pozdrawiam Cię serdecznie – tym wpisem przypomniałeś mi chwile spędzone w Mediolanie, gdzie właśnie z doświadczenia niczym nieskrępowanego szczęścia – popłynęły mi łzy.

Filip
Gość
Filip

Zacząłbym dzień od kawy ze swoją dziewczyną na tarasie przy wschodzie słonca. Potem przejechalibyśmy się kabrioletem nadmorską drogą wzdłuż linii brzegowej. Zatrzymalibyśmy się w jednym z nadmorskich miasteczek w restauracji w porcie i zamówili menu dnia, białe wino, sałata, owoce morza, deser. Następnie udalibyśmy się na spacer po starym mieście wąskimi uliczkami gdzie jest pełno barów i sklepików. Na koniec pojechalibyśmy na latarnie morską i z niej podziwiali zachód słońca przy lampce szampana z widokiem na morze :)

Klaudia
Gość
Klaudia

Zazwyczaj nie angażuję się w żadne akcje bądź konkursy. Ten przypadł mi do gustu i bez zbędnego myślenia wzięłam się do pisania, bo lubię Twoje teksty, a druga rzecz to tematyka. We Włoszech jest mój drugi dom i rodzina (obcy ludzie, którzy przyjęli mnie do swojej rodziny i pokazali jak można żyć w stylu dolce vita). Zaczęło się od 4 miesięcznego pobytu we włoskiej rodzinie w Turynie jako au pair i trwa nadal od 4 lat.

Jak sobie wyobrażam życie w stylu dolce vita? Widzę siebie i swojego obecnego partnera w niedzielny poranek jak siedzimy w kuchni gdzie unosi się zapach kawy, czytamy książki, czasopisma i oczekujemy na przebudzenie się naszych przyszłych dzieci (jak będą :)). Potem przygotowujemy wspólne śniadanie, oczywiście na słodko, w ruch idą ciasteczka bądź tiramisu z włoskiego przepisu. Po śniadaniu mama (czyli ja) zostaję w kuchni i powolutku przygotowuję świeże pieczywo oraz aperitivo. Mój mąż idzie z dziećmi do kościoła, bądź bawi się z nimi i oczekujemy przybycia znajomych bądź rodziny na wielki, gadatliwy i pełen zamieszania lunch. Możliwość zjedzenia posiłku przy jednym stole i zgromadzenie wszystkich bliskich stało się dla mnie niezwykle ważne! Celebrujmy to! Nadróbmy zaległości ze znajomymi, rodziną, siądźmy przy stole, nie śpieszmy się, dajmy się dzieciom pobawić.
Życie w stylu dolce vita polega też na tym, aby nie przejmować się bałaganem, niewypranym praniem, ale spędzeniem czasu z bliskimi. Pranie zawsze wykonamy, natomiast ze spotkaniem może być gorzej. Po lunchu pozwólmy każdemu iść na sjestę w dogodnym dla niego miejscu. A po wypoczynku wskoczmy do basenu i w przerwie zajadajmy się gellato!

Życie w stylu dolce vita to przeżywanie chwil, picie wina w kuchni, zajadanie się pysznym jedzeniem, spędzanie czasu z bliskimi w domu. Takie banalne, ale my Polacy niestety za bardzo się przejmujemy nieporządkiem w domu, nieumytymi oknami bądź niezrobieniem zakupów.

Ja już tego się nauczyłam i staram się do mojego polskiego życia, domu, przyjaciół wprowadzić kilka rytuałów: pyszna kawa o każdej porze dnia i nocy, makaron też ugotuję, znajdę czas na pogawędkę bądź wspólne milczenie czy organizowanie wypadów za miasto (co Włosi przecież kochają).

Recepta na Dolce Vita:
– dobra kawa
– pyszny makaron
– PARMEZAN
– wino
– spotkania z rodziną, znajomymi
– lunche na świeżym powietrzu
– wspólne wypady w góry, nad morze
– dobra książka
– aperetivo (tak bardzo mi tego brakuje w Polsce)
– wieczorna wspólna bajka z dzieciakami (co z tego, że jesteś dorosły, bajki są fajne!)
– włoska muzyka w tle
– robienie spontanicznych rzeczy
– rodzinne winobranie
– wspólne nakrywanie stołu
– pomaganie sobie :)

Magdalena
Gość
Magdalena

O rety, jak ciężko wybrać mi taki jeden jedyny sposób spędzania czasu w stylu Dolce Vita. Chyba opiszę dwa… Jeden z takich sposobów to rodzinne uroczystości lub zwyczajnie rodzinne spotkania bez okazji, kiedy spotykają się trzy pokolenia, dziadków, rodziców i kuzynostwo. To jest zawsze w stylu baaaaardzo włoskim :) Wszyscy jesteśmy głośni, jeden przez drugiego mówi, gestykuluje, wszyscy wybuchamy co jakiś czas śmiechem, stół mamy zastawiony smakołykami, ja rzucam się na sałatki i pieczone mięso, a znowu kuzynka na talerz ciasta, w kieliszkach wino białe dla mnie, wytrawne, ciocia tylko słodkie, mama z kuzynką gin z toniciem, dziadek z wujkiem po kieliszku, tradycyjnie, babcia: „nie nie, ja nie pije, potem źle się czuję!”, by za chwilę, „no ale to taki naparstek mi nalejcie”. Czasami wyciągamy z kuzynostwem planszówki i gramy, oczywiście przy ławie, gdzie reszta rodziny przy stole, bo przecież nie przeszkadza nam to, że inni obok, a my musimy mieć ciszę, wręcz przeciwnie! Nadaje to tylko smaku i radości. Babcia czasami niedosłyszy, a co niedosłyszy to sobie dopowie, z czego tworzy się mnóstwo anegdot, a wspólnego śmiechu jak powtórzymy babci głośniej – co nie miara. Jest ogólna wrzawa i pełnia szczęścia.
Kolejny taki sposób, to spotkania z przyjaciółmi. Są momenty, gdy wszystko rzucamy, zegarki chowamy do toreb i po prostu cieszymy się swoją obecnością. Albo wychodzimy gdzieś, na koncert, potem do baru na pogawędkę lub spotykamy się pograć w planszówki, czy też wymyślamy, że dziś szykujemy grilla i startujemy z przygotowaniami wspólnie krojąc, słuchając muzyki, przypominając sobie różne wspomnienia sprzed lat. Jak już uszykujemy karkówkę, kiełbasę, szaszłyki, zrobimy sosy (bo przecież bez czosnkowego i tzatziki to nie ma imprezy!), upieczemy drożdżówkę na deser, zaopatrzymy się w białe wino i whisky i siadamy wszyscy razem to wielkiego stołu i cieszymy się chwilą. Zatrzymujemy się w codzienności i robimy razem coś, co sprawia, że jeszcze bardziej cenimy życie i wspólnotowość. Wiemy, przetestowalismy, że jesteśmy wszyscy dla siebie w dobrych i szalonych chwilach, ale również w tych trudnych. Nie tracimy czasu na narzekanie, po prostu kochamy siebie nawzajem w naszej przyjaźni.
Ajjjj nie mogę się powstrzymać… takie moje, moje wewnętrzne Dolce Vita znajduję w dwóch okolicznościach najbardziej, kiedy jestem z dziećmi (swoich nie mam jeszcze, więc po oprostu jako dobra ciocia), kiedy bawimy się razem, gramy w coś, albo układamy klocki, czy ubieramy lalki, bo przecież wszystkie musza mieć piękne sukienki i dobrane do tego buty, albo malujemy, czy gramy w piłkę, bądź po prostu siadamy i dyskutujemy na poważne życiowe tematy, tak, dzieci są bardzo życiowe i mądre, i w nich jest ta radość i słodycz życia niczym nieskalana. One są zawsze szczere i zawsze ufające, to od nich musimy czerpać tę radość życia i patrzeć jak i one na świat przez różowe okulary. Zło dobrem przezwyciężać, dostrzegać uśmiech drugiego człowieka, cieszyć się, że liść tak pięknie spada, bądź też niebo maluje się wszystkimi kolorami tęczy. Tak robię. Po prostu patrzę dookoła i cieszę się każdym dniem.
Ale takie moje, moje Dolce Vita, wspólnotowe jest jeszcze jedno… wpadłam jak śliwka w kompot, zakochałam się w teatrze improwizowanym i zapisałam się na warsztaty improwizacji, już kolejny stopień kursu za mną… Zajęcia odbywają się w stałych grupach, 16 osobowych, niesamowite jest to jak jesteśmy zgrani, jak wzajemnie się rozumiemy, jak zaczynamy grać scenę to po prostu pozwalamy emocjom i słowom płynąć, improwizujemy – uczymy się tego, by za jakiś czas stanąć na scenie. Jednoczy to naszą całą grupę, uwielbiamy te 2h zajęć (często je przedłużamy, spotykając się poza warsztatmi, dyskutując o scenach, o życiu. Każdy z nas ma inne poglądy i wszyscy się wzajemnie szanujemy, nikt nikogo nie gani za inne zdanie, nikt nie narzeka, choć każdy jest z bagażem doświadczeń, otwieramy się przed sobą, nie boimy się pokazac naszych wad, naszych emocji. To jest niesamowite i trudne do opisania.
Okej. ostatni sposób! Zakochałam się… zakochałam się w ciszy przerywanej śpiewem ptaków, zakochałam się w spokojnym bytowaniu, w błękitnej gorącej wodzie, białej plaży, delfinach skaczących w oddali, kolorowym świecie podwodnym, bezludnych wyspach, sandbankach, świeżych rybach na kolację, śniadaniu z kokosem, tuńczykiem, chili i curry, zakochałam się w radości z każdego dnia, gdzie do życia nie potrzeba luksósów, i gdzie najbardziej liczą się przyjaciele i rodzina. I tak naj naj najmocniej zakochałam się w świecącym planktonie… Opisuję Malediwy. Ale nie te nudne restortowe, sztuczne… ale te prawdziwe, te gdzie żyją Malediwczycy, wyspy lokalne. Gdzie wszyscy są dla Ciebie mili i uśmiechają się, gdzie dziękują, że odwiedzasz wyspę lokalną, gdzie łowią dla Ciebie z samego rana świeżą rybę (lucjan czerwony – mniam), gdzie wciskają w rękę kokos z rurką wbitą w sam środek i życzą smacznego. Dookoła biegają dzieciaki, zaczepiają Cię, a to do zdjęć, a to do zabawy. Miejsca nieskażone tłumem turystów, którzy tylko mają oczekiwania, lecz miejsca, gdzie każdy znajdzie dla siebie swoją palmę, pod którą siądzie z książką i zanurzy się w chwili, której nic nie zaburzy, no może poza spadającym kokosem ;) ale na pewno nie będzie nikogo, kto namawia do kupienia bransoletki, łańcuszka, ciuszka czy innych okularów. Tego tam nie ma. Tam jest cisza, spokój i natura. Raj, w którym toczy się normalne życie zwykłych ludzi, którzy idą do jednego jedynego sklepu, na tyłach którego znajduje się galeria sztuki i biurko gdzie malarz/rzeźbiarz tworzy swoje dzieła na papierze, albo na kokosie, mężczyźni łowią ryby, dzieciaki chodzą do szkoły, grają w piłkę (dorośli zresztą też mają swoją drużynę i boisko otoczone palmami), a wieczorami wszyscy siadają wspólnie i się sobą cieszyą, nawet po jakimś czasie przestaje zwracać się uwagę na to, że 5x dziennie jest nawoływanie do modlitwy, a kobiety chodzą w hidżabach, nikabach bądź burkach, są takie same. Nawet mają swoją Ewę Chodakowską, która zbiera grupę kobiet i biegają wieczorami. Tam życie toczy się jednym rytmem, dzień wstaje o 6, a słońce zachodzi o 18.
Przepraszam, że sposobów na spędzanie czasu w stylu Dolce Vita tak dużo opisałam… Te kilka to i tak kropla w morzu :) Ja po prostu tak podchodzę do życia, z radością, z optymizmem, z głową pełną marzeń, które powoli spełniam, wszystkich obdarowuję uśmiechem, a jak zdarzy mi się zamyślić i posmutnieć to zaraz zbiera się wokół mnie grono dobrych ludzi, aniołów bez skrzydeł, którzy po prostu są obok i jak trzeba to wesprą lub rozśmieszą.
Kocham życie i kocham żyć. Kiedy czasami pojawiają się schody, po prostu nimi kroczę, w końcu będzie jakieś pietro i chwila odpoczynku!

Pozdrawiam ciepło i Ciebie Michale, i wszystkich czytających Twój genialny blog!

Magdalena
Gość
Magdalena

zapomniałam dopisać :P że we Włoszech byłam trzy razy i jestem zakochana w tym kraju po uszy! <3

Monika
Gość
Monika

Dolce vita to szybkie caffè przy barze, to pizza prosto z pudełka jedzona siedząc na chodniku w Neapolu, to zdziwienie, że w Mola di Bari mogę oglądać zachód słońca w morzu chociaż jestem na wschodnim wybrzeżu Wloch, to zaskoczenie i pytanie: skąd się wzięli ci wszyscy ludzie wieczorem skoro za dnia miasteczko bylo wymarłe, to obserwowanie na plaży malej może pięcioletniej włoskiej damy, która z wdziękiem obraca sobie tatusia wokół palca, to spacer Lungomare z widokiem na Sycylię i podziwianie sprawności Włoszek na dwunastocentymetrowych obcasach; dolce vita to pójść na bazar i odkryć włochate jak kiwi ogórki, zapytać, a co się z tym robi widząc nieznane warzywo, dostać kilka przepisów od przypadkowych przechodniów, którzy zaraz się zgromadzą, no bo „nie, to nie tak…ja dodaję…”, „absolutnie nie, lepsze będzie z …” a potem w domu zrobić sobie słoiczek złocistych bakłażanów w oliwie i zimą rozmarzyć się nad nimi…

Agata
Gość
Agata

Mieszkałam w Rzymie przez pół roku jakieś dziesięć lat temu. Uważam Włochy za jedno z najpiękniejszych i równocześnie najgorszych miejsc do mieszkania. Z jednej strony Dolce Vita – pyszne jedzenie, uśmiechnięci i nieśpieszący się ludzie którzy nawet spóźniając się do pracy potrafią przytrzymać starszej sąsiadce drzwi i zapytać o zdrowie. O zdrowie dzieci. O zdrowie synowej. O zdrowie wnuków. I jeszcze o…
Z drugiej strony jeśli ten cudowny człowiek trzymający drzwi pracuje w urzędzie i na niego czekasz bo musisz koniecznie coś załatwić bo gość przyjmuje raz na dwa tygodnie w czwartki między 11 a 12 to niestety moje polskie wychowanie bierze górę i poziom nerwicy wzrasta.
No właśnie – a miało być o słodkim życiu, spokoju i radości.
Tęsknię za Włochami w tej pierwszej odsłonie. W swoim polskim zabieganym życiu ciągle szukam drobiazgów, które te Włochy mogły by mi przypomnieć. Uwielbiam dni które zdarzają się rzadko np. ślub bliskiej osoby kiedy cała rodzina i znajomi są po to by celebrować i cieszyć się tą właśnie chwilą; coroczny zjazd rodzinny kiedy w dwadzieścia parę osób zjeżdżamy się żeby zjeść razem obiad, pogadać i popatrzeć jak dzieci rosną ; wyjazd w góry do chaty bez prądu i ciepłej wody gdzie człowiek cieszy się że ma dach nad głową i obiad który organizował kilka ładnych godzin (własnoręcznie uzbierane jagody i naleśniki smażone nad paleniskiem).
Częściej jednak znajdują się drobne chwile które stają się taką namiastką Dolce Vita: puszczanie samolocików z papieru , zajadanie się lodami z ulubionej lodziarni na które trzeba specjalnie się wybrać na spacer na Stare Miasto, robienie ludzików z kasztanów (co z tego że dla dzieci – ale jaka frajda!); spotkanie na pizzy z przyjaciółmi w piątkowy wieczór gdzie można pogadać o życiu i śmierci, o kłopotach, o tym kto z czym się boryka, kto czym się cieszy, na co czeka; znalezienie czasu na szycie na maszynie (hobbistycznie i nie zawsze z efektem – ale co tam); siedzenie w deszcz przy oknie z kawą i patrzenie na krople spływające po szybie, pójście na wernisaż z dobrą duszą (ot tak, nawet nie wiedząc czyja wystawa – może kogoś odkryję?); pójście w jakieś miejsce zupełnie dla mnie nieznaną ścieżką; dobra książka i wygodny fotel i trochę wolnego czasu.
Chyba właśnie dzięki tym drobnym momentom moje stery nakierowują się na właściwe fale.
Tak mało i tak dużo. Tak łatwo i tak trudno.

Dominika
Gość
Dominika

Gdy myśle o Dolce Vita pierwsze co przychodzi mi na myśl to czas spędzony w miłej atmosferze,bez pośpiechu,tak jak mam na to ochotę i nie zastanawiania się nad tym co powinnam zrobić.
Takie dni spędzam z moim chłopakiem.Czasami umawiamy się na wyjście do kina,knajpki albo na rolki i mamy zaplanowany wieczór.Bilety kupione,knajpka wybrana ale w ostatniej chwili któreś z nas wpada na pomysł że może zostaniemy w domu i cos porobimy.Otwieramy wino,zamawiamy pizze albo gotujemy makaron(i tutaj powinnam dodać,że gotuje mój chłopak a ja zazwyczaj patrze jak sobie radzi i pije wino) szukamy dobrego filmu i tak mija cały wieczór.Nie ma dla mnie nic lepszego niż Jego obecność,kiedy lezymy przytuleni i czasami ogladamy cos poważniejszego a czasami jakieś głupoty.Tak mogą mijać wszystkie wieczory.Nic wiecej nie jest mi potrzebne,bo wszystko mam przy sobie.Moze troche to banalne i takie normalne ale w końcu o to chodzi.Trzeba spedzać czas tak jak Nam to odpowiada.
Pozdrawiam
Dominika

Ola
Gość
Ola

Już pierwszy, jeszcze zaspany rzut oka na błękit nieba działa na mnie jak zapach kawy na kobietę z reklamy Jacobs z lat 90. Czuję, jakby bezchmurnym bezkresem świat dawał mi gwarancję, że ten ostatni dzień też będzie idyllą.
Myjemy zęby patrząc na swoje odbicia w lustrze i już wiem, że dziś hotelowe śniadanie zjemy w łóżku.
Odpalając wynajętą Vespę On pyta tylko „W lewo czy w prawo?”, choć oboje wiemy, że kierunek nie ma żadnego znaczenia. Malutka, jakby nieistniejąca dla Google Maps, bezimienna plaża, sprawiająca wrażenie nieodkrytej dotąd przez żadnego turystę, szybko okazuje się naszym dzisiejszym, prywatnym rajem. Widok szmaragdowego morza koi nasze oczy i dusze. Pomimo południa, On wyciąga z plecaka butelkę regionalnego czerwonego wina, a zerwane po drodze figi smakują lepiej niż lunch w Atelier Amaro. Żegnamy to miejsce w wymarzony sposób.
Podczas krótkiego lotu wymieniamy się telefonami, żeby przejrzeć zrobione przez ostatni tydzień zdjęcia.
W drodze do domu wpadamy jeszcze tylko do mojej mamy, żeby wręczyć jej słoik lokalnego miodu i zobaczyć uśmiech na jej twarzy na myśl o tym, że swoją wieczorną herbatę posłodzi dziś odrobiną Thassos.

Moje greckie Dolce Vita. Mój miniony poniedziałek.

Sabina
Gość
Sabina

Tak jak sam pisałeś na włoskie Dolce Vita nie składa się tylko jedna rzecz. Dla mnie to wspomnienie najlepszych i najbardziej ekscytujących wakacji (jak na razie) w moim życiu, to espresso w ulubionej kawiarni, to gelato w najlepszej lodziarni w mieście, to zakupy na pobliskim targu, gdzie można kupić wszystko, począwszy od pachnących słońcem pomidorów, skończywszy na ciuchach z second handu i tanim alkoholu, to całe popołudnia spędzane na plaży w palącym słońcu.
Kwintesencją Dolce Vita są wieczory z przyjaciółką, przesiedziane na balkonie naszej typowej włoskiej kamienicy, gdzie mogłyśmy bezkarnie podglądać i obgadywać naszych sąsiadów, to stojący przed nami już prawie pusty 2,5-litrowy bukłak z domowym winem, to nocne rozmowy o związkach, miłości i innych banałach.
To wiele innych maleńkich i niepozornych rzeczy, które składają się na coś co dla Włochów jest codziennością, a dla nas najczęściej czymś wyjątkowym, wymarzonym.

ata
Gość
ata

Wstaję rano, budzi mi słońce I nie mogę juz dłużej spać, schodze po cichu po schodach do kuchni, gdzie robię kawę, słucham ciszy, która jest w domu, czekam aż wstaną dzieci i zaczną mnie szukać ale nim to nastąpi mam dla siebie nieśpieszne, spokojne 15 minut. Piję spokojnie kawę, podwijam stopy pod siebie ,czuję chłód od podłogi, czytam ksiażkę. Mamo…gdzie jesteś? za chwilę dom wypełni się gadaniem dzieci, ruchem, śpiewem, przekamarzaniem. Na stole obok kawy pojawią się kredki, lalki, misie…Jest sobota, robię naleśniki, dzieci wyjadają dżem ze słoika, dom żyje. Jesteśmy razem tu i teraz. Proste rzeczy.

Dawid
Gość
Dawid

Pojechać nad zalew. Łapać słońce czytając książke oraz rozmawiając nieśpiesznie z Nią. Jeść zwykłe kanapki przegryzając pomidorkami koktajlowymi. Wieczorem spędzić czas w łóżku nie tylko oglądając wspólnie mecze. Taki dzień stylu Dolce Vita miałem ostatnio i chętnie powtórzyłbym :)

Anet
Gość
Anet

Drogi Volancie,

Po przeczytaniu Twojego wpisu i pytania o przepis na słodkie życie nieskromnie pomyślałam: „Ale ze mnie szczęściara!”. Szczęściara dlatego, że wyrabianie dolce-nawyków przychodzi mi być może niełatwo, ale za to z kretesem. Szczęściara, ponieważ uśmiechnęłam się na wspomnienie wczorajszego dolce-dnia z moim dolce-chłopakiem.

Odpowiedź na te pytania sprawia mi trudność, ponieważ nie mam jednego pomysłu na spędzenie czasu w stylu Dolce Vita. Zawsze roi mi się ich w głowie cała chmara, a zawarcie ich w jednym dniu przyprawia o gęsią skórkę.
Są natomiast w mojej pamięci chwile, które jak klatki w kliszy filmowej – mogłabym odtwarzać bez końca wciskając przycisk „Replay”. Spontaniczne wyjazdy z przyjaciółką w góry. Nocne spacery po krętych uliczkach południowo-europejskich stolic. Confetti wybuchające z policzków, gdy przyjaciele urządzili Ci przyjęcie-niespodziankę. To tylko kilka przykładów, ale to właśnie takie chwile lubię kolekcjonować najbardziej.

Wczoraj było wyjątkowe, bo pomimo wielu przeciwności losu (o które skrócę tę historię) udało nam się z T. wyłuskać to co najlepsze. Zarówno dla ciała – jak i dla duszy. Spróbuj poczuć to ze mną, a doskonale będziesz wiedział o co chodzi. Słoneczne promienie jesiennego słońca muskające twarze podczas długiego spaceru, pyszny obiad cieszący podniebienia w miejscu, do którego będziemy wracać świętując kolejne rocznice, dźwięki muzyki z winyli pieszczące uszy, nawet krople deszczu łapiące w drodze powrotnej z kina. To tylko ciało; nasze zmysły, które pomagają nam żyć, ale które łatwo można oszukać. Prawdzią przyjemnością i balsamem dla duszy jest wywołanie uśmiechu na twarzy bliskiej osoby i obserwowanie unoszącego się powoli kącika ust i towarzyszącym temu zjawisku dołeczków w policzkach. Albo uchwycenie tego momentu, gdy po dwóch słowach ta druga osoba przerywa Ci kończąc zdanie za Ciebie. To chyba najlepsze „zadanie domowe” jakie można zadać do Twojej lekcji o Uważności, Volancie.

Ja takich prac domowych mam jeszcze sporo do odrobienia (na przykład NIE GALOPUJ przez ulice), ale myślę, że jestem na dobrej drodze. ;)

Pozdrawiam ciepło,
Anet

Magda
Gość
Magda

Jedziecie samochodem. Zatrzymujecie się na wschód słońca gdzieś pośrodku niczego, zdążając w odludne, nadmorskie miejsce. Promienie światła padają na rzekę – później na mapie sprawdzicie, że przejeżdżając przez całą Polskę, na wschód słońca trafiła wam się akurat Wisła w swoim dzikim fragmencie. Gdy dojeżdżacie, z pól z widokiem na starą latarnię morską wyłania się mały biały domek położony wśród wysokich, szarych traw. Gospodarz wita was ciepło i serwuje śniadanie: herbatę z miodem, chleb wypiekany w miejscowej piekarni, pomidory malinowe z własnego ogrodu i jajecznicę na maśle. Potem, wymęczeni podróżą, idziecie na plażę i w szumie morza i w krzyku mew zapadacie w słodką, orzeźwiającą drzemkę. Po południu jedziecie do małej, miejscowej smażalni ryb – on czyta ci książkę o podróży motocyklem przez bezdroża, ona ma glowę na twoich kolanach. Wieje delikatny, pachnący morzem wiatr. Po kilkunastu minutach młody chłopak, pewnie syn właścicieli, podaje świeżego rozpadającego się w ustach halibuta i ostrą, zdecydowaną w smaku flądrę. Dzielicie się – jedzeniem, winem, później zamawiacie ciasto jagodowe na pół. Wracacie do domu pośród traw – kochacie się, a później z trudem wychodzicie z łóżka. Siadacie w ogrodzie, na trawy spadają welony mgieł, na horyzoncie widać brodzące w trawach bociany szukające smakowitych żab. Pijecie wino prosto z butelki, rozmawiacie. Słońce zachodzi, przez ogród przebiega młodziutki, rudy lisek. Oglądacie wschodzący powoli księżyc. Wracacie do pokoju i kochacie się znowu. Późnym wieczorem gotujecie wspólnie risotto z szafranem i selerem naciowym, a jego zapach wypełnia całą kuchnię. Po jedzeniu idziecie do łóżka i przykrywając się szeleszczącą pościelą, nadzy przytulacie się i całujecie na dobranoc. Życie jest najlepsze, Dzisiaj.

Aga
Gość
Aga

Dolce vita to małe chwile wykradane z pędzącej codzienności. To bycie tu i teraz i angażowanie się w tą chwilę całym sobą, sercem i duszą. To życzliwość na codzień. To odkrywanie siebie. To również na wyrażanie radości i zachwytu bez skrępowania.

AnetaL
Gość
AnetaL

Odpowiedz jak krótka i prosta:
Antipasti+Aperol+Apulia

Dominika
Gość
Dominika

Po przeczytaniu Twojego wpisu w Akademii Dolce Vita, przypomniał mi się jeden z letnich dni, który spędziłam w ogródku z moją babcią, zrywając porzeczki na sok. Babcia mimo swojego podeszłego wieku cieszy się naprawdę bardzo dobrym zdrowiem fizycznym. Zawsze była silną kobietą. Poza pracą i zajmowaniem się domem, razem z dziadkiem każdą wolną chwilę spędzali na ogródkach działkowych, niedaleko domu. Dla mnie, wtedy 7-10 letniej, był to kawałek tajemniczego ogrodu. Ogrodu z którego wszystkie owoce i warzywa smowały lepiej niż słodyczne, gdzie z przepięknych, wypielęgnowanych przez babcię kwiatów, tworzyłam najpiękniej pachnące perfumy, gdzie miałam swoje kryjówki, o których wiedzieli tylko dziadkowie, gdzie po prostu zwalniał czas. Obiad ugotowany przez moją babcię, nie był zwykłym obiadem. To był ten słynny „babciny obiad”. Nie do podrobienia, nie do odtworzenia. Zwykłe schabowe z ziemniakami mojej babci, nie mogły się równać z żadną z potraw, które kiedykolwiek jadłam w najdroższych restauracjach. Smak, który pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Każde Święta spędzane u dziadków były jak z bajki. Olbrzymia choinka z kolorowymi, niepasującymi do siebie bombaki o przeróżnych kształtach i rozmiarach. Spędzałam godziny wpatrując się w nią i grając w grę „moim małym okiem widzę”. A później kolejne godziny, rozpakowując te wszystki kolorowe pudełeczka, które pojawiały się pod choinką, kiedy tylko znikałam na chwilę z pokoju. Wszystkie opisane sytuacje to już niestety tylko wspomnienia, o których nie myślę zbyt często. Czasem nawet o nich zapominam. Szkoda, bo zawsze wywołują one szeroki uśmiech na mojej twarzy. Ta wspaniała kobieta, moja babcia, dzięki której mam tyle cudownych wspomnień, nic już z tego nie pamięta. Cierpi na chorobę Alzheimera. Nie pamięta mojego imienia. Tego dnia, kiedy wspólnie spędzałyśmy dzień w ogrodzie, zrywając porzeczki, babcia przez 2 godziny w kółko opowiadała mi historię ze swej młodości. Kiedy była dzieckiem, chodziła z rodzeństwem na pole zrywać porzeczki, które były niedojrzałe i strasznie trudno się je zrywało. Rozpryskiwały im się w dłoniach. Zachwalała porzeczki, które zrywałyśmy w tym momencie. Mówiła o tym jak dobrze jej się je rwie, jakie są dojrzałe i łatwo odchodzą. Za każdym razem, kiedy o tym mówiła, widziałam radość w jej oczach. Przypominała sobie czasy młodości, śmiała się. Ja tez się śmiałam, kiedy setny raz zaczynała historię słowami : „wiesz, te wasze porzeczki są cudowne, kiedyś jak z rodzeństwem w młodości (…) „. Po około 2 godzinach oberwałyśmy prawie cały krzaczek. Mama akurat wołała na obiad, dlatego pomogłam babci wstać z krzesła na którym siedziała i poinformowałam, że na dzisiaj już wystarczy, wzięłam ją pod rękę i ruszyłyśmy w stronę drzwi wejściowych. Nagle babcia przystanęła, spojrzała na mnie i powiedziała: „Dominika, nie ma jeszcze jakiegoś innego krzaczka do oberwania? Tak miło mi się zrywało te porzeczki”. Zamarłam, by po chwili mocną ją przytulić. Uśmiechnęłam się i obiecałam, że coś znajdę. Poszłyśmy na obiad, obie naładowane endorfinami. Wtedy zrozumiałam, jak niewiele potrzeba do szczęścia.

Spotkanie z babcią, słuchanie setny raz tych samych opowieści, szczery uśmiech na jej twarzy, powracające wspomnienia – te małe rzeczy, które tak bardzo cieszą, to własnie mój sposób na spędzanie czasu w stylu Dolce Vita.

Karolina
Gość
Karolina

Piszę w zasadzie nie po to, żeby wziąć udział w konkursie, ale podzielić się refleksją, że strasznie smutne jest to, że w dzisiejszych czasach trzeba ludzi „uczyć” jak należy atrakcyjnie spędzać wolny czas… Kiedys, przynajmniej tak mi się wydaje, oczywiste dla ludzi było to, że miło jest spędzić czas w towarzystwie ludzi, których lubimy, niespiesznie, z należytym „pietyzmem”, wyciągało się „świąteczna zastawę”, rozmawiało o wszystkim i o niczym, kłóciło się i śmiało… To wszystko wydaje mi się tak naturalne, a jednak wszyscy zachowują się tak, jakby to było jakieś novum… I nie, nie jestem jeszcze stara, jestem zaraz po 30ce, a jednak uderza mnie to… Że ludzie tak dziczeją, nie rozmawiaja ze sobą, ślęczą przed telefonem/komputerem, pracuja po 14 h na dobę (nie dlatego, że muszą, ale to teraz modne być „takim zapracowanym”), a potem się dziwią, że w życiu coś im nie pykło, albo że tkwią w beznadziejnej relacji i głupio im się już wycofać po tylu latach… Czasem bardzo żałuję, że jednak nie urodziłam się kilka dekad wczesnej, jeśli chodzi o rangę ludzkich „problemów” i ich „wrażliwość”.

Basia
Gość
Basia

Dla mnie Dolce Vita to słodka witalność, słodka uważność. Nie tyle w dzień świąteczny, raczej w taki zwykły zalatany. To moment o poranku, kiedy zamiast zwracać uwagę na to, że za późno wstałam, że się śpieszę, że młoda się grzebie i znowu jak zwykle gada, zauważę, że kocha. To zapach pościeli, to bezwiedne zgarniające przytulenie męża, gdy mój budzik po raz trzeci dudni i daje znak, że teraz już wstaję. To smak kawy o poranku, bez względu na to, czy zaleję ją wrzątkiem, ugotuję z cynamonem, kardamonem i chilli czy chwycę jakąś w locie w pobliskiej kawiarni. To zapach powietrza bez względu na to czy pada deszcz, wieje wiatr czy zapowiadają upały stulecia. To buszujące w trawniku kopciuszki zanim wystraszy je idący człowiek. To widok z okna pociągu zanim zatopię się w ekranie telefonu (o ile się w nim zatopię). Dolce Vita..to wybór, uważność, wdzięczność. No i Julia Roberts zajadająca szparagi z jajkiem w „Jedz, módl się, kochaj” :)

Katarzyna
Gość
Katarzyna

Dolce vita mam w głowie. Niezależnie od miejsca.

Mogłabym napisać, że jestem we Włoszech 3-4 razy w roku. Że dolce vita jest wtedy, gdy mama mojego narzeczonego szykuje dla nas „pizza con le scarole”, gdy jem pizzę w Neapolu i widzę Capri ze wzgórza Vomero. Ale to by znaczyło, że dolce vita to coś, czego mogę doświadczyć przez kilka dni w roku, a potem tylko odliczać do kolejnego wyjazdu. Smutna perspektywa.

No więc, dolce vita mam w głowie, a moje ulubione sposoby spędzania czasu w jej stylu to drobiazgi, na które jest miejsce w polskiej codzienności.
Weźmy dzisiaj.
Mam dzień wolny od pracy, ale wstałam rano żeby zaparzyć kawę w kawiarce i zjeść śniadanie z moim narzeczonym przed jego wyjściem. Nie musiałam, ale relacji nie buduje się na muszeniu a na chceniu.
Umówiłam się na kawę z koleżanką, bo dolce vita to dbałość o spotkania i relacje.
Zaraz idę do muzeum, bo dolce vita to poczucie, że jestem ważna, że moje pasje i robienie czegoś dla siebie ma taką samą wartość, jak robienie czegoś dla innych.
Po powrocie zaparzę sobie pewnie drugie espresso i siądę z książką, a potem przepadnę w kuchni na godzinę lub dwie. Przygotuję obiad, deser i muffiny na śniadanie. Znów nie muszę, znów chcę.
Gdy mój narzeczony wróci do domu, zjemy wspólnie kolację. Bez telefonu i bez pośpiechu. Kiedyś usłyszałam od niego: „Od kiedy tu jesteś, to miejsce w końcu przypomina dom.”

Ktoś powie, to co opisałaś to zwykła proza, co w tym wyjątkowego?
Ano wszystko. Nie muszę odliczać do włoskiego wyjazdu, by poczuć, że robię w życiu „coś ekstra”.
Włochy to stan umysłu, a ja dolce vita mam w głowie.

Kuba
Gość
Kuba

Nasze (czyli moje i moich przyjaciół) Dolce Vita wygląda następująco. Mamy w zwyczaju spotykać się w sobotnie wieczory na wspólne gotowanie. Jest nas razem szóstka, bardzo zgrana szóstka. Każde spotkanie jest przepełnione dużą dozą pozytywnych emocji. Pomimo tego, że spotkania często wyglądają z pozoru podobnie, to nigdy nam się nie nudzą. Każdy z nas posiada inny zestaw umiejętności, który dodaje klimatu naszym spotkaniom. Jeden z kolegów, Kamil, robi przeeeeepyszną kawę z aeropressu, Karol gra na gitarze, a Kasia hipnotyzuje nas swoim śpiewem. Ja oraz Kamila podobno bardzo dobrze gotujemy i zwykle robimy to wspólnie z gospodarzem, spotykając się odpowiednio wcześniej, żeby wszystko przygotować. Monika jest natomiast specjalistką od opowiadania historii (uwielbia horrory i często potrafi nas nastraszyć na całą noc).
Na naszych spotkaniach zwykle opowiadamy o tym, co dobrego nas spotkało w minionym tygodniu. Jednak, kiedy kogoś z nas nęka jakiś problem, to nie boimy się o nim opowiedzieć. Każdy z nas stara się okazać wtedy zrozumienie dla drugiej osoby. Ba, często znajdujemy wspólnie jakieś dobre rozwiązanie!
Uwielbiam się z nimi spotykać. Już po zakończeniu sobotniego spotkania nie mogę doczekać się kolejnego. Spotykamy się nie tylko w soboty (choć w soboty robimy to całą grupą). Często, w środku tygodnia, spotykamy się z różnymi osobami z naszej grupy na obiady, bo wspólne posiłki zawsze są smaczniejsze :)
Nasze Dolce Vita prezentuje się właśnie w następujący sposób – po prostu wspólnie, regularnie spędzamy czas w dobrym towarzystwie.
Pozdrawiam,
Kuba

Kai
Gość
Kai

Mój ulubiony sposób spędzania czasu w stylu dolce vita – wieczór, taras na dachu, materac i krzesło, które udaje stół. Oliwki, szynka sernao, kalmary i wino. Leżę do góry brzuchem i liczę spadające gwiazdy, szukam gwiazdozbiorów, uczę się nieba. On obok…. śpi! :), bo dla niego gwiazdy to gwiazdy, są bo są, nic ekscytującego. A ja nie mogę zasnąć, bo tej nocy można zobaczyć trzy planety naraz. Nie żebym była ekspertem z astrologi. Po prostu lubię leżeć i godzinami wpatrywać się w niebo… A to, że On obok śpi, a nie zmusza się, żeby ze mną to niebo oglądać, chyba jest w tym wszystkim najlepsze. Każde z nas jest dokładnie tam, gdzie chce być i robi dokładnie to, co chce robić w tej chwili, i nic a nic nas to nie kosztuje, i nigdzie nam się nie spieszy i nic nie musimy…jest tylko tu i teraz (no może on nie bardzo jest tej chwili świadomy, ale ja owszem :) ).

Paweł
Gość
Paweł

Patrzę na płatki czekolady, które powoli topią się w gęstej pianie mleka. Pierwsze cappuccino pozwala odczuć, jak miła wiązka pobudzenia rozlewa się po mojej głowie, jak gdyby ktoś wylewał tam lepki syrop. Przede mną rozpościerają się błękitne fale morskie; to piękne miejsce, żeby mieć tutaj kawiarnię – myślę. Mam jeszcze piętnaście minut przed spotkaniem z klientem. Jestem w stanie zrobić w tym czasie naprawdę wiele, chociaż, jak zazwyczaj, upłyną one szybko. Dosłownie jak białe wino w oszronionym kieliszku, które wypiję z przyjaciółmi wieczorem. Miły stan okrasza słodkawy dym ze skręconego papierosa. Chwilę umila porozumiewawcza wymiana spojrzeń z długonogą brunetką o śniadej cerze, która przechodzi obok wiaty. Jej sukienka powiewa nad stopami w czarnym obcasie. Gdzieś się spieszy, dokładnie odwrotnie, niżeliby ja sam. Spoglądam znowu na morze, chwytając myśl o tym, że przez pewien czas byłem uważnie skupiony tylko na przyglądaniu się morskim falom. Podnoszę się z drewnianego krzesełka, które od nagrzania puściło charakterystyczny zapach żywicy. Wychodzę z kawiarni, ucinając jeszcze krótką pogawędkę z właścicielem przy szybki espresso na drogę. Słońce tego dnia będzie moim towarzyszem, a przy tym oswoi ciepłem wszystkie zakamarki, do których dotrze. Zmierzam powolnym krokiem do biura. Zwilżam włosy wodą z butelki, przeczesując je palcami; światło pada na moją białą koszulę. Mogę spokojnie zacząć dzień, w swoim rytmie, na własnych zasadach. Chcę do końca skorzystać z dnia, będąc świadomym, że może być może kiedyś będzie ostatnim. Oto moje dolce vita.

Kasia
Gość
Kasia

Choć jeden dzień Dolce Vita? Aż jeden?
Jest koniec sierpnia, słońce wstaje o 6:28, ja niewiele później. Lubię dźwięki budzącego się miasteczka, zapach świeżego pieczywa z piekarenki na rogu i hałas rozkładanych straganów na placu. Za chwilę kupię tam jajka, szynkę parmeńską, pomarańcze na sok i kilka awokado. To nie będzie wyjście na kilka minut, bo posłucham lokalnych nowinek na targu, spróbuję ciasta drożdżowego z jagodami według nowego przepisu i wygłoszę wielosłowny zachwyt na jego temat, a później wrócę okrężną drogą – tamtędy, gdzie przy rzece z czyjegoś balkonu codziennie rano słychać arie z Rigoletto. Powietrze jest jeszcze rześkie, ale zapowiada upał. Już na klatce schodowej pachnącej wilgotnym kamieniem powita mnie aromat kawy, do której zaraz dołączy zrobione przez nas śniadanie. W tle szumi nie do końca dobrze nastrojone radio, a my siedzimy na balkonie pośród suszącego się prania i rozmowę zagryzamy chrupiącym chlebem. Więc co robimy dzisiaj? Zobaczmy, gdzie powiedzie nas droga. Nie szkodzi, że nasz rozpadający się kabriolet jedzie trasą bardziej z przypadku niż do celu – za dużo na horyzoncie ogrodów, zarośniętych lilią stawów, miasteczek z kościółkami o dzwonnicach nawołujących do odwiedzenia. W jednym z nich jemy obiad – poniekąd zmuszeni, bo siwiejący już właściciel malutkiej tawerny nie wierzy, że nie przepadam za owocami morza i za punkt honoru obiera sobie mnie nimi zachwycić. Ty się z nas śmiejesz, bo i tak od wszystkiego wolisz pizzę z salami. Wreszcie docieramy do rodziców nad morze, czytamy książki, gramy z nimi w karty i chłodzimy się w słonej wodzie. Pomagam mamie z kolacją, a Ty z tatą próbujesz reanimować jego motor. Wieczór spędzamy ze znajomymi, najpierw na wernisażu w starej kaplicy (gdzie obcasy szybko ustępują miejsca bosym stopom), a później na obłędnie miękkich kanapach rozłożonych na tarasie. Pijemy wino, przegryzamy sześcioma rodzajami sera, twardą szynką i wieloma niewyszukanymi potrawami – ja ukochałam sobie półmisek ze szparagami owiniętymi w boczek. Rozmawiamy, dyskutujemy, śmiejemy się, wspominamy, planujemy. Tematy są rozpięte między filozofią i sensem życia a narzekaniem na lekarzy. Nad nami są gwiazdy, niżej szumi miasto. Wracamy, kiedy już śpi, trzymając się za ręce.
Tylko i aż tyle.

Dzięki za możliwość wymarzenia sobie tej wizji. Pozdrawiam!
Kasia

Agnieszka
Gość
Agnieszka

Najbardziej lubię nigdzie się nie śpieszyć. Na przykład kiedy spotykam się ze znajomymi i nikt z nas nie ma wydzielonego czasu na spotkanie, tych „siedemnastu minut na dwie anegdoty i gorączkowe zapewnienia”, tylko możemy spędzić razem tyle czasu, ile chcemy.
Ostatnio przypadkowo spotkałam swoich znajomych z drugiego końca Polski na festiwalu filmów w Gdyni. Akurat szli na jeden z pokazów, więc poszłam z nimi. Kiedy film się skończył po prostu poszliśmy przed siebie, trochę na spacer, trochę porozmawiać, trochę poszukać czegoś do jedzenia. Usiedliśmy w jednej z restauracji na dwie godziny, potem przenieśliśmy się do kawiarni, gdzie można było grać w gry planszowe. Siedzieliśmy tam, grając, rozmawiając, śmiejąc się, zamawiając kilka napojów do czasu, aż nie odjeżdżał mój ostatni pociąg do Gdańska, bo tam miałam nocleg. Nie mieliśmy „odgórnego”, ustalonego planu, jak spędzić ten dzień i robiliśmy akurat to, na co w danej chwili mieliśmy ochotę. To był świetnie spędzony czas.
W podobnym tonie, kiedy nikt się nigdzie nie śpieszy i mamy dla siebie cały czas, moja rodzina organizuje coroczne spotkania. Jest to rodzina na tyle daleka, że wspólną krewną dla wszystkich jest tylko prababcia. Mieszkamy w innych miastach, każdy wykonuje inny zawód, ma inne poglądy na życie. A mimo to, ten raz w roku staramy się wszyscy spotkać w jednym miejscu, wspólnie. Każdy przygotowuje coś na kolację, ktoś organizuje muzykę, ktoś inny wymyśla jakieś zabawy. Siedzimy przy stole i rozmawiamy, jeżeli chcemy to gramy w gry, jeżeli chcemy to tańczymy. Jest w tym wszystkim taki spokój, radość ze wspólnie spędzonego czasu, kiedy nikt nikogo nie pogadania, nikt nie śpieszy się do pracy albo na ważne spotkanie. Dzień nie kończy się wraz z nadejściem północy, bo często siedzimy nawet do godziny czwartej nad ranem, nad zimną herbatą i rozmawiamy, wspominamy, po prostu jesteśmy razem. Uwielbiam to.

Aleksandra
Gość
Aleksandra

Niedziela 8:30, lipiec, radiowa trójka w tle, wiejski twaróg z rzodkiewką i szczypiorem ląduje na stole, przykrytym lnianym obrusem w różowe kwiatki. Chwilę po tym, wjeżdża chleb z Szerokiej (tak się nazywa ulica przy której jest piekarnia – od lat ojciec kupuje tam pieczywo), zmarznięte masło z wbitym nożem i … kakao. Oczywiście na mleku od kobity – gospodyni z pobliskiej wsi przywozi w weekendy pełno tłusty nabiał. Słońce zagląda do naszej jadalni. Są wszyscy. Mama, Tata i moi 3 bracia. Bliźniacy jeszcze malutcy, ale jakże wesoło jest przy tym stole.

Poniedziałek, 15:47, listopad, ciemno, zimno, ponuro. Trochę padało, w szkole znowu kartkówka nie poszła za dobrze, a w perspektywie 2h ćwiczenia na fortepianie. Przemoknięta i zmarznięta idę umyć dłonie. Wychodząc z łazienki czuję dobrze znany zapach – pomidorówka. Wczoraj był rosół, więc dziś popisowa zupa mojej mamy. Swojski przecier pomidorowy, wołowina z rosołu i kluseczki od babci. Mmmmm… Zły nastrój mija. Mama pyta: chcesz dolewkę? Jest dobrze. Jest ona, jej dobry wzrok i zrozumienie.

Czwartek, 13:35 punto moich dziadków. Zgrzana po wf-ie siadam na tylnych siedzeniach. Babcia wygina się do mnie z przedniego siedzenia i daje mi do jedzenia jeszcze ciepłe kopytka. Z serem. i Cynamonem. Zjadam je w pośpiechu, chociaż każdy kęs dokładnie odprowadzam do żołądka. Przede mną ważna lekcja fortepianu – Dasz radę, zdolna jesteś – mówi Dziadek. Jedz jedz Olusiu, pospiesza babcia radośnie zadając retoryczne pytanie: smakuje Ci?

Piątek, 18:50 czerwiec. W powietrzu czuć prawdziwe lato. Szykuje się letni grill. W ogrodzie gotowy już stół, grill czeka na rozpalenie, a w kuchni unoszą się zapachy nowalijek, pomidorów, marynaty mięs. Mój tata świetnie przyrządza mięsa, a mama odpowiedzialna jest za sosy, sałaty i dodatki. Patrzą na siebie z miłością. W powietrzu unosi się miłość

Sobota, 20:15, wrzesień – wychodzimy! krzyczy mama. Czuć jej perfumy, z łazienki dobiega głos maszynki ojca. Bracia śpią. Ja oczekuję na ukochaną babcię Genowefę. Przed nami cały maraton bajek Disneya, bo rodzice idą na prywatkę. Babcia przyniesie na pewno coś wedlowskiego – cudowna kolacja przede mną.

Wtorek, 9:01 lipiec. Siedzę na schodach, mam jakieś 9-10 lat, słyszę jak Polka Lata z Radiem rozbrzmiewa w moim domu. Wielką łyżką wyjadam Nutellę. Tylko raz w życiu smakowała tak dobrze.

Dolce Vita.
Powrócisz?

Anna
Gość
Anna

siedzę na lotnisku w lodowatym Reykiaviku i się wzruszam i nagle mi cieplej. Dzięki Aleksandra❤️

Aleksandra
Gość
Aleksandra

:) miło słyszeć. Chcesz wpaść na oglądanie filmów od Volanta? Będzie włosko, ciepło i przyjemnie ;) Zapraszam do Wawy. Serdeczności

Agata
Gość
Agata

Bella! Bello! Juz takie powitanie sprawie ze robi sie cieplo na sercu. Dobrych znajomych nazywam ‚Amore’ i to bez podtekstow, poniewaz mozna miec setki ‘amore’. Apperitivo to jeden z najlepszych wynalazkow Wlochow. Spotykamy sie w naszym barze niedaleko Navigli gdzie jest tlocznie, gwarnie i duszno. Barman juz wie co zamawiamy. Po drinku, czasami wracamy do domu zeby cos wspolnie ugotowac albo idziemy do pobliskiej knajpy. Wiele razy wolałam zostać dłuższej w biurze, bo kiedy nadchodzi ten moment skończenia pracy, a nie masz ochoty wracać do pustego mieszkania to weź zgarnij przyjaciół, znajomych, sąsiadów i idźcie pogadac razem do waszego pobliskiego baru. Słuchanie, rozmowa a na dodatek braci & baci (uściski i.calusy) nie powinni byc gestem z okazji urodzin czy imienin. Włoskie podejście do zycia to dla mnie: otwartość, rozmowa, wspólne posiłki i rodzina.

S.B.S.
Gość
S.B.S.

Powiedzmy, że mój ulubiony sposób spędzania czasu w stylu Dolce Vita nie jest standardowy. Z powodu tego, że nie cierpię na brak kontaktu z najbliższymi, z rodziną czy ze znajomymi, są takie chwile, że potrzebuję czasu sam na sam. Dlatego pozwalam sobie nagiąć definicję słodkiego życia i moje Dolce Vita to również takie dni, podczas których osładzam sobie życie całkiem w pojedynkę (nie licząc psa). Wstaję rano, chwytam aparat i biegnę by uchwycić urokliwe zakątki mojej miejscowości. Uwielbiam wyszukiwać odpowiednie światło i bawić się kadrami długimi minutami, a po powrocie do domu zrzucić zdjęcia na komputer, by je przeglądać i poddawać selekcji. W trakcie takich dni spędzam czas z dobrą książką, czasem z bardziej lub mniej ambitnym filmem/serialem, spaceruję z czworonogiem, nadrabiam zaległości na portalach społecznościowych. Robię wszystkie te rzeczy, na które zwykle nie mam lub „szkoda” mi czasu, ale jednak są potrzebne dla odetchnięcia od zgiełku dnia codziennego. Przecież o relacje z samą sobą też trzeba dbać!:)