Wiesz co zabija relacje? Presja

Wiesz co zabija relacje? Presja

Masz przynajmniej 25 lat, piersi, gładkie nogi, umiejętność malowania rzęs i identyfikujesz się jako kobieta, a nie helikopter bojowy?

Jeśli tak, to pewnie zdążyłaś już zauważyć, że im więcej w jakiejś relacji z siebie dajesz, tym mniej dostajesz. Tak jakby logika funkcjonowania rzeczywistości załamała się i przestała działać.

Siadasz wtedy z koleżankami, które doświadczyły tego samego, i upijając się próbujecie wymyślić, o co właściwie tu chodzi. Przecież jesteś zadbana, na kosmetyki wydałaś już 1/4 pensji, gdzieś w szufladzie masz dyplom ukończenia SGH, UMK albo UW i słuchasz gościa o beznadziejnej ksywce „Volant”, więc pamiętasz o tym, że mężczyźni nie lubią ograniczania. Kiedy zaczynają słyszeć nakazy, zakazy i zrzędzenie to włącza im się tryb ucieczki. Czują wtedy, że ich życie stanie się odpowiednikiem krawata zakładanego pod kolor sukienki partnerki na studniówkę i są tym równie podekscytowani, jak myślą o wyjeździe na kolonie… do obozu w Korei Północnej.

Ok, „Nie bądź natrętną cipą” – zanotowane. Zamiast tego robisz coś innego – nie chcesz, żeby on z czegokolwiek rezygnował, więc zamiast tego zaczynasz się dostosowywać do niego. Powiedział, że nie chce zmieniać mieszkania? To ty rezygnujesz ze swojego. Powiedział, że lubi blondynki? To farbujesz włosy. On lubi rosół, za którym nie przepadasz? Zaczynasz gotować go trzy razy w tygodniu.

Nie prosi cię o to. Robisz to sama z siebie, nie jesteś natrętna, a mimo to czujesz, że on cię odpycha. Twój system się wiesza. Wyskakują krytyczne błędy. Mrugasz powiekami i dukasz: „Ale… ale… dlaczego? Przecież do niczego go nie zmuszam. Nic nie zabieram – tylko daję”.

Wydaje się to niezrozumiałe, ale wytłumaczę ci jak to działa.

Prezent, którego nie jesteś w stanie przyjąć

Wyobraź sobie, że wychodzisz ze znajomymi na wino i plotki. Poznajesz tam osobę, z którą świetnie się dogadujesz – załóżmy, że to twoja rówieśniczka – jakaś Ania czy inna Zuzia. Ona komplementuje twoje kolczyki, a ty jej złoty zegarek, który dostała od rodziców na osiemnastkę. Oboje liczycie na to, że Cersei z „Gry o tron” spektakularnie umrze. Bawią was te same memy. Przewracacie oczami w tym samym momencie i dopowiadacie za siebie zdania. Nawet po powrocie do swoich domów wymieniacie się dziesiątkami wiadomości nie czując żadnej niezręczności. Tak, to przyjaźń.

A wtedy ni z tego ni z owego, na następnym spotkaniu ta Ania czy Zuzia przynosi ci swój złoty zegarek, który jest dla niej tak ważny. Jest zapakowany w pudełko z kokardką, a ona podaje ci go i mówi, że chciała dać go właśnie takiej osobie jak ty.

Czujesz się wyróżniona, ale też zakłopotana. Niezręczność unoszącą się w powietrzu można ciąć nożem jak galaretkę.
Zastanawiasz się o co właściwie tutaj chodzi.
Myślisz, że to za wcześnie.
Nie widzisz powodu, który sprawia, że ona, chce dać ci taki prezent. Przecież znacie się tak krótko!
A przede wszystkim dociera do ciebie, że być może nigdy nie zechcesz lub nie będziesz w stanie dać jej czegoś takiego, więc mówisz to, co mówią mężczyźni: „Jesteś dla mnie za dobra i zasługujesz na więcej, niż jestem w stanie ci dać”.

Z szansy na piękną przyjaźń zostają tylko gruzy.

Wzajemność

Nie wiem czy jesteś w stanie wczuć się w opisaną wyżej sytuację. Ja jestem, bo sam doświadczałem tego wielokrotnie. Należę do tych osób, które wolą dawać, niż brać i kiedy coś dostaję to natychmiast czuję potrzebę odwdzięczenia się. Jeśli wierzyć nauce i Robertowi Cialdiniemu to czujemy się tak wszyscy. To zjawisko nazywa się „regułą wzajemności”, która polega na odczuwaniu wewnętrznego przymusu, żeby komuś wynagrodzić wysiłek, wydatki, uczucia.

Jak ktoś mówi ci komplement, to się uśmiechasz i mówisz coś równie miłego. Kiedy ktoś na spotkanie przynosi wino, to ty pieczesz pizzę. Kiedy ktoś dzwoni do ciebie z życzeniami, to są duże szanse, że też to zrobisz i to nawet jeśli zazwyczaj ograniczasz się do napisania „100 lat!” na czyjejś tablicy. I wszystko jest ok, dopóki dajecie sobie po równo, ale kiedy dostanie się zbyt dużo naraz, to szuka się podstępu i zaczyna uciekać – przed zobowiązaniami, oczekiwaniami, doświadczeniami, na które się nie pisało.

Efekt jest wtedy taki sam, jak w przypadku dawania nakazów i zakazów. Wtedy on czuje PRZYMUS zachowywania się tak, jak chcesz. Jeśli dajesz „prezenty” w postaci dopasowywania się do jego oczekiwań, też czuje PRZYMUS odwzajemniania się za wszystko, co dla niego robisz. I tak się składa, że nie jest to przyjemne uczucie. Dlaczego? Bo słowo „musisz” zabiera nam chęć do robienia czegokolwiek. „Musisz” to przeciwieństwo szczęścia – czy jest, cokolwiek, o czym myślisz w kategorii „muszę” i jednocześnie to kochasz? Wątpię. 

Jedna rzecz, która różni dobre związki od fatalnych

Kiedy jeszcze regularnie grałem w bilard, chodziłem do klubu, w którym rozbijając bile miało się widok na tory w kręgielni. Niemal za każdym razem widziałem na nich pary, po których zachowaniu było widać, że to pierwsza randka. To jak byli spięci było czuć na sto metrów, a ja współczułem, że ktoś tym facetom nagadał, że żeby mieć szanse na coś więcej, niż oglądanie co wieczór filmów porno, to trzeba zrobić wrażenie, być oryginalnym i porządnie się postarać.

Wiecie, trochę przeżyłem. Nie mówię, że jakoś strasznie dużo, ale wystarczająco, żeby wiedzieć, że fajne relacje są wtedy, kiedy nie musisz sobie powtarzać: „Muszę podtrzymywać kontakt, muszę unikać niezręcznej ciszy, muszę zrobić dobre wrażenie”. Nie ma tam wkupywania się w cudze łaski ani rezygnowania ze swoich planów, bo „może to będzie na całe życie”. Nie ma duszącego uczucia, że coś musi z tego wyjść, bo inaczej świat się zawali, ani cenzurowania swoich przekonań. Nie ma tam silenia się na bycie kimś, o kim mówi się używając przymiotników w najwyższych stopniach. Nie ma tych wszystkich substytutów bezdusznego, wysysającego energię słowa „musisz”.

W fajnych relacjach kupuje się kanapki, pakuje się je w papierowe torby i idzie posiedzieć na trawie. Albo idzie się na burgery i z błyskiem w oku rzuca się wyzwanie: „Założę się, że nie zjesz trzech”. Opowiada się sobie historie o tym, kiedy dowiedziało się, że święty Mikołaj nie istnieje i jak poznało się swojego najlepszego przyjaciela. Wychodzi się na miasto bez planu, żeby ostatecznie wylądować w knajpie, do której nigdy samemu by się nie poszło. Robi się te wszystkie zwyczajne, nieplanowane, małe rzeczy, dzięki którym nikt nie czuje, że cokolwiek musi.

Wynika to z tego, że dobre związki – jak wszystko, co uszczęśliwia – wymagają swobody, a nie presji oczekiwań. Dlatego nie musisz umieć liczyć całek, ale akurat tego braku presji warto się nauczyć. Tak żeby nie wsadzać sobie kija w dupę. Nie wciągać brzucha. Nie poganiać. Dopuścić do siebie ewentualność, że może z tego nic nie wyjść i nie musi to być niczyją winą. Zrozumieć, że komuś musi wystarczać to, jaką osobą jesteś normalnie, bo to taką wersje ciebie będzie widzieć najczęściej.

A przede wszystkim warto dać tym relacjom czas, żeby mogły urosnąć, dojrzeć, stać się cieplejsze i gęstsze. W końcu drzewa też nie sadzisz z myślą, że za tydzień powiesisz na nim huśtawkę zrobioną z opony, prawda?

  • magda

    Wiele racji, ale tekst trochę nie spójny. W fajnych związkach ludzie się starają aby drugiej osobie było dobrze, problem pojawia się wtedy gdy jedna ze stron chce dużo dać, ale druga nie potrafi się w podobnym stopniu odwdzięczyć i to przytłacza. Ciężko jak osiągnąć w tej kwestii balans. Nie chodzi tu tylko o presję oczekiwań.

    • Niekoniecznie nie potrafi. Czasem może nie chcieć, czasem faktycznie to przytłacza. Nie wszyscy mają te same kryteria co do tego, ile „się daje” na każdym etapie zażyłości. Nie wszyscy potrzebują takiego samego poziomu zainteresowania czy otrzymywania. Chodzi o to, żeby się dobrać tym samym poziomem, żeby się dogadać pod tym względem, albo żeby się tego nauczyć. Obie strony oczywiście, nie jedna dopasować do drugiej.
      I jeszcze coś… Czasem kumulujemy w sobie całe to dawanie, bo nie ma tej drugiej osoby. Wtedy gdy się pojawia, zarzucamy ją wszystkim co się zbierało. A można dawać też innym osobom i wyżyć się w ten sposób. ;)

    • Sebastian Lavender

      Sorry, że tak to ujmę, ale ludzie mają zdrowo wycyklinowane przez komedie romantyczne i „nowoczesne poradniki” zwoje mózgowe z tym nastawieniem na „staranie”.
      Delikatnie mówiąc to tak nie działa. Doba nie jest z gumy, a on będzie potrzebował czasu, żeby się realizować.
      Albo Macie wspólny mianownik, który zapewni Wam jakieś porozumienie, wspólny czas/hobby którym będziecie się pasjonować, albo prędzej czy później wszystko szlag trafi i „stawanie na rzęsach” nic wam tutaj nie da – przy odrobinie szczęścia sypnie się, zanim pojawi się dziecko.

      • magda

        Totalnie się nie zgadzam, oczywiście różne starania możesz mieć na myśli, ale samo miłe spędzanie wspólnego czasu nie starczy, aby związek był dobry. Chociażby kiedy trzeba będzie wspólnie ogarniać podział obowiązków, wtedy okazuje się kto ile daje od siebie, bo nie tylko pasją się żyje. Wg. mnie ogromną sztuką jest dojść do takiego stanu, żeby czuć pod tym względem obustronną równowagę i nie obawiać się że daje się za mało lub za dużo.

      • Sebastian Lavender

        Partnerski podział obowiązków do mnie nie przemawia – być może dlatego, że po prostu szlag mnie trafia gdy mam wysypujące się pranie, brudne okna, albo podłogę ze śladami błota – zakładam, że mówiąc o tym, masz na myśli „rutynę dnia codziennego” przy utrzymaniu „waszego tipi”.
        Jak to mówią widziały gały, co brały – kobieto masz oczy, naprawdę trudno było zauważyć, że facet jest fleją?

        Anyway…
        Najwięcej związków – oficjalnie – pada z powodu „nie ma dla mnie czasu”, „wypaliło się”, „brak kasy”, czyli generalnie na tle tego, że facet ma inne priorytety życiowe, albo za mało zarabia (to ostatnie akurat jest pokłosiem komedii romantycznych, gdzie wszystko ocieka sielanką, a podstarzali „bohaterowie” są niemal ofiarami sukcesu w „wolnych zawodach”).

    • Paszkin

      To mój pierwszy komentarz w życiu ale pierwsze primo tekst jest nie spójny ponieważ jest emocjonalny (fajnie emocjonalny, drugie primo, zgadzam się że „fajnych związkach ludzie się starają aby drugiej osobie było dobrze” ale nie za wszelką cenę, wydaje mi się że tutaj jest problem żebyś znalazł balans.

  • 1. Prezent.
    Wspólne tematy do rozmów, zainteresowania, jednakowe gesty to oznaka przyjaźni a przyjęcie ważnego dla tej osoby prezentu mimo krótkiej znajomości to przesada? Jest wręcz odwrotnie! Prędzej przyjmę podarunek od nowopoznanej osoby niż jej zaufam na tyle, by nazywać ją przyjacielem/przyjaciółką (nawet, jeśli formą prezentu jest jakiś sekret czy ważne wspomnienie).
    2. Wzajemność.
    „Bo słowo „musisz” zabiera nam chęć do robienia czegokolwiek.”
    Co innego, gdy nie musisz, a chcesz. Gdy chcesz umyć naczynia po pysznym obiedzie, który ona ugotowała. Gdy chcesz kupić jej seksowną bieliznę po tym, gdy ona sprawiła ci prezent urodzinowy w postaci koszulki ulubionego klubu. Gdy chcesz zrobić jej masaż pleców, kiedy ona wraca z pracy do domu, a przede wszystkim – do ciebie.
    3. Swoboda a oczekiwania.
    Gorzej, gdy jest się introwertykiem. ;) Wtedy na pierwszej randce stawia się oczekiwania, przede wszystkim wobec siebie. „Bądź miły, sprawiaj komplementy, dużo pytaj i słuchaj. Wtedy jest okej. A potem uzewnętrznia się nasza prawdziwa natura i pozostaje jedynie wierzyć, że drugiej osobie ona nie przeszkadza. Ale fakt, nie warto się na nic nastawiać. Czas pokaże.

    • Majkel

      Ciekawi mnie czemu, w tym wypadku, uważasz introwertyzm za coś gorszego. Mógłbyś się rozwinąć? :)

      • Mnie też to ciekawi, bo uważam introwertyzm za całkiem niezłą mieszankę pozytywnych cech.

  • „Wychodzi się na miasto bez planu, żeby ostatecznie wylądować w knajpie, do której nigdy samemu by się nie poszło. Robi się te wszystkie zwyczajne, nieplanowane, małe rzeczy, dzięki którym nikt nie czuje, że cokolwiek musi.” Bo nie chodzi o to, żeby coś zrobić tylko żeby zrobić to razem, pobyć, bez ciśnień i męczenia d… I tak, dokładnie tak jest. Choć to tylko jedna strona medalu – ta gdy jest dobrze. Czyli gdy nie dzieją się sytuacje wymagające czegoś innego niż wspólne bycie. Na przykład wsparcia, a tego też są różne poziomy i na każdym tzw. etapie związku jakąś jego wersję można otrzymać. Ale jeśli „gdy jest dobrze” nie działa tak, jak piszesz to to drugie już na pewno nie zadziała.
    I wiesz, tak sobie teraz myślę, że takich tekstów mi trochę u Ciebie brakuje – o tym co się dzieje, gdy w życiu drugiej osoby robi się kompletna rozp…ucha. Jest dużo świetnych tekstów o początkach, o wyborach, o tworzeniu, o dopasowaniu. A potem?… Choć oczywiście, Twój blog – Twój wybór. ;)

  • ‚Oboje liczycie na to, że Cersei z „Gry o tron” spektakularnie umrze.’ < Nie! :(
    PS. Aż zaczęłam guglać helikoptery bojowe, wyglądają całkiem zajebiście.

    • To komu życzysz śmierci w GOT? :D

      • Przede wszystkim Aryi Stark, i może trochę Daenerys Targaryen. Twórcy serialu powinni zapoznać się z definicją fenomenu ‚Mary Sue’ i jak go unikać.

  • Leszek Rojek

    Bollocks. Mam 40 lat i słucham tego niczym szczebiotu gimnazjalistki. Get real, FFS.

  • Ruda

    Wiecie co zabija relacje? Przekonanie, że na seks nie jest za wcześnie, a na poznawanie znajomych już tak…
    Jasne. Presja jaką wywiera kobieta jest zła, ale sypialnie z dziewczyną , przytulanie się do niej, mówienie „kiedyś pojedziemy, kiedyś zrobimy” nie jest złe? Kolejny raz czytam coś o presji jaką wywierają na facetach te straszne kobiety, ale na miłość boską uznając, że tekst jest o rozumnych, znających swoją wartość osobach to czy to jest fair, że facet tworzy iluzję związku wybierając z niego to co mu odpowiada, a jak laska to robi to już jest nazwane presją.
    Kiedy jest magiczna granica po której można się nazywać związkiem? Trzeba to uzgadniać czy po prostu się to wie? Ile jest niby czasu żeby relacje „mogły urosnąć, dojrzeć, stać się cieplejsze i gęstsze”. Ile czasu laska ma się spotykać z facetem żeby w końcu móc go przedstawić rodzicom np jeśli od sześciu miesięcy z nim sypia ( i żyje z nim jak w związku) żeby nie tworzyć presji?
    Moi drodzy uważam, że w pewnym momencie nie ma presji albo się z tą osobą chce być albo nie. Nie powoduje tego fakt że kobieta chce w końcu wiedzieć na czym stoi i oczekuje konkretnej informacji. Ile jest tekstów w necie o tym , że facet powiedział: „nic Ci nie obiecywałem” i odchodzi…. , ale wcześniej sypiał z nią, przytulał w nocy, często dzwonił, zwierzał się…
    Wyjście jeden. Kobieta ma się nie angażować w znajomość, nie pokazywać , że jej zależy i czekać aż się facet domyśli, wyjście dwa angażować się i czekać aż jaśnie Pan jej powie (kiedyś) czy jest ok czy też nie.
    A tak serio myślę, że jak ktoś chce ze sobą być, nie ma czegoś takiego jak presja. Jeśli nawet ktoś w relacji uważa, że na jakieś zachowanie jest za wcześnie (np ślub) to się o tym rozmawia, a nie ucieka mówiąc: „to nie Twoja wina to ja nie umiem się tak zaangażować jak być chciała”…. Tym bardziej, że nie biorąc pod uwagę skrajnych przypadków kobiet, które traktują facetów jak bankomat, normalna kobieta naprawdę nie wymaga cudów od faceta.

    • Marcowy

      Chyba wystarczy zapytać czy ‚właściwie to my jesteśmy razem?’. Parę razy spotkałem się z porównywaniem tej bariery do dziecinadą (?) – paradoksalnie przez kobiety.

      • Ruda

        Wydaję mi się, że nie do końca zrozumiałeś o co mi chodzi. Nie miałam na myśli problemu ze stwierdzeniem kiedy można nazywać się „związkiem” (dla mnie oczywistym jest, że należy rozmawiać na ten temat), ale kiedy jest ten odpowiedni moment żeby to ustalić (żeby nie zostało nazwane „stwarzaniem presji”). Kobieta spotyka się z facetem miesiąc, dwa , sześć a nawet rok – bez żadnej deklaracji z jego strony a jak ona zapyta czy są parą (lub kiedy będą) – to nazywane jest presją. Oczywiście nie chce uogólniać, sytuacje są rożne, ale naprawdę w ostatnim czasie notorycznie słyszę o presji, a czy ktoś zwrócił uwagę, że wynika ona z tego, że faceci chcą związków bez większych zobowiązań, Żyje im się wygodnie (mają seks, mają z kim pogadać, pochwalić się przed kolegami), ale jak znajomość ma przejść na kolejny etap – poznawanie rodziców, bardziej wyszukane prezenty, ślub, dzieci (itd, itp) oni nie chcąc się deklarować (po dłuższym zrzędzeniu kobiety) – wymyślają teksty o życiu pod presją i kończą znajomość. Oczywiście mówiąc innym, że ona go naciskała i wywierała presje,a on nie był gotowy: na związek, na małżeństwo, na wspólne zamieszkanie, na dzieci – tak można wymieniać w nieskończoność. Nie mówię, że Ci mężczyźni mają okłamywać kobiety i zmuszać się do przejścia na kolejny etap w związku, ale niech mają jaja i nie wmawiają wszystkim, że zerwali bo kobieta wywierała presję, gdyby chciał z nią być i planować przyszłość nie byłoby to dla niego żadnym problemem.

      • Wymuszanie deklaracji od drugiej strony to nie jest presja? Imho jest.
        Wymuszanie decyzji chcesz przechodzic na kolejny etap zwiazku czy sie rozstawac jak najbardziej presja jest.
        To moze byc nawet bardziej banalne niz to co pisze male_V, po prostu gosc nie ma ochoty poznawac niczyich rodzicow i chodzic na rodzinne obiadki. Ani z ta ani z inna panna. I tyle.
        A jak go do tego zmuszaja to zrezygnuje z fajnej znajomosci i seksu, bo koszty stana sie wieksze niz zyski

      • Ruda

        hehe ok, lepiej nie wymuszać deklaracji i tkwić w takiej zarąbistej relacji. Lepiej się nie odzywać i całować ziemie po której on stąpa i niech się laska cieszy że ktoś chce z nią sypiać. Lepiej nie pytać go po pół roku znajomości na czym stoją bo jeszcze się chłopak przestraszy i odejdzie, bo jeszcze się okaże, że bardzo zaangażowany to on nie był.
        Jeśli gość po dłuższym spotykaniu się nie inicjuje żadnych zachowań, które wskazywałyby, że mu zależy to dlaczego wymuszanie deklaracji jest złe? Przecież jej nie kocha, nie traktuje jej poważnie tylko z nią sypia, a ona chce czegoś poważnego… To czy właśnie najlepiej nie jest postawić go pod ścianą?
        Tylko niech facet powie po prostu , że laska nie była dla niego (od początku to wiedział), a nie że wywierała na nim presje i dlatego odszedł bo laski później głupieją i myślą , że ona za dużo wymagała – BZDURA.

    • Anna

      O, to to! Wiecie dlaczego nasze babcie nie miały problemu z całym tym popapraniem i syfem? Bo nikt im nie wmawiał, że warto czekać, kiedy nie warto. A nie warto NIGDY. Nie ma czegoś takiego jak „nie potrafię się zaangażować” albo „jeszcze nie teraz”, jest „nie chcę się Z TOBĄ zaangażować”, „jesteś nie tą dziewczyną”. I tyle. Poprzednie pokolenia kobiet nie czekały, aż jaśnie pan się zdecyduje. Po prostu odchodziły do tego, który był zdecydowany. I tak się zaczynały małżeństwa, zawierane często po roku znajomości. Dzisiaj my, po roku znajomości zastanawiamy się, czy on nas przedstawi znajomymi… Czy tego chciały nasze prababki, które walczyły o prawa kobiet? Nie sądzę. Kobitki, w życiu nie ma miejsca na facetów, którzy opowiadają o „presji”. Szkoda czasu :)

      • Obawiam się, że dobieranie się w pary za czasów naszych dziadków wyglądało zupełnie inaczej niż to opisałaś.

      • Anna

        Chodziło mi o to, że działo się to szybko. To był wóz, albo przewóz. Żadna kobieta nie czekała latami na pierścionek, w nadziei, że może czwarty rok znajomości będzie TYM przełomowym, w którym Misio się zdecyduje. Pomagało w tym oczywiście społeczne przeświadczenie, że kobieta żyjąca „na kartę rowerową” jest nic nie warta. Dzisiaj tego bata nad sobą nie czujemy, możemy czekać i łudzić się w nieskończoność. Tylko PO CO. I nie twierdzę, że mężczyzna, który nie oświadczył się przez 3 lata na pewno nie oświadczy się czwartego roku. Bardzo prawdopodobne, że tak, chociażby dlatego, że będzie mu głupio. I że się przyzwyczaił. Tylko po co takie oświadczyny przyjmować.

  • Dawid Deja

    Jeżeli autor pozwoli chciałbym delikatnie wejść w polemikę odnośnie użytego sformułowania „odczuwania przymusu”. Reguły Caldiniego opierają się na podstawowych zasadach etyki, gdzie obie strony otrzymują w ich ocenie jednakowe korzyści jako rezultat zawartego „kontraktu”. Mówimy tu wiec o wywieraniu wpływu bez krzywdzenia żadnej ze stron. Sformułowanie zaś „odczuwanie przymusu” sugeruje, że jedna ze stron posuwa się do manipulacji a więc druga osoba traci w skutek zawartego „kontraktu”. Cialdini zawsze odcinał się od tego typu praktyk.

  • Ruda

    Ależ właśnie o to mi chodzi. Rozumiem to, że nie każda kobieta jest na tyle interesująca żeby z nią zakładać rodzinę albo jest (niby) idealna, ale też nie chcemy przejść z nią na kolejny etap – wkurza mnie tylko to, że faceci (przynajmniej w moim otoczeniu – więc nie chcę bardzo uogólniać ) często jako powód rozstania podają presje… „Bo ona postawiła mnie pod ścianą…” – hipokryzja.
    Gdyby ona nie postawiła go pod ścianą to straciłaby tylko swoje lata młodości dla kogoś kto nie myślał o niej poważnie. Są laski, które potrafią tak żyć latami, bez żadnej deklaracji, a później budzą się z ręką w nocniku, bo nie potrafiły postawić sprawy jasno bo rzucał jej ochłapy szczęścia. Wiem jak zachowuje się facet, który jest zakochany i który planuje życie z dziewczyną.
    Niestety nie wszyscy faceci są na tyle fair żeby postawić sprawę jasno na początku.
    male_V mnie nie bolą Twoje słowa, nie usłyszałam nigdy od faceta, że wywieram presję choć jestem zwolenniczką stawiania sprawy jasno. Próbuję tylko zwrócić uwagę, że presja czasami jest jedyną szansą żeby dziewczyna przekonała się na czym stoi, Zakochany facet nie zostawi laski bo ona chce ślubu i taka prawda….

    P.S. W ostatnim tygodniu moje dwie koleżanki rozstały się z facetami choć prawidłowo powinnam napisać oni się z nimi rozstali bo chciały ślubu i dzieci, a jedna była z gościem 6 lat! Tracę wiarę w mężczyzn stąd te całe wpisy.