Zdarzyła się niesamowita rzecz. Poznałem parę. On Maciek, a ona Iza. I nie – nie chodzi mi o trójkąt. To było lepsze.

Co prawda jeśli wierzyć opowieściom osób porwanych przez kosmitów, dalej nie umywa się to do odkrycia za pomocą sondy analnej istnienia innej strony miłości, ale i tak dawno nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia. Przywróciło mi to wiarę w ludzi i chociaż byłem tylko biernym uczestnikiem, to co się ucieszyłem, to już mi tego nikt nie zabierze. Nawet dresy.

Godzina 17.41. Dostaję krótkie zaproszenie:
– Wbijaj na piwo. Będą też dupy.
W niedzielne popołudnia nie odmawia się takim propozycjom, więc ogarnąłem się i wyszedłem. Po przyjściu zobaczyłem kilku gości, trzy dziewczyny (dwie brzydkie), a sekundę później zrobiło mi się smutno, bo odkryłem, że ta trzecia przyszła ze swoim chłopakiem. Nie to żebym miał wobec niej jakieś plany, bo aż tak fajna nie była, ale nie lubię bywać publicznie z parkami. Zawsze mnie to dołuje, bo kończy się to z ich strony pokazem tego jak bardzo są ze sobą (nie)szczęśliwi, długimi zerknięciami na swoją konkurencję, pocałunkami na pokaz i odgrywaniem scenek rodem z „Klanu”. Bo widzicie, ludzie którzy są w długich związkach to są trochę upośledzeni. Oczywiście nie sami z siebie, ale przeciętny związek kończy się ucięciem kontaktów z innymi ludźmi, a jednocześnie pożądaniem ich tak jak wszystkich rzeczy, których mieć się nie może. Nie dzieje się tak w 100% przypadków, ale dotyczy tak dużej ich części, że mój dobry kolega zawsze powtarza:
– Jak będę tak się zachowywał, to proszę cię – przypierdol mi.
Cały czas zacieram ręce.

W tej sytuacji miałem tylko jedno wyjście – napić się. Poszedłem po Lecha. Wróciłem. Wypiłem go niemal na milcząco rzucając tylko kilka żartów. Znów poszedłem po Lecha i wróciłem, a wtedy zdarzyło się TO! Jeden typ powiedział coś uszczypliwie obraźliwego dla tego chłopca w związku, a jego dziewczyna natychmiast się oburzyła, stanęła w jego obronie i wrzasnęła na  tego drugiego tak głośno, że od razu zrobiło się cicho. Osobiście mnie też to wryło w ziemię. „Swoi ludzie” – pomyślałem, zacząłem klaskać z uznaniem i po raz pierwszy w życiu dosiadłem się do tej parki żeby sobie z nimi porozmawiać.

Byli niesamowici, a szczególnie ona. Bo wiecie, współczesne kobiety (faceci też, ale w ten sposób łatwiej mi się pisze) są nauczone, żeby dla swojego chłopaka płakać, tęsknić, starać się, gotować, dawać dupy, a właściwie to wszystkich otworów jakie mają do dyspozycji, kochać, wzdychać, mówić o uczuciach i wspierać, ale tylko kiedy są sami. W chuj rzadko zdarza się, żeby ktokolwiek robił to samo również publicznie. Zwykle takie uczucia upycha się tak jak stertę ubrań w szafie podczas prowizorycznego sprzątania, zwyczajnie wypina się na drugą osobę, a później wraca się z nią do domu i jak gdyby nigdy nic żre się płatki śniadaniowe czy inną Nutellę jak w zasranej reklamie.

Nie wiem co się stało po drodze, ale bronienie ukochanej (a chociaż szanowanej czy lubianej osoby) kiedyś było standardem, a teraz spotyka się je rzadziej niż pełne zaćmienie słońca. Może tak jest lepiej, bo co ja tam wiem o związkach, ale wydaje mi się, że jeśli nie potrafi się i nie chce bronić bliskich osób (a tym samym swoich decyzji, które zadecydowały o tym, że te osoby stały się bliskie), to dla mnie to jest zjebane. Tak bardzo, że czasem zastanawiam się czy tylko ja w takiej sytuacji przypierdoliłbym osobie atakującej w jakikolwiek sposób moich najbliższych. Sam nie wiem.

Z odpowiedziami prosimy dzwonić pod numer 700 123 456.
Cena za minutę połączenia 37 zł + VAT.