Mam wiele ról. Jestem synem, bratem i ojcem. Jestem blogerem o nadętym ego i przedsiębiorcą, któremu zawsze mało. Od chwili urodzenia byłem też chłopcem, a później stałem się facetem. Oznacza to, że mam swoją skorupę. Kiedy mam się odsłonić to czuję się tak niezdarny, jak bokser wagi ciężkiej, który ma zrobić serwetkę na szydełku. Wiele rzeczy trzymam w sobie, gdzie rozkładam je na części pierwsze, trawię i pokonuję, ale się z nich nie zwierzam. To, co dla mnie ważne ukrywam w sobie jak diamenty. Podobnie jak większość mężczyzn, zbyt rzadko mówię o tym, dlaczego są dla mnie ważni przyjaciele, rodzice albo osoba, z którą jestem.

Jeśli chodzi o tą ostatnią, to powodów, dla których ona ze mną jest mogę się tylko domyślać. Wiem dlaczego ja jestem z nią.

Chociaż są ludzie, którzy ze zblazowaną miną twierdzą, że związki straciły na znaczeniu, to się mylą. Wejście w związek przypomina trochę wybór wspólnika biznesowego. Jeśli wybierzesz złego, wszystko staje się trudne jak zdobywanie K2 zimą. Jeśli wybierzesz dobrze, to daje ci on radość i towarzystwo. Jeśli wybierzesz najlepiej, to wszystko, co to robisz, staje się prostsze. Uzupełniacie się. Wspólnie funkcjonujecie lepiej.

I my tak funkcjonujemy. Znam dużo relacji, w których druga osoba nie jest wsparciem, tylko zaciągniętym hamulcem ręcznym, z którym trzeba stale walczyć, żeby ruszyć się do przodu. Niektórzy nazywają to miłością. Ja nazywam to balastem. Całe szczęście u nas tego balastu nie ma.

Wiele kobiet uważa, że wie lepiej. Wchodzą gładko w rolę matek, ale niestety w stosunku do swoich partnerów, a nie w stosunku do dzieci. Mówią im co należy robić. Jak żyć, czego unikać i każą im odpowiadać na pytania z cyklu: „Czy naprawdę uważasz, że to dobry pomysł?”. Nie ona. Ona zawsze wierzyła w mój pomysł na siebie. Nie kwestionowała go. Nie podważała.

Przy niej czuję się akceptowany, a to uczucie, które powinno być oczywiste, a jest towarem deficytowym. Nie dziwią jej moje nawyczki i rutyny. Nie widzi nic złego w tym, że jednego dnia mogę się zachwycać piosenką Marilyna Mansona, a drugiego słuchać symfonii Camille’a Saint-Saëns’a. Mam wrażenie, że przyjmuje mnie w całości. Bez żadnego „ale”.

Udane związki nie są idealne. Nasz też nie jest. Przed każdym większym wyjściem się kłócimy, bo według Anity powinno być wszystko bez skazy, a ja uważam, że nie ma się czym stresować. Nie potrafimy ze sobą tańczyć. Czasem przypominamy kłujące się nawzajem jeże, bo wystarczy nam błahostka, żeby się do siebie nie odzywać. Jednak zazwyczaj jesteśmy wilkami. Pamiętacie jak w Kac Vegas Alan mówił, że był jednoosobową watahą wilków? Jeśli tak, to w udanym związku ta wataha się powiększa. I my nią jesteśmy – jedną kliką ze swoimi powiedzonkami i żartami, których nie rozumie nikt inny.

Nic dziwnego, że kiedy się poznaliśmy, od razu zaczęliśmy być razem. Bez okresu próbnego i testów.

Nie wiem czy będzie tak długo. Nigdy się tego nie wie, bo bliscy ludzie zaskakująco szybko potrafią się stawać sobie obcy. Może jest tak dlatego, że bycie razem nigdy nie było łatwe, ale jest jeszcze trudniejsze staje się, kiedy czujesz się jak statek bez kotwicy, a czujemy się tak prawdopodobnie wszyscy. W naszych życia nie ma zbyt wielu stałych rzeczy. Są przedmioty na gwarancji, samochody na trzy lata, tymczasowe mieszkania i ludzie, których zawsze można wymienić. Możesz nie umieć wymienić uszczelki pod zlewem, ale ludzi potrafimy zmieniać jak ekipy F1 zmieniają koła na pit stopie. Oczekujemy też od siebie coraz więcej, a przysięga „i nie opuszczę cię aż do śmierci”, jest dużo poważniejsza. W końcu przy średniej życia sięgającej 50 lat, znaczyło to mniej, niż w momencie, kiedy 80. urodziny nie są niczym niezwykłym.

Czytając to, można pomyśleć, że skoro tak, to nie warto się starać. Ja jednak wolę myśleć, że warto zrobić co się da, żeby było w porządku, nie dbając o to, czy przyniesie to założony efekt. Robię to w każdych okolicznościach, bo lepszego podejścia nie wymyśliłem. Póki co, to działa.

Dzisiaj mamy rocznicę. Patrzę sobie na nasze ślubne zdjęcie. Tych kilka lat minęło jak rok. Jesteśmy trochę starsi, ale ta tkliwość chyba wciąż w nas została. Wciąż rozczula mnie jej paplanie, tupanie stopami, dbałość o szczegóły, głód życia, to jak się przy niej zasypia i jak się przy niej budzi. Cieszy mnie, że jej się chce.

Dzieci w drugim pokoju bawią się i krzyczą. Zaraz zjemy coś włoskiego. Jest fajnie.

Wypijcie dziś za nas drinka. Ja napiję się za waszą watahę wilków.

Podobał ci się ten tekst?

Dołącz do obserwujących bloga na facebooku lub instagramie, żeby zawsze być na bieżąco.