Afera literacka, która nie powinna się wydarzyć

Afera literacka, która nie powinna się wydarzyć

Są szanse, że o tym nie słyszeliście, bo sam dowiedziałem się o tym z opóźnieniem, ale trzy dni temu wybuchła aferka.

W rolach głównych Szczepan Twardoch i marka Mercedes. W roli tłumu czytelnicy i inni pisarze. A stało się tak, że Szczepan Twardoch, którego możecie kojarzyć z „Morfiny”, został jednym z ambasadorów Mercedesa. Dzięki temu wyjechał z jednego z salonów nowym CLS-em 400 4matic i poinformował o tym fakcie na swojej tablicy na FB.

I generalne powinno się na tym skończyć. Jego czytelnicy powinni powiedzieć: „Spoko Szczepan. Zasłużyłeś”, „Gratuluję” i „Ale super!”. Tylko że jak to bywa w Polsce coś komuś nie pasowało, więc kilka osób stwierdziło: „Oj, przyszła pora na unsub”, a Paweł Dunin-Wąsowicz (taki mało znany pisarz) oznajmił: „No to się ciesz, ale od dziś nie mogę Cię już poważnie traktować jako pisarza.”

Później jeszcze wyjaśnił: „rozumiem, że prestiż pisarza przy obecnej niedużej konsumpcji książek jest stosunkowo niski i przyjąłeś propozycję, która to waloryzuje. Osobiście nie zazdroszczę, nie mam prawa jazdy, jeżdżę komunikacją publiczną albo na rowerze. Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że jeśli chciałeś zakwestionować etos literatury, w której języku tworzysz, to udało się świetnie.”

Wiecie, co jest w tym smutnego? To, że w kulturze zachodniej nie promuje się już ludzi z trzycyfrowym ilorazem inteligencji. Nikogo nie dziwi, że celebryta bez umiejętności dostaje w ramach współpracy komercyjnej samochód z pogranicza średniej i wysokiej klasy, ale kiedy dostaje go pisarz to kręci się głową, że to bardzo nieładnie. Nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni stwierdzam, że jako społeczeństwo pogubiliśmy priorytety.

Media zatraciły się promując „modelki z instagrama”, które obok prawdziwych modelek nawet dobrze nie stały, osoby, których jedyną zasługą było zrobienie sekstaśmy i to słabej oraz najmłodszych milionerów w Polsce, którym szybko stawia się prokuratorskie zarzuty. Gwiazdy tańczą na lodzie i skaczą do basenów, a ludzie cieszą się, że mają o czym pogadać przy automacie z kawą, bo jedna aktorka przytyła, druga daje dupy, a trzecia nic nie potrafi – tylko po to, żeby podnieść sobie samopoczucie i powiedzieć: „Też bym tak mógł/mogła, ale mi się nie chce”.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych, a więc w kraju z największą liczbą noblistów, zauważono, że jeśli na jakiejkolwiek uczelni pojawia się pierwszy noblista, to sama jego obecność sprawia, że szybko pojawiają się kolejni. Jego przykład jest namacalnym dowodem, że się da, że warto i że wcale nie jest to takie trudne.

Obecność noblistów rodzi noblistów.

Sąsiedztwo milionerów rodzi więcej milionerów.

Powstanie międzynarodowej firmy w jednym mieście sprawia, że pojawiają się kolejne.

I jednocześnie obecność w mediach osób, które niewiele sobą reprezentują sprawia, że przybywa ich w tempie geometrycznym, a jednocześnie brakuje przeciwwagi dla nich w postaci naukowców, pisarzy, przedsiębiorców czy działaczy społecznych.

Pieniądze wbrew pozorom nie są tylko pieniędzmi. Pieniądze są przede wszystkim symbolem sukcesu, posiadania dobrze rozwiniętych umiejętności oraz tego, że warto zajmować się tym, dzięki czemu się je zarabia. Jeśli więc kogoś dziwi, że młodzi ludzie chcą być blogerami, youtuberami, trenerami personalnymi lub coachami, to chcą nimi być dlatego, że widzą, że można fajnie żyć i zostać Włodkiem Markowiczem, PewDiePie, Michałem Szafrańskim, Ewą Chodakowską albo Mateuszem Grzesiakiem.

Z tego też powodu jeden polski pisarz, który jeździ porządnym samochodem, umie się dobrze ubrać i na jego spotkania autorskie przychodzi więcej niż 20 osób, zrobi więcej dla kondycji polskiej literatury, niż dziesięć akcji z cyklu: „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka” i sto książek napisanych przez zdolnych literatów, którym w życiu nie wyszło.

Jeśli ktoś taki się wybije to trzeba klaskać, klepać go po pleckach i wysyłać mu zdjęcia jędrnych cycków, a nie mówić: „Sprzedałeś się!”. Nie tylko dlatego, że ludzie, którzy robią coś dobrze, mają obowiązek się sprzedawać i to drogo, bo dzięki temu mogą realizować lepsze projekty, ale również dlatego, że:

Pora dorosnąć jako społeczeństwo do cieszenia się sukcesami innych, bo to zwiększa szanse na to, że inni będą cieszyć się z naszych sukcesów.

Pora dorosnąć do doceniania osób, które mają coś do powiedzenia, bo to zwiększa szanse na to, że nasze dzieci będą chciały być mądrymi ludźmi.

Pora dorosnąć do skończenia ze stereotypem niedojadającego artysty i wstydu przed sukcesem finansowym.

A na koniec trzeba dorosnąć do świadomości, że przez nasze wybory konsumenckie, lajki i szery każdego dnia decydujemy czy chcemy żyć w świecie, w którym dominuje tabloidyzacja, ścianki i wyłącznie lekkie newsy.

Osobiście chciałbym żeby moje dzieci za te czterdzieści lat, kiedy już się na nie zdecyduję, patrząc na media miały wybór, żeby zostać nie tylko mięśniakiem, serialową aktorką, pośmiewiskiem YT albo agentem FBI, ale też reżyserem, scenografem albo astrofizykiem, wiedząc, że także wtedy mają szansę na życie w obrzydliwie modnym miejscu z widokiem na ocean.

Czego sobie i wam życzę, a Szczepanowi Twardochowi życzę jak najprzyjemniejszego jeżdżenia Mercedesem i jak największych kontraktów reklamowych.

Dodaj komentarz

55 komentarzy do "Afera literacka, która nie powinna się wydarzyć"

Powiadom o
avatar
100000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Michał K
Gość

Otóż to!

Lorka
Gość

amen

ola
Gość

nie panikuj jeszcze zadzwonią z Lamborghini

Karolina G.
Gość

Nie zadzwonią. Lambo dostała Trisha Paytas :>.

Anna
Gość

Ujelabym to lepiej… ale mi sie nie chce :P Chapeau bas ;)

Monika Petryna
Gość

nie rozumiem co ma „poważne pisarstwo” do tego, jakim autem się jeździ, ale jeśli dobrze ogarniam to wg pana Pawła D-W autor jeżdzący autobusem lub rowerem= wielki artysta, zaś ktoś kto zarobił na auto = -500 do inteligencji?
„Nie wiem, może się mylę, ale wydaje mi się, że jeśli chciałeś zakwestionować etos literatury” – faktem posiadania auta? serio?

Volant
Gość

Chyba nie bardzo ogarniasz ten cały marketing, nie? :)

CormaQes
Gość

Marketing dla mnie to bullshit job. Ta laurka pod zdjęciem na FB to po prostu rzygam tęczą. Ktoś kto wypisuje takie rzeczy, traci automatycznie całą wiarygodność i autentyczność. Już sobie wyobrażam jak nagabuje wszystkich znajomych na nowego mercedesa, a za zagonionych klientów dostaje zniżki na opony zimowe i przeglądy.

Brzeska
Gość

Prościej powiedzieć „sprzedałeś się” niż samemu zacząć coś działać ze swoim życiem i tkwić w beznamiętnej przeciętności przez to

www.simplife.pl
Gość

„Obecność noblistów rodzi noblistów. Sąsiedztwo milionerów rodzi więcej milionerów.” tak! :)

Łukasz
Gość

No jak ambasador, to pracuje w ambasadzie, gdzie tam sprzedawca.

Damian
Gość

A w tym wszystkim najgorsze jest to, że duże marki zniechęcone negatywnym przyjęciem tej sytuacji, przestaną interesować się ludźmi, którzy są tego warci. I skończy się to tym, że nowy model Mercedesa dostanie goła dupa z Instagrama za to że ma milion lajków, a nie kolejny uzdolniony pisarz, którego twórczość warto promować.

Volant
Gość

Całe szczęście nie do końca. Biorąc pod uwagę ile ruchu w sieci wygenerowało danie Mercedesa osobie, której zasięg organiczny to 6 tys. osób i dorzucając do tego fakt, że jednak większość pojawiających się opinii jest takich, że nic złego się nie stało, to Mercedes zrobił niezły interes.

Aurora
Gość

Ja klaszczę ;)

Valthard van der Sand
Gość

Jeden lubi byc slupem reklamowym inny nie, nieprawdaz?
A czy jest to pilkarz, pisarz czy panna z golym tylkiem na instagramie, to zalezy od produktu i grupy docelowej….
Chyba ogarniasz ten caly marketing Volant, nie? :)

Volant
Gość

Marketing ogarniam. Nazywania naturalnego zjawiska rynkowego słowami „słup reklamowy” już nie.

Valthard van der Sand
Gość

A slup reklamowy to nie naturalne zjawisko rynkowe? Chociaz przepraszam, teraz to sie nazywa „billboard” albo „outdoor” :)

Volant
Gość

Słup reklamowy to słup reklamowy, ambasador marki to ambasador marki. Nazywanie tego drugiego tym pierwszym jest podszyte „polaczkowością”, bo sugeruje, że np. pisarz, który nie bierze udziału w reklamach jest lepszy od tego, który to robi. Pierwszy jest dzięki temu po prostu pisarzem. Drugi zostaje słupem ogłoszeniowym. To nie jest pozytywne zjawisko i jakoś zaskoczyło mnie, że możesz myśleć w taki sposób.

Valthard van der Sand
Gość

Nie chodzi o zazdrosc i polaczkowosc. Pecunia non olet i jesli gosc chce to niech zarabia w ten sposob.
Natomiast bycie ambasadorem, zakladam, wiaze sie z pewnymi obowiazkami, np. wypada w ksiazce (chocby przez zwykla przyzwoitosc i wzajemnosc) dac Mercedesa swojemu pozytywnemu bohaterowi – ot taki product placement. Lub innym podobnym zakloceniem niezaleznosci opinii i wypowiedzi.
Osobiscie uwazam, ze autor, ktory jest kompletnie niezalezny w swoich wypowiedziach jest lepszy od tego co ma nalozone chocby najmniejsze ograniczenia – im mniejsze ograniczenia tym mniejsza jest ta roznica.
I nie cierpie product placementu, nie cierpie wciskania przez tzw. ekspertow sponsorowanych artykulow (to modne ostatnio WOMM), wiec jesli autor chocby w najmniejszym stopniu jest na to narazony – traci dla mnie wiekszosc swojej swiezosci i autentycznosci

Volant
Gość

Problem jest taki, że taka umowa spokojnie może obejmować samo użyczenie wizerunku i jeżdżenie Mercedesem, a nie lokowanie produktu, co oznacza, że nie wpłynie w żaden sposób na jakość jego pracy. Nazywanie kogoś z automatu „słupem ogłoszeniowym” jest odpowiednikiem skazania kogoś za przestępstwo, które być może kiedyś popełni. Dla mnie jest duża różnica między: „Nie lubię tego, bo przez współpracę reklamową zaczął robić gorsze rzeczy i stracił wiarygodność”, a: „Nie lubię tego, bo może stracić przez to wiarygodność”. Widzisz różnicę?

Valthard van der Sand
Gość

Michael Jordan, Christiano Ronaldo, Adriana Lima, Aneta Kreglicka i cale towarystwo celebrycko sportowe moze byc ambasadorem czego tylko chce. Ich gra czy ich tylki i cycki beda tak samo dobre. Ale pisarz to troche inna kategoria. To troche tak jak lekarz, ktory jedzie na 2 tygodnie szkolenia zaproszony przez firme Glaxosmithkline na Maledivy uczyc sie o ich produktach. Widzisz roznice?

Jaki bedzie skutek czas pokaze. A poza tym moze niektorym product placement w filmach nie przeszkadza :) i tylko ja reaguje alergicznie.

Hai Le
Gość

Wmieszam się. Bo pisarz też człowiek i swoje sympatie ma. Czyli, jeśli kochasz mercedesy, jesteś pisarzem i piszesz, że twoi bohaterowie jeżdżą tą marką to jest ok. Ale jeśli tego mercedesa dostajesz, to nadal wyposażając w niego swoich bohaterów jesteś już sprzedajny i nie fair?
Książki Twardocha nie czytałam i nie wiem, czym tam jeżdżą jego postaci. (Niemniej podejrzewam, że coś skłoniło Mercesesa, żeby wybrać właśnie jego.) Weźmy więc kogoś z mojego podwórka, Kosika. Kosik kocha się w martensach i każdemu w swoich książkach pcha je na nogi. Znaczy się, gdyby Dr Martens ogłosił go ambasadorem marki przysyłając mu dożywotnio, co pół roku nową parę butów to on by już nie mógł o tych butach pisać?
No albo ja. Ja lubię smartfony marki Sony i polecam, z dobrej woli polecam, bo każdy dotychczasowy telefon kupiłam ze własne pieniądze. To jakbym zaczęła je dostawać z zastrzeżeniem, że nadal nimi robić zdjęcia na bloga tak, jak robię i dalej pisać, że są dobre to bym się sprzedała?

Pisarz to nie inna kategoria, pisarz też jeść musi. Pisarz chce pisać za dnia, a nocami spać, czyli, chce żeby mu płacono za pisanie. I, żeby go z tego pisania było stać na wakacje na Malediwach z all inclusive, bo nie na szybko seo dla robotów on pisze, a książki dla ludzi.

A film, w którym się coś reklamuje niekoniecznie jest gorszy. Ba! Może nawet być lepszy, bo ma większy budżet.

Valthard van der Sand
Gość

Swietny przyklad z Kosikiem. To teraz sobie wyobraz, ze Kosik zostaje ambasadorem Nike’ow. Myslisz, ze nadal bedzie zakladal wszystkim swoim bohaterom martensy?

Volant
Gość

Podejrzewam, że w pierwszej kolejności nie zgodziłby się zostać ambasadorem Nike’ów :)

Rozumiem Twoje podejście. Różni nas to, że Ty zakładasz, że pieniądze sprawiają, że ludzie dokonują wyborów niezgodnych ze swoimi przekonaniami. Ja uważam, że bez względu na pieniądze i tak na pierwszym miejscu stawiają wyznawane przez siebie wartości. W praktyce pewnie bywa i tak i tak, ale wierzę w to, że to pierwsze podejście znajduje zastosowanie dużo rzadziej, a przynajmniej że warto oceniać takie sytuacje indywidualnie, a nie zbiorczo, że każde reprezentowanie marki to zło.

Hai Le
Gość

Potrafię, bo biegać na ten przykład każdy może, a w glanach raczej się sportów nie uprawia. Natomiast jeśli chodzi Ci o inne przypadki, niż reklamowanie obuwia z linii sportowych to śmiem wątpić, żeby Kosikowi to zaproponowano. Żadna firma nie poprosi o reklamę kogoś, kto im nie pasuje do profilu. W reklamie też pracują inteligentni ludzie.

M.
Gość

To chyba najśmieszniejszy komentarz jaki widziałam! Z tego absurdu można by wywieść, że te gołe cycki są bardziej niezależne, choć puste, niż ambitny pisarz i najwyraźniej mają lepsze kontrakty, tak? Błagam :)
Widziałeś Waść kiedyś umowę „ambasadorowania” marce? Dla marki, jak słusznie Volant wyżej zauważył, wystarczy, że p. Twardoch pomyka ich bryką a na FB wywołał trochę szumu.
Już widzę jak w Morfinie 2 nowa wersja Kostka pomyka przedwojennym merolem :)) no, naprawdę? ;)
Nie pamiętam już jakiej marki był wóz, którym pomykali na Węgry, ale może to już był utajony product placement?? Olaboga!! :)

Łukasz
Gość

Nie wiem gdzie ty tu widzisz inną kategorię człowieka. Jeśli uważasz, że pisarz, albo ktokolwiek, jest zobowiązany do umieszczania marki w książkach, czy jakkolwiek inaczej ją promować, nie mając tego zawartego w umowie, to wydaje mi się, że to właśnie Ty zupełnie nie masz pojęcia o marketingu i o tym, co to znaczy być ambasadorem. A podając przykład lekarzy i konferencji sponsorowanych przez koncerny farmaceutyczne, tylko w tym wszystkich utwierdzasz.
Do tej pory Twoje komentarze były spoko, tu się zawiodłem :(

Valthard van der Sand
Gość

Powiedz w takim razie co wg Ciebie powinien robic ambasador i dlaczego uwazasz, ze (chocby z psychologiczna zasada wzajemnosci) autor dostajac cos od firmy nie bedzie stronniczy?

M.
Gość

Ambasador marki używa tej marki. Kropka. Kuma? :)
Czyli taka p. Chodakowska pomyka w Adidaskach, a taki p. Twardoch pomyka Mercusiem :) Serio, marki takie jak Adidas czy Mercedes nie muszą zawierać w umowach obowiązku product placement. Dla nich wystarczającym jest, że ambasador używa ich produktu. Bo też i w inną grupę odbiorców celują i Adidas i Mercedes (co nie znaczy, ze nie ma punktów stycznych).
Psychologiczna zasada wzajemności? Błagam, myślisz, że p. Twardoch wypluł by z siebie tak wysoko gatunkową twórczość, gdyby jego mózg był sterowany zasadą, że jak dostał Mercusia to następna książka o Mercusiu?? A jak dostal do tego Coca-Colę to co?? :)
Śmiać mi się chce na te insynuacje jak to pomykanie darmowym Mercedesem ma zakłócić jego niezależność myśli… Bez wątpienia, jego twórczość to wyłącznie product placement… właśnie dlatego go do Nike nominowali :) tak, właśnie tak :)

Szymek Woliński
Gość

Sprzedał, sprzedała, sprzedali się… co to w ogóle ma znaczyć? Jestem ciekawy jak twardo PDW negocjowałby obniżenie zbyt wysokiego kontraktu proponowanego przez wydawcę.

Volant
Gość
Volant
Gość

„I szczerze czuje się poniżony, że napisałeś ten post na swoim blogu, ponieważ to oznacza iż uważasz nas (swoich czytelników) za idiotów, którzy należą do grona „zazdroszczących”.”

Nie taki był mój cel. Napisałem to, żeby wyrazić swoje zdanie. Kiedy piszę, że mężczyźni o siebie nie dbają, to też nie dlatego, że uważam czytelników za brudasów, ale dlatego, że zauważyłem takie zjawisko i chcę o nim napisać. Tyle. Więcej filozofii w tym nie ma.

Marcin
Gość

Nie, jak piszesz że mężczyźni o siebie nie dbają to ja jak i inni mężczyźni się zastanawiają czy mogą coś poprawić. Jak piszesz o czymś czego nawet dany osobnik hejtujący nigdy nie zobaczy, a większość czytelników dopiero tutaj dowiaduje się o „wielkiej aferze”, to przypomina to zachowanie ludzi którzy przyjaźnią się z innymi bo mogą wspólnie ponarzekać.

Sorki jeśli Cię uraziłem Volant, ale nie jestem osobą która akceptuje takie zachowanie, blog twój uznaje za źródło porad, ale niestety ten post mogę uznać w najłagodniejszej formie jako właśnie takie „A widziałeś tego idiotę, jak ja go nie cierpię. – No ja też go nie cierpię” (kolokwializm zamierzony).

Swoje zdanie mogłeś wyrazić pod zdjęciem niekoniecznie robiąc z tego punkt honoru i moralizując tych co nie trzeba, aby tutaj wszyscy przyklasnęli i poczuli że mogą „nienawidzić” to samo co Ty.

Volant
Gość

Mogłem to zrobić też tutaj i tak zrobiłem. Jeśli odebrałeś ten tekst tak jak napisałeś, to nic z niego nie zrozumiałeś i owszem możesz mieć w stosunku do mnie inne oczekiwania. Ja mam prawo mieć je całkowicie gdzieś, bo jeśli czegoś nienawidzę to osób, którym wydaje się, że mają prawo mówić mi o czym i w jaki sposób powinienem pisać.

M.
Gość

„Sorki”, ale to jest blog Volanta i ma prawo pisać o czym chce :) jak „nie jesteś osobą, która akceptuje takie zachowania” to chyba na siłę nikt Ci czytać nie każe.
A idąc za Twoim tokiem rozumowania, że nawet darowizna to ograniczenia, to jak nazwiesz Twoje mówienie autorowi bloga o czym ma pisać a o czym nie…??

Łukasz
Gość

Dla marud takich jak ty, jest taka zasada na tym blogu: Jak się nie podoba to wypierdalaj :D
Sorki jeśli cię uraziłem.

majniaki
Gość

Nigdy w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby sukces finansowy miał zaważyć na tym czy ktoś jest wartościowym pisarzem, czy cokolwiek robi. Ludzie są tak zawistni, że gdy stoją i śmieją się z kogoś, to w głębi duszy myślą „Wow! Też tak chcę!”, ale tego nie powiedzą. Łatwiej jest komuś wygarnąć niż przyznać, że się mu zazdrości.
Gratuluję panu Twardochowi sukcesu, a teraz wracam do rzeczywistości i idę pracować na swój :)

Valthard van der Sand
Gość

Nie dostal, tylko zostal ambasadorem, wiec pewnie moga mu ta fure zabrac.
Tu nie chodzi o zazdrosc z posiadania fury – zakladam, ze jesli gosc zarabia kupe kasy – to moze sobie taka fure kupic. Dla mnie niech sobie kupi nawet lambo. Chodzi o twarzowanie dla kogos – czyli bycie ambasadorem.
Gdyby nakrecil reklame – popajacowal przez pare godzin czy dni i w TV mozna by bylo zobaczyc Szczepana Twardocha mowiacego jak bardzo Mercedes jest zajebisty – byloby juz lepiej – wzial kase, popajacowal i moze w ksiazkach pisac jaki to mercedes jest do dupy albo zajebisty – w zaleznosci od nastroju. Ale zostal ambasadorem, wiec teraz wypada, zeby mowil jaki to merol jest cool, zajebisty i pewnie jeszcze dac merola bohaterowi ksiazki.
Widzisz roznice?

Jeszcze zacytuje to co napisal na stronie FB:
„Kocham samochody. Nigdy się z tą miłością nie kryłem, dziś zaś chciałem z dumą ogłosić, że właśnie zostałem ambasadorem marki Mercedes-Benz Polska. Z tego powodu i dzięki uprzejmości Mercedes-Benz Inter-Car Zabrze wyjechałem wczoraj z salonu granatowym CLS400 4MATIC.

Kilka tygodni temu gościłem na zlocie zabytkowych mercedesów w należącym do starego kumpla mercedesie W114 coupé z 1969 roku. Pamiętając o frajdzie jazdy zabytkową „strich-achtą” w nowoczesnym odpowiedniku tamtego wozu z wielką satysfakcją znalazłem dziś elementy wyposażenia zaprojektowane w ten sam, charakterystyczny dla Mercedesa sposób. Historyczna ciągłość marki zawsze była dla mnie ważna.

Przyjemność z prowadzenia samochodu takiego jak CLS400, stworzonego dla kierowcy, należy zaś zarówno do historii, teraźniejszości i – mam nadzieję – przyszłości motoryzacji.

Czego sobie i Państwu życzę.”

Jesli to nie jest reklama to co?

Kora
Gość

Nie – nie widzę różnicy, bo dla mnie nie ma to znaczenia, czy fura należy do niego, czy jest pożyczona, dana w leasing itp. itd. Nie tego dotyczył mój komentarz a Ty z całości tekstu wyciągasz jedno słowo i się nad nim roztkliwiasz. Poza tym piszesz tak, jakbyś widział umowę (bo podejrzewam, że skoro został ambasadorem to raczej nie umawiał się z nikim na tzw. gębę) albo co najmniej uczestniczył w rozmowach Twardocha z przedstawicielami marki. Serio ma to dla Ciebie takie znaczenie? Jeśli faktycznie interesuje się motoryzacją i lubi Mercedesy, to mówiłby o nich również dobrze wówczas, gdyby tym ambasadorem nie został. I co? Wtedy byłby dla Ciebie bardziej wiarygodny? Nie sądzę, aby facet brał udział w czymś z czym się nie utożsamia. Dla mnie to jest proste i oczywiste. Wiarygodność to on mógłby dla mnie stracić, gdyby nie miał prawka, poruszał się głównie komunikacją miejską bądź rowerem i wszędzie trąbił, że nie zna i nie lubi samochodów a tu nagle wyskoczył z nowiutkim CLS-em. Skoro jednak tak nie jest, to w czym rzecz??

Valthard van der Sand
Gość

Nie mam czasu ani ochoty szukac co Twardoch pisal o samochodach wczesniej – na szybko jest tylko jedno jego zdjecie z Fordem Explorerem na FB. I zadnych innych wpisow. I nagle gosc wyjezdza z kochaniem samochodow.
Zobacz sobie na innych polskich ambasadorow Mercedesa. Tez milosnicy motoryzacji? Clarckson, Hammond i May nie bawia sie w pajacowanie mimo, ze kochaja samochody i sie na nich znaja.
Jak juz pisalem, nie zazdroszcze nikomu kasy – ktos mu dal – niech ma i sie cieszy. Wiem troche jak dziala WOMM w wydaniu tzw. „neutralnych ekspertow”, w koncu nie dostaja pieniedzy za nic.

Kora
Gość

Przecież cała akcja nie ma nic wspólnego z marketingiem szeptanym – Sz. T. napisał wprost, że jest ambasadorem marki a to zupełnie co innego.

Małgorzata Sambor-Cao
Gość

To co napisałeś będzie miało znaczenie tylko wtedy, gdy pisanie dobrze lub źle o mercedesach wpłynie na jakoś literatury obdarowanego pisarza, na to co chce czytelnikowi przekazać. Szczerze wątpię, że ma to znacznie. Dlaczego?
Sama popełniłam powieść. Mój bohater jest zamiłowanym motocyklistą. Posadziłam go na Hondzie. Dlaczego? Bo byłam takim ignorantem gdy to pisałam, że wzięłam to co mi google podał na tacy. Dziś już wiem, że równie dobrze może śmigać na Suzuki. Więc jakby mi Suzuki sprezentowało Inazumę (Hello! Jest tu jakiś spec od marketingu z branży motocyklowej? :D) wezmę i bohatera posadzę na Bandit. Bo nie ważne jest na czym ten koleś śmiga. Ważna jest pasja chęć robienia tego co się kocha i walka o to co w życiu ważne. To chcę przekazać. A za pomocą jakiej marki jest drugorzędne.
Inaczej by się miała sprawa gdyby np. Tyrmand w zamian za mieszkanie w pięknym Wrocławiu przeniósł akcję Złego tam. To by miało znaczenie bo Zły jest nie tylko o ludziach, ale i o Warszawie.
Nie znam twórczości Twardocha. Myślę jednak, że gdyby marka auta gdziekolwiek miała znaczenie to by mu to ludzie wytknęli, a tak trąbi się o jakimś hipotetycznym sprzedaniu.

Ja ze swojej strony cieszę się egoistycznie, że ktoś docenił pisarza.

J.
Gość

Chodzi o zwykłe ‚credibility’, czyli lekarz który reklamuje firme
farmaceutyczną zachęcający do kupna określonego leku (może mieć racje,
ale może być to podszyte gratyfikacjami, polityk powiązany z firmami
lobbujący w stronę ustaw pod firme etc.).

Samo stanie się
‚ambasadorem’ (a do galerii nie oglądać obrazy, tylko po kurczaka na
obiad i sprawdzić co w dziale odzieżowym nowego), nie jest specjalnie
bulwersujące. Jednak każda taka akcje wiąże się z utratą pewnej
wiarygodności.

Poprostu bronisz gościa nie dlatego że osiągnął sukces, tylko dlatego że sam masz w planach tak zarabiać. Dobre przygotowanie nie jest złe, a skoro masz sam motyw, o którym nie możesz pisać otwarcie – to już powinieneś zacząć rozumieć czemu traci się ‚wiarygodność’ w takim wydaniu.

beata
Gość

fala poklasku a jak zmienicie okno znów poleje się hejt, bo Bednarek w play, bo aktor w banku bo ktoś dostał merola…

Karolina G.
Gość

Powiem jedno – ostentacja nigdy nie jest w dobrym guście. I tyczy się to każdego.

Karolina G.
Gość

Z tych samych powodów, dla których laski świecącej cyckami nikt nie będzie brał na poważnie. Przy czym przyjmuję, że ktoś może tak lubi. Choć zasady dobrego smaku są takie, a nie inne. Jeszcze raz powtórzę – tyczy się każdego, czyli w moim odczuciu, obydwu panów. Tego, który został „abasadorem” i tego, który to skomentował w taki, a nie inny sposób.

Łukasz
Gość

Z takim podejściem możesz spokojnie przestać czytać tego bloga, wrócić do szeregu i zlać się z resztą szarych, „nieostentacyjnych” ludzi. Twoje myślenie premiuje niewyróżnianie się i wstyd za każdy sukces, który się osiągnie, bo tak, zostanie ambasadorem dobrej marki to sukces, bo tylko ludzie, którzy coś osiągneli i zdobyli zaufanie innych, mogą taki przywilej uzyskać. Zamiast być z tego dumnym, to się trzeba martwić, żeby przypadkiem innym nie było przykro, dlatego, że ktoś ma lepiej. Zamiast ich podziwiać, to się ich gnoi i mówi, że się sprzedali, albo, że: „akurat jemu to nie wypada w czymś takim brać udziału, to nie jest w dobrym guście”. Mentalność typowego polaczka – specjalisty od pijaru i dobrego wizerunku, a tak naprawdę sto lat za zachodem. Każdy mocny w gębie, ale jeśli to on by odebrał taki telefon od Mercedesa, to nie dosć, że całowałby buty ze szczęścia, to jeszcze dałby sobie wytatuować gwiazdę na czole.

Karolina G.
Gość

Masz zbyt napastliwy ton, jak na osobę, która nic nie wie o swoim adwersarzu. To po pierwsze. Po drugie – obecnie panuje jakaś chora moda na rozkręcanie konsumpcjonizmu wszelkimi możliwymi kanałami (opisana sytuacja jest jednym z przykładów). Wzbudza to (owa moda) we mnie wiele podejrzeń i wrażenie, że nie skończy się to dobrze.

Łukasz
Gość

Nie chciałem być napastliwy, bo to brzydko brzmi, ale dziwi mnie, że zdarzają się stali czytelnicy, którzy prezentują podobne podejście, które kłóci się z przesłaniem tego bloga. Bo tak patrząc ogólnie, to Michał z tym całym blogiem to jest bardzo ostentacyjny. Ogólnie Cię lubię, bo zalajkowałaś mój komentarz pod innym postem, ale i tak jestem zdziwiony ;)

Karolina G.
Gość

Możesz kogoś lubić, ale nie zgadzać się z nim w jakiś kwestiach – samo życie :).

Małgorzata Sambor-Cao
Gość

„”I szczerze czuje się poniżony, że napisałeś ten post na swoim blogu, ponieważ to oznacza iż uważasz nas (swoich czytelników) za idiotów, którzy należą do grona „zazdroszczących”.”

Nie bardzo rozumiem dlaczego autor bloga ma być odpowiedzialny za Twoje uczucia. Wyraził swoje zdanie. Czujesz się poniżony? Tym co ktoś inny myśli, robi, uważa? No to masz poważny problem kolego. Współczuję.

trackback
POPochane #3 Pytania na kilogramy, przemyślenia i linki. | Krasnoludki przy sterach

[…] Volant raz. O smutnych stronach polaczkowatości i dlaczego pisarzowi się nie należy? […]

prz_
Gość

Osobiście sam bym tak nie zareagował, ale w jakimś stopniu rozumiem reakcję. Myślę, że to taki ogólny protest, że pieniądze rządzą światem i nawet największy artysta nie może od tego uciec. A że dostało się Twardochowi – cóż, akurat na niego trafiło…

OlgaKomorowska
Gość

Niestety, zawiść w naszym społeczeństwie jest straszna. Widać to w rodzinach, między sąsiadami, między fundacjami (które walczą o to samo źródło pieniędzy), w Internecie, w szkole itp, itd. Również chciałabym, żeby moje dzieci mogły cieszyć się z dokonanych wyborów na drodze zawodowej.

wpDiscuz