Związków się nie naprawia. Związków się nie psuje

Związków się nie naprawia. Związków się nie psuje

Gdybym wpadł na taki pomysł i policzył, jakich wiadomości dostałem najwięcej, to mam przeczucie graniczące z pewnością, że na podium znalazłyby się maile pod tytułem: „Jak naprawić związek?”.

Za każdym razem miesza się w nich miłość, żal i zaskoczenie. Miłość, bo mieli świadomość, że było między nimi coś, co nie wszyscy mają szansę przeżyć. Żal, bo to stracili. I zaskoczenie, bo przecież jeszcze niedawno wszystko było w porządku.

Są jednak trzy rzeczy dotyczące związków, o których możesz przeczytać w książkach, ale dopóki ich nie doświadczysz to ich nie zrozumiesz.

Po pierwsze, dowiesz się, że związek się psuje, dopiero wtedy, jak już nie będzie można go uratować

Związki nie psują się w jeden dzień. Sypią się tygodniami, miesiącami, a czasem nawet latami. Jest to cały proces, który mniej lub bardziej świadomie ignorujemy.

Ludzie najpierw milczą, ale ty zrzucasz wszystko na zły dzień. Później narzekają, ale myślisz, że to tylko zwykła fanaberia albo że to przez problemy w pracy. W tym czasie rośnie w nich poczucie zaniedbania, niezrozumienia i braku docenienia. Wtedy się odsuwają, ale ty myślisz, że potrzebują tylko pobyć jakiś czas sami. W końcu dochodzą do wniosku, że przy tobie życie spierdala im w podskokach, więc odchodzą.

Ty jednak cały czas patrzysz na drugą osobę jakby to był telewizor, którym nie trzeba się przejmować dopóki się nie zepsuje, a jak się zepsuje wystarczy zadzwonić do serwisu, odczekać tydzień, podczas którego stanie się magia, a następnie znów postawić go na szafce.

Różnic między ludźmi, a telewizorem jest całkiem sporo, ale najważniejszą jest to, że człowiek psuje się kiedy jest zaniedbywany, nieużywany i niedoceniany, a kiedy się rozsypie tylko nowy specjalista będzie umiał go naprawić.

Po drugie, intensywność uczuć nie zastąpi ich częstotliwości

W 1996 roku trzech profesorów psychologii Diener, Fujita i Suh z Uniwersytetu Illinois przeprowadziło badanie subiektywnego poczucia szczęścia. Na podstawie stu piętnastu badanych okazało się, że na ogólne poczucie satysfakcji z życia wpływają wydarzenia z trzech ostatnich miesięcy.

Oznacza to, że jeśli wygrałeś milion na loterii to będziesz szczęśliwy. Przez jakieś 90 dni. Później nie będzie miało to dla ciebie znaczenia. Inaczej mówiąc – bardziej liczy się jak często doświadczasz pozytywnych uczuć, niż ich intensywność. Oceniasz tylko tu i teraz, bo poczucia szczęście nie da się zmagazynować. Tak samo nie da się kogoś kochać na zapas, odłożyć na przyszłość odrobiny poczucia wsparcia, komplementów albo szacunku do drugiej osoby.

W pewnym momencie ludziom zaczyna się wydawać, że komfortem życia da się zastąpić bycie razem, więc w imię kupienia nowego BMW spychają drugą osobę na dalszy plan. Obserwują jak blakną dawne wspomnienia i nie tworzą nowych. Z osób, między którymi iskrzyło jak w elektrowni zamieniają się we współlokatorów dzielących ze sobą tylko wspólną przestrzeń. To jeden z największych błędów jakie można zrobić, bo w ten sposób uganiamy się za wielkimi rzeczami, mówiąc, że robimy to dla drugiej osoby, a przewracamy się o drobiazgi. O tak małe rzeczy jak to, że ktoś pójdzie z tobą na zakupy, przyniesie herbatę do łóżka i przytuli się mocno do twoich pleców. To jest ważniejsze, niż to, że ktoś raz w roku zabierze cię do drogiej restauracji, ale będzie ignorował cię przez pozostałe 364 dni.

W ostateczności liczy się dzienny bilans uczuć z jakim chodzicie spać, a jeśli ten bilans znajduje się na minusie od wielu dni, to wtedy  na jego zmianę jest już najczęściej za późno.

Po trzecie, nie ma większego błędu niż przepraszanie za skutek zamiast za przyczynę

Kiedy do ludzi dociera, że kogoś tracą, zazwyczaj myślą, że to wina jednej kłótni, krótkiego romansu albo chwilowych osobistych problemów. Patrzą na to co się stało, jak na drobną kolizję, po której można wyklepać zderzak, przyznać: „Masz rację, ostatnio cię zaniedbywałem”, pocałować się na zgodę i ruszyć dalej.

Nie robią jednak kroków wstecz, żeby zobaczyć od jak dawna bilans uczuć w ich związku znajdował się na minusie. Gdyby to zrobili, zauważyliby, że biegną z dwoma wiaderkami do tonącego okrętu próbując usunąć skutek zamiast przyczyny.

Jeśli na kimś ci zależy to powinieneś przeprosić, ale nie za ten jeden dzień, kiedy nie wybrałeś trochę wody z tonącego statku, jakim był wasz związek, ale za wszystkie dni, kiedy nie zaklejałeś na bieżąco dziur, które powstawały. Za chwile kiedy widziałeś jak te dziury się powiększają, ale wolałeś je ignorować. Za dni, kiedy zbywałeś drugą osobę mówiąc, że robi problemy z niczego. Za te długie okresy, kiedy oczekiwałeś wyłącznie wsparcia i zrozumienia nie dając od siebie. Za to, że zapominałeś, że to, co jest między wami teraz, nie musi być między wami jutro.

W przeciwnym razie próbujesz plastrem zakleić dziurę po wyrwanym sercu.

I jeśli mam być szczery to nie ma pewności, że jak to zrobisz, to wszystko będzie pięknie, losowe osoby na ulicy zaczną tańczyć, a chórek przedszkolaków zacznie znienacka śpiewać o szczęściu. Czasem zaniedbania są zbyt głębokie, żeby dało się je naprawić. Może nawet pomyślisz, że wszystkie lekcje w życiu przychodzą kiedy nie są już potrzebne.

Jednak w końcu nadejdzie dzień, kiedy będąc z inną osobą będziesz czuć spokój i to, że wszystko jest na swoim miejscu.

Wtedy zrozumiesz czwartą rzecz, której nie przeczytasz w książkach - zrozumiesz to, że lekcje od życia nie przychodzą po to, żeby naprawić błędy dzisiaj, ale po to, żeby nie popełniać ich w przyszłości.

Dodaj komentarz

56 komentarzy do "Związków się nie naprawia. Związków się nie psuje"

Powiadom o
avatar
100000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Paulina Hofman
Gość

Przepiękne.

KaZet
Gość

Jeden z Twoich lepszych tekstow Volant. Bardzo prawdziwy.Gratulacje!

” Tak samo nie da się kogoś kochać na zapas, odłożyć na przyszłość odrobiny poczucia wsparcia, komplementów albo szacunku do drugiej osoby.”

To prawda. Co najwyzej jest jedynie drobna szansa, ze mocniejsze wspolne przezycia, emocje, odczucia, uczucia w przeszlosci, sa jakas szansa na to ze osoba w przyszlosci nie odpusci Cie tak latwo.

neitka1
Gość

Ok, Volant, chyba się znamy w realu, bo bardzo trudno mi uwierzyć, że tak celnie i we właściwym momencie ktoś podsumował kawał mojego życia.

myszka
Gość

świetny tekst. dzięki Volant!

aniia1990
Gość

Volant mistrz!!! mam wrazenie ze obserwujesz mnie z ukrytej kamery…i potajemnie udzielasz rad zamieszczajac tak trafne artykuly;d

Nerw Słowa
Gość

„[...] zrozumiesz to, że lekcje od życia nie przychodzą po to, żeby naprawić błędy dzisiaj, ale po to, żeby nie popełniać ich w przyszłości”. Idę ten cytat wytapetować sobie na ścianie;-)

Iza Wójtowicz
Gość

ja też :)

entropysphere
Gość

Jest jeszcze punkt zero – nie wszystkie pary powinny w ogole zaczynac byc ze soba

Volant
Gość

Świetne uzupełnienie.

Magdalena Puch
Gość

Bardzo piękny tekst uświadamiający rzeczy oczywiste o których zapominamy w codziennym życiu…

Emilia Mańk
Gość

Piękna puenta na koniec :)

une fille volante
Gość

A skąd dowiedzieć się jak wyjść z tak zwanego friendzonu? :) Nie dlatego, aby być razem, tylko po to, aby dać sobie szanse na prawdziwe życie, a nie na codzienne złudzenia? Jak zrezygnować z przyjaźni, rozumienia się bez słów, radości z własnego towarzystwa? Jak zmienić swoje podejście i nie czekać, że może kiedyś? Jak zacząć dostrzegać inne osoby? Nawet największa pasja nie rekompensuje nam takich strat emocjonalnych, po chwili zajarania tematem znowu wracamy do stanu pierwotnego..

entropysphere
Gość

Do friedzonu trzeba w ogole nie wchodzic. Jak juz zostaniesz zaszufladkowany to zmiana tego jest trudniejsza niz zaczecie od zera….

une fille volante
Gość

Do friendzonu raczej nikt nie wchodzi świadomie.. Czasami czekasz, bo ktoś umiejętnie Cię zachęca i wycofuje się na zmianę, sam nie wie czego chce, a Ty żyjesz w tym zawieszeniu. Czasami byliście razem, ale ktoś zastanawia się czy chce z Tobą spędzić resztę życia, czasami ma trudne przejścia za sobą.. Nie zerwiesz znajomości, bo to coś więcej niż kilka spotkań w wiadomym celu, często się znacie jak przysłowiowe łyse konie, ale też nie idziesz do przodu w celu stworzenia związku. Trzeba zmienić swoje podejście, postrzeganie danej relacji i osoby- tylko to jest problemem. Jak tego dokonać? :)
Dlaczego ludzie mówią tylko o tym jak złapać laskę/faceta na jedną lub kilka nocy? Dlaczego mówią tylko o tym, że związki to wojna, manipulacja i pokaz sił? Czytamy blogi i często nie poddajemy ich własnej ocenie tylko traktujemy jak świętą prawdę, w którą trzeba wierzyć i dekalog, według którego mamy postępować.

entropysphere
Gość

Primo, każdy moze łapać laskę/faceta na tak dlugo jak chce – może być to kilka nocy albo całe życie.
Secundo, metody są takie same – różnica jest tylko w udawaniu kogoś innego niż się jest – ale to i tak łatwo wychwycić.
Tertio – we friendzonie lądujesz zawsze na własne życzenie.

une fille volante
Gość

Dla mnie to nie są wiarygodne argumenty, trochę w stylu „tak, bo tak”.
Po pierwsze, gdyby wszyscy mieli władzę nad tym ile chcą z kimś być, nie byłoby tylu zranionych ludzi.
Po drugie, nie wszyscy udają kogoś innego w związkach. Trzeba trafiać na mega wyrachowane laski/facetów, które działają według opracowanej strategii, żeby tak twierdzić. Wtedy się nie jest z kimś tylko jego wyobrażeniem, czystym aktorstwem.
Po trzecie, może mamy inne wyobrażenie na temat co jest a co nie jest friendzonem, bo ja nadal twierdzę, że nie zawsze tak jest.
Jak śpiewa Gaba Kulka „(…) wszystko jest tak proste, póki nie przytrafi się Tobie”

une fille volante
Gość

Dla mnie to nie są wiarygodne argumenty, trochę w stylu „tak, bo tak”.

Po pierwsze, gdyby wszyscy mieli władzę nad tym ile chcą z kimś być, nie byłoby tylu zranionych ludzi.

Po drugie, nie wszyscy udają kogoś innego w związkach. Trzeba trafiać na mega wyrachowane laski/facetów, które/którzy działają według opracowanej strategii, żeby tak twierdzić. Wtedy się nie jest z kimś tylko jego wyobrażeniem, czystym aktorstwem.

Po trzecie, może mamy inne wyobrażenie na temat co jest a co nie jest friendzonem, bo ja nadal twierdzę, że nie zawsze tak jest.

entropysphere
Gość

Zaprzeczanie rzeczywistości do niczego nie prowadzi.

Masz władzę nad tym do kogo startujesz z amorami – jak celujesz wysoko musisz być odpowiednipo mocny – inaczej – zostaniesz zraniony.
Czy udajesz czy nie – zalezy od ciebie. Wiekszosc ludzi udaje rozne rzeczy – świat mediow społecznościowych jest tego pełen.

Świat to nie jest miłe miejsce, niestety. Jesli masz miekkie serce to musisz miec twardą dupe.

une fille volante
Gość

Rzeczywistość nie jest jedna i ta sama dla każdego. :)

Piszesz, że ma się władzę nad tym do kogo się „startuje z amorami”, a jednocześnie twierdzisz, że większość ludzi udaje różne rzeczy. To logicznie rzecz ujmując wychodzi na to, że mam władzę tylko nad tym co widzę, co może być kłamstwem, obłudą, grą, moim zaślepieniem, ale jeśli w pewnym momencie to się kończy i zostaje prawda, zostaję wobec niej bezbronny.

Co do ostatniego- zgadzam się.

entropysphere
Gość

Oczywiscie, dlatego nie widząc prawdziwej rzeczywistości możesz zostać nabrany i sam za to odpowiedasz. Ludziom wiele rzeczy się wydaje – potem jest płacz, zgrzytanie zębów, są złamane serca, a oni stają się zgorzkniali.

une fille volante
Gość

Nie ma czegoś takiego jak nieprawdziwa i prawdziwa rzeczywistość, każdy ma swoją pokrywającą się z rzeczywistościami innych. ;p
I nie można brać odpowiedzialności za niedostrzeganie pewnych sytuacji, niektóre rzeczy są niezależne od nas. To tak jak z niektórymi chorobami, trawią Cię powoli, ale można je wykryć dopiero w zaawansowanym stadium i kto za to ponosi odpowiedzialność? Nikt, pewne rzeczy po prostu się dzieją, niektórzy mają więcej szczęścia, inni mniej. :)

une fille volante
Gość

tak, żeby już nie zaśmiecać : https://dyskusjadyskusjinierowna.wordpress.com/

Ann
Gość

A tu śmiem się nie zgodzić. Rzeczywistość jest jedna i współdzielimy ją ze wszystkimi, dokładnie taką samą. To o czym mówisz to raczej pojmowanie tej rzeczywistości. I tak, masz rację, jeśli pojmujesz rzeczywistość jako materię, w której nie masz nic do powiedzenia, nie decydujesz o sobie, swoich decyzjach i uczuciach. Możesz na tym poprzestać, uparcie twierdząc, że skoro każdy inaczej ją odbiera, to Twoja wizja jest równie świetna, mimo że nie czujesz się w niej szczęśliwa(y?). Alternatywą jest to, (uwaga, rozwiązanie dla ambitnych) że możesz też skorzystać na tym fakcie, że ktoś w swoich granicach pojmowania świata i rządzących nim praw, dostrzega coś, co mogło umknąć Twojej uwadze. I zamiast buntować się przeciw temu, spróbować poszukać potwierdzenia, poszerzać własne horyzonty, bo przynajmniej moim skromnym zdaniem to duży krok ku temu, by żyło się lepiej.

Oczekujesz gotowych odpowiedzi. Jak zrezygnować, jak zmienić podejście, jak nie czekać? Nie wiem gdzie znajdziesz wiarygodną (i jednocześnie satysfakcjonującą) odpowiedź. Stało się jak się stało, ale może spróbuj zastanowić się nad sobą, jakie decyzje zapędziły Cię do tego „koziego roga”. Jak się z tym czujesz i jakie możliwe rozwiązania byłbyś (byłabyś?) w stanie przyjąć? I w tym wszystkim nie chodzi o szukanie winnych. Chodzi o umiejętność wyciągania wniosków. Chodzi o analizowanie konkretnych doświadczeń, myśli, emocji, rozkładanie ich na części pierwsze, jeśli pewne rzeczy nie przychodzą jeszcze odruchowo.

une fille volante
Gość

A ja również śmiem się nie zgodzić. :)

Mianowicie, rzeczywistość odbierana jako czasy w jakich żyjemy jest taka sama dla wszystkich, ale już rzeczywistość codzienności życia nie jest dla każdego taka sama.
Nie jesteśmy wszechwiedzący. Załóżmy na to, pierwszy lepszy przykład, że masz młodego pracownika, często widzisz go zmarnowanego, niewyspanego w pracy, myślisz sobie „znowu się bawił całą noc”. To jest Twoja rzeczywistość odbierana z Twoim zakresem obserwacji na podstawie wcześniejszych doświadczeń. Ale rzeczywistość tego człowieka wygląda inaczej, może ma poważnie chore dziecko nad którym siedzi całymi nocami, bo w dzień musi pracować. Kiedy się dowiadujesz o tym odczuwasz ZASKOCZENIE, SZOK, nawet zawstydzenie pochopną oceną, mimo, że to nie Twoja wina. Wiesz co to jest? Zburzenie Twojej rzeczywistości. ;) Rzeczywistości, która się zmienia wraz z Twoją nowo nabytą wiedzą czy doświadczeniem.

„To o czym mówisz to raczej pojmowanie tej rzeczywistości”- a jak inaczej odbierasz rzeczywistość jeśli nie poprzez poznanie? :)

une fille volante
Gość

Co do drugiej części to nie było oczekiwanie na gotową odpowiedź, to był pretekst do wywołania dyskusji na ten temat, aby poszerzyć horyzonty. ;)
Nikt nigdy takiej nie udzieli, bo tak jak wspomniałam wcześniej każda sytuacja jest inna, inna rzeczywistość. Jednak zderzając ją z opiniami innych możesz coś przemyśleć i dojść do pozytywnych wniosków. Przede wszystkim nic nie wspominałam o szukaniu winnych, obarczania innych za swoje niepowodzenia, mówiłam o podejściu, a Twoje podejście zależy tylko od Ciebie i tylko siebie możesz winić, o ile w ogóle możemy winić siebie samych za to co czujemy, za uczucia, emocje.

une fille volante
Gość

Jeszcze jedno…

„I tak, masz rację, jeśli pojmujesz rzeczywistość jako materię, w której nie masz nic do powiedzenia, nie decydujesz o sobie, swoich decyzjach i uczuciach. Możesz na tym poprzestać, uparcie twierdząc, że skoro każdy inaczej ją odbiera, to Twoja wizja jest równie świetna, mimo że nie czujesz się w niej szczęśliwa(y?).”

Nikt nie powiedział, że jestem nieszczęśliwa. ;) (Chyba, że to była czysta retoryka z Twojej strony.) Gdybym uważała, że na nic nie mamy wpływu, nie mówiłabym o ZMIANIE podejścia. Uważam, że mamy, tylko nie wszystko jest takie zero-jedynkowe, chyba, ze ktoś się kieruje czystym egoizmem i nie dostrzega emocji, uczuć innych ludzi, chociaż i do tego mam wątpliwości. ;) I tu jest problem- doprowadzenie do tej zmiany, ale nikt nie czeka na gotowe rozwiązania, a przynajmniej ja. Czas jest częściową odpowiedzią. Wszystko pięknie, ładnie, ale rozkładanie wszystkiego na części pierwsze też nie jest dobre, bo często to zabija. Czasami trzeba dać się ponieść, zaryzykować, bo wtedy żyjemy, a nie egzystujemy moim zdaniem, ale Twoje może być zupełnie inne. ;)

Ann
Gość

Mówisz o poszerzaniu horyzontów, a odpierasz każdy argument. Ciekawa teoria. Na czym więc miałaby polegać ta dyskusja?
Może jednak zaczynając od początku, jestem świadoma tego, że istnieje pewien świat realny, jeśli nie lubisz słowa rzeczywistość, w którym wszyscy funkcjonujemy, który ma swoje prawa. Zdaję sobie też sprawę z tego, że nie mam do niego pełnego dostępu, to znaczy, moje poznanie jest w pewnym stopniu ograniczone – ułomnością moich zmysłów i w pewnym zakresie ograniczonym doświadczeniem. I nigdy nie dowiem się czy to co widzę/słyszę/czuję ja, jest w ten sam sposób odbierane przez innego człowieka. Jednak mimo to, funkcjonujemy tu razem, dlatego niemal za konieczne uważam uwspólnianie swoich wizji świata. Inaczej nie moglibyśmy funkcjonować.
Akurat o winie wspomniała osoba, z którą poprzednio dyskutowałaś, nie musisz odnosić wszystkiego do siebie, to luźne uwagi.
I jeśli jesteś szczęśliwa, to zwracam honor, czuję ogromny „szok i zawstydzenie”. Śmiem jednak uważać, że Twój – podobno prowokujący do dyskusji, w celu poszerzenia horyzontów – komentarz nie znalazłby się tutaj, jeśli to byłaby prawda. Przynajmniej mnie strata emocjonalna, jak to ładnie określiłaś, kojarzy się z pewnym nieszczęściem, mogę się jednak mylić. I masz rację, jeśli chodzi o spontaniczność, ona też jest ważna. Tylko na jaki rodzaj spontaniczności chcesz sobie pozwolić w tej chwili? Nadal chcesz spontanicznie próbować i czekać na „może kiedyś”? Czy nie lepiej zacząć wyciągać wnioski z tej lekcji?

une fille volante
Gość

To, że odpieram argumenty nie znaczy, że nie biorę pod uwagę czyichś argumentów i trwam twardo przy swoim. Dyskusja chyba właśnie polega na kontrargumentowaniu, jeśli czyjś argument jest celniejszy to przyznaje się rację. ;)
W zasadzie to co napisałaś w tym drugim akapicie pokrywa się z tym co powiedziałam wcześniej. ;)
Może dlatego odebrałam to do siebie, bo według mojej opinii była emocjonalnie nacechowana? A może my baby lubimy czasami się trochę pokłócić, bo niezłe z nas wariatki? ;)
Nie tylko Tobie „strata emocjonalna” (jak to ładnie ujęłam) kojarzy się z nieszczęściem, ale akurat to stwierdzenie było pod wpływem melancholijnego nastroju i trochę bardziej odnosiłam to do ogółu, a poczucie szczęścia według mnie można osiągnąć niezależnie od problemów.
Jak już ujęłam to we wcześniejszych komentarzach, nie chodziło o próbowanie i czekanie, ale o zmianę podejścia do swojej rzeczywistości (tak, lubię to słowo). I tego człowieka też na tyle lubię, że nie obrócę się na pięcie i nie powiem „Twoja strata” , chociaż mogłabym, bo to byłaby też moja strata. To jest „fajny” człowiek, tak samo jak ja dla siebie jestem „fajna”. I realnie oceniając, widzę dużo więcej korzyści z tej znajomości, niż strat. Po prostu nie oczekuj niczego więcej, a wyjdzie Ci to na zdrowie. Szanuj siebie i innych. Ja już to zrobiłam. ;)
Kończę już dyskusję tutaj, bo mi życie spieprza w podskokach. Pozdrawiam serdecznie, miłego wieczoru!

Łukasz
Gość

To Ty chcesz wyjść z friendzonu „Nie dlatego, aby być razem…” czy „nie czekać, że może kiedyś”??Ciężko mi było stwierdzić, czy jesteś kobietą, czy nie, ale po pytaniach doszedłem do tego :D

une fille volante
Gość

Jak to kobieta, sama nie wiem czego chcę :D

Łukasz
Gość

Tak też sądzę :)

une fille volante
Gość

Ale przynajmniej wiem czego nie chcę ;)

aj
Gość

… szkoda tylko, że te lekcje tak cholernie bolą…

io
Gość

Ludzie czasami zachowują się tak, jakby nikt nigdy nie umarł. Jakby czas nie istniał. Smutne to.

Asia
Gość

Jasny gwint… świetny tekst, który powinien przeczytać każdy, komu zależy na szczęśliwym związku. Czasem coś się czuje w kościach, ale nie wiadomo jak to ubrać w słowa. Tobie się to udało bezbłędnie.

une fille volante
Gość

Może stąd wynika ta nasza dyskusja, że kobiety z mężczyznami rzadko dochodzą do porozumienia. ;p

une fille volante
Gość

ale do czegoś się przydała, trochę zmieniłam podejście :)

entropysphere
Gość

Tytuł: „Związków się nie naprawia. Związków się nie psuje”. Jeśli koszt naprawy jest większy niż kupno nowego produktu to nie ma co się męczyć. To nie czasy realnego socjalizmu z gospodarką niedoboru.
Nie ma ludzi niezastąpionych….

une fille volante
Gość

Mylisz się. Pomyśl o swojej rodzinie chociażby, podobnie jest po pewnym czasie w związkach.

entropysphere
Gość

Z rodziną też tak jest. Tylko granica jest postawiona o wiele dalej.

une fille volante
Gość

ktoś mógłby zastąpić Ci osobę, która Cię wychowała? te granice nie są postawione o wiele dalej, one nie istnieją

entropysphere
Gość

Powiedz to DDA albo molestowanym seksualnie dzieciom.

une fille volante
Gość

Mówimy o osobach bliskich emocjonalnie :)

une fille volante
Gość

Już nie wkraczajmy w patologie rodzinne i choroby psychiczne, bo to już inny temat..

rwtretg
Gość

Ale on ma rację. Czasem warto wymienić już totalnie „zepsutą” osobę na nową. :)

une fille volante
Gość

Totalnie zepsutą to tak, trzeba mieć jakieś wartości :D

seve
Gość

Pytanie z innej beczki, Volant: skąd u kobiety będącej w średniej długości związku nawyk utrzymywania bliższych kontaktów z mężczyznami, którzy „wyznali jej miłość” i „chęć czegoś więcej”?

Karina
Gość

tak bardzo tak.

Lenta
Gość

A jakichże to błędów nie popełniać w przyszłości? Listę proponuję zacząć od … wykreślenia ze słownika dwóch słów: zawsze i nigdy.
W praktyce dnia codziennego proponuję – zanim owe słowa wypowiesz, zastanów się … czy zdajesz sobie sprawę jaką obietnicę składasz?
Powodzenia.

Marta Gołębiewska
Gość

czemu ja tu trafiłam dopiero teraz? rewelacyjne teksty!

Anna.
Gość

Doskonały tekst.

kamaah
Gość

Volant, jesteś cudowny.

Nomadzki
Gość

Całość uważam za wspaniałe podsumowanie ale najbardziej urzekł mnie chyba ten fragment:

„Ty jednak cały czas patrzysz na drugą osobę jakby to był telewizor, którym nie trzeba się przejmować dopóki się nie zepsuje, a jak się zepsuje wystarczy zadzwonić do serwisu, odczekać tydzień, podczas którego stanie się magia, a następnie znów postawić go na szafce.

Różnic między ludźmi, a telewizorem jest całkiem sporo, ale najważniejszą jest to, że człowiek psuje się kiedy jest zaniedbywany, nieużywany i niedoceniany, a kiedy się rozsypie tylko nowy specjalista będzie umiał go naprawić.”

Zakrecona
Gość

Swietnie Ci wyszlo skondensowanie najwazniejszego w jednej kapsulce! :) Przypadkiem trafilam n’a tego bloga, ale czuje ze moge zostac n’a dluzej ;)

Ula
Gość

Popłakałam się na koniec tego wpisu. Bo dobitnie podsumowuje uczucia, których staram się za wszelką cenę nie dopuszczać do głosu, sama zastanawiając sie po co mi to.

Dzięki, Volant, za to, że piszesz.

Kam
Gość

Dobry tekst, ale pozostawia u mnie wątpliwości. Wiem z doświadczenia, że ludzie zbyt szybko rezygnują i poddają się. Faktycznie – nasz mózg „woli” dostrzegać to, co złe: błędy, wady, potknięcia, skupia się na ostatnim „współbyciu”, gubiąc dłuższą perspektywę. Czasem, żeby „ratować”, „naprawiać” (brzydkie słowa) – trzeba zmienić optykę, sięgnąć po to, co dobre i zobaczyć relację w szerszym kontekście.
Kryzysy są potrzebne, a już „wielkie kryzysy” w związku dwojga ludzi dają szansę na rozwój, samopoznanie, dojrzewanie, ich pokonanie daje niezłego kopa, w perspektywie życia dużo większego niż kolejny krótkotrwały (?) związek, motyle w brzuchu i początkowa bezkrytyczna fascynacja. Niestety – do tego trzeba dwojga. A w kolejnych związkach dopadają nas przeważnie te same problemy (jeśli nie „tożsame”, to przynajmniej jakościowo podobnie „ciężkie”). I nie, człowiek nie uczy się na własnych błędach, nawet jeśli po skończonej relacji/małżeństwie mamy sporo samoświadomości, dzięki której widzimy w całej jaskrawości swoje wady, błędy, nieumiejętnie „obsługiwane” emocje – mechanizmy komunikacyjne, nierzadko z obu stron, włączają się jak z automatu. No, chyba że naprawimy głowę, ale to już temat na kolejny wątek.
Że związek to ciągła praca – jak najbardziej się zgadzam, tylko na początku wszystko jest takie proste i „samo się robi”: seks, komunikacja, wspólny czas.

wpDiscuz