Masz przynajmniej 25 lat, piersi, gładkie nogi, umiejętność malowania rzęs i identyfikujesz się jako kobieta, a nie helikopter bojowy?

Jeśli tak, to pewnie zdążyłaś już zauważyć, że im więcej w jakiejś relacji z siebie dajesz, tym mniej dostajesz. Tak jakby logika funkcjonowania rzeczywistości załamała się i przestała działać.

Siadasz wtedy z koleżankami, które doświadczyły tego samego, i upijając się próbujecie wymyślić, o co właściwie tu chodzi. Przecież jesteś zadbana, na kosmetyki wydałaś już 1/4 pensji, gdzieś w szufladzie masz dyplom ukończenia SGH, UMK albo UW i słuchasz gościa o beznadziejnej ksywce „Volant”, więc pamiętasz o tym, że mężczyźni nie lubią ograniczania. Kiedy zaczynają słyszeć nakazy, zakazy i zrzędzenie to włącza im się tryb ucieczki. Czują wtedy, że ich życie stanie się odpowiednikiem krawata zakładanego pod kolor sukienki partnerki na studniówkę i są tym równie podekscytowani, jak myślą o wyjeździe na kolonie… do obozu w Korei Północnej.

Ok, „Nie bądź natrętną cipą” – zanotowane. Zamiast tego robisz coś innego – nie chcesz, żeby on z czegokolwiek rezygnował, więc zamiast tego zaczynasz się dostosowywać do niego. Powiedział, że nie chce zmieniać mieszkania? To ty rezygnujesz ze swojego. Powiedział, że lubi blondynki? To farbujesz włosy. On lubi rosół, za którym nie przepadasz? Zaczynasz gotować go trzy razy w tygodniu.

Nie prosi cię o to. Robisz to sama z siebie, nie jesteś natrętna, a mimo to czujesz, że on cię odpycha. Twój system się wiesza. Wyskakują krytyczne błędy. Mrugasz powiekami i dukasz: „Ale… ale… dlaczego? Przecież do niczego go nie zmuszam. Nic nie zabieram – tylko daję”.

Wydaje się to niezrozumiałe, ale wytłumaczę ci jak to działa.

Prezent, którego nie jesteś w stanie przyjąć

Wyobraź sobie, że wychodzisz ze znajomymi na wino i plotki. Poznajesz tam osobę, z którą świetnie się dogadujesz – załóżmy, że to twoja rówieśniczka – jakaś Ania czy inna Zuzia. Ona komplementuje twoje kolczyki, a ty jej złoty zegarek, który dostała od rodziców na osiemnastkę. Oboje liczycie na to, że Cersei z „Gry o tron” spektakularnie umrze. Bawią was te same memy. Przewracacie oczami w tym samym momencie i dopowiadacie za siebie zdania. Nawet po powrocie do swoich domów wymieniacie się dziesiątkami wiadomości nie czując żadnej niezręczności. Tak, to przyjaźń.

A wtedy ni z tego ni z owego, na następnym spotkaniu ta Ania czy Zuzia przynosi ci swój złoty zegarek, który jest dla niej tak ważny. Jest zapakowany w pudełko z kokardką, a ona podaje ci go i mówi, że chciała dać go właśnie takiej osobie jak ty.

Czujesz się wyróżniona, ale też zakłopotana. Niezręczność unoszącą się w powietrzu można ciąć nożem jak galaretkę.
Zastanawiasz się o co właściwie tutaj chodzi.
Myślisz, że to za wcześnie.
Nie widzisz powodu, który sprawia, że ona, chce dać ci taki prezent. Przecież znacie się tak krótko!
A przede wszystkim dociera do ciebie, że być może nigdy nie zechcesz lub nie będziesz w stanie dać jej czegoś takiego, więc mówisz to, co mówią mężczyźni: „Jesteś dla mnie za dobra i zasługujesz na więcej, niż jestem w stanie ci dać”.

Z szansy na piękną przyjaźń zostają tylko gruzy.

Wzajemność

Nie wiem czy jesteś w stanie wczuć się w opisaną wyżej sytuację. Ja jestem, bo sam doświadczałem tego wielokrotnie. Należę do tych osób, które wolą dawać, niż brać i kiedy coś dostaję to natychmiast czuję potrzebę odwdzięczenia się. Jeśli wierzyć nauce i Robertowi Cialdiniemu to czujemy się tak wszyscy. To zjawisko nazywa się „regułą wzajemności”, która polega na odczuwaniu wewnętrznego przymusu, żeby komuś wynagrodzić wysiłek, wydatki, uczucia.

Jak ktoś mówi ci komplement, to się uśmiechasz i mówisz coś równie miłego. Kiedy ktoś na spotkanie przynosi wino, to ty pieczesz pizzę. Kiedy ktoś dzwoni do ciebie z życzeniami, to są duże szanse, że też to zrobisz i to nawet jeśli zazwyczaj ograniczasz się do napisania „100 lat!” na czyjejś tablicy. I wszystko jest ok, dopóki dajecie sobie po równo, ale kiedy dostanie się zbyt dużo naraz, to szuka się podstępu i zaczyna uciekać – przed zobowiązaniami, oczekiwaniami, doświadczeniami, na które się nie pisało.

Efekt jest wtedy taki sam, jak w przypadku dawania nakazów i zakazów. Wtedy on czuje PRZYMUS zachowywania się tak, jak chcesz. Jeśli dajesz „prezenty” w postaci dopasowywania się do jego oczekiwań, też czuje PRZYMUS odwzajemniania się za wszystko, co dla niego robisz. I tak się składa, że nie jest to przyjemne uczucie. Dlaczego? Bo słowo „musisz” zabiera nam chęć do robienia czegokolwiek. „Musisz” to przeciwieństwo szczęścia – czy jest, cokolwiek, o czym myślisz w kategorii „muszę” i jednocześnie to kochasz? Wątpię. 

Jedna rzecz, która różni dobre związki od fatalnych

Kiedy jeszcze regularnie grałem w bilard, chodziłem do klubu, w którym rozbijając bile miało się widok na tory w kręgielni. Niemal za każdym razem widziałem na nich pary, po których zachowaniu było widać, że to pierwsza randka. To jak byli spięci było czuć na sto metrów, a ja współczułem, że ktoś tym facetom nagadał, że żeby mieć szanse na coś więcej, niż oglądanie co wieczór filmów porno, to trzeba zrobić wrażenie, być oryginalnym i porządnie się postarać.

Wiecie, trochę przeżyłem. Nie mówię, że jakoś strasznie dużo, ale wystarczająco, żeby wiedzieć, że fajne relacje są wtedy, kiedy nie musisz sobie powtarzać: „Muszę podtrzymywać kontakt, muszę unikać niezręcznej ciszy, muszę zrobić dobre wrażenie”. Nie ma tam wkupywania się w cudze łaski ani rezygnowania ze swoich planów, bo „może to będzie na całe życie”. Nie ma duszącego uczucia, że coś musi z tego wyjść, bo inaczej świat się zawali, ani cenzurowania swoich przekonań. Nie ma tam silenia się na bycie kimś, o kim mówi się używając przymiotników w najwyższych stopniach. Nie ma tych wszystkich substytutów bezdusznego, wysysającego energię słowa “musisz”.

W fajnych relacjach kupuje się kanapki, pakuje się je w papierowe torby i idzie posiedzieć na trawie. Albo idzie się na burgery i z błyskiem w oku rzuca się wyzwanie: „Założę się, że nie zjesz trzech”. Opowiada się sobie historie o tym, kiedy dowiedziało się, że święty Mikołaj nie istnieje i jak poznało się swojego najlepszego przyjaciela. Wychodzi się na miasto bez planu, żeby ostatecznie wylądować w knajpie, do której nigdy samemu by się nie poszło. Robi się te wszystkie zwyczajne, nieplanowane, małe rzeczy, dzięki którym nikt nie czuje, że cokolwiek musi.

Wynika to z tego, że dobre związki – jak wszystko, co uszczęśliwia – wymagają swobody, a nie presji oczekiwań. Dlatego nie musisz umieć liczyć całek, ale akurat tego braku presji warto się nauczyć. Tak żeby nie wsadzać sobie kija w dupę. Nie wciągać brzucha. Nie poganiać. Dopuścić do siebie ewentualność, że może z tego nic nie wyjść i nie musi to być niczyją winą. Zrozumieć, że komuś musi wystarczać to, jaką osobą jesteś normalnie, bo to taką wersje ciebie będzie widzieć najczęściej.

A przede wszystkim warto dać tym relacjom czas, żeby mogły urosnąć, dojrzeć, stać się cieplejsze i gęstsze. W końcu drzewa też nie sadzisz z myślą, że za tydzień powiesisz na nim huśtawkę zrobioną z opony, prawda?