Końskie łajno

Końskie łajno

- Widzisz co on robi? Po co tak wyjechał?!
– A to przypadkiem nie jest twój?
– Mam nadzieję, że nie…

Myliłem się. Są dni kiedy nic mi nie wychodzi, a to najwidoczniej był jeden z nich.


JEDNA GRUBA, A DRUGA TEŻ BRZYDKA


Wakacje się skończyły, a ja w ogóle nie podróżowałem. Pewnie dlatego chciałem wybrać się do Lwowa, ale zamiast tego trafiłem do Wrocławia. W planach miałem tylko spotkać się ze znajomymi, nie dać się wykończyć przez brutalnego kaca oraz przeżyć sromotną porażkę na torze wyścigów konnych.

W pociąg wsiadłem tuż po szkoleniu, po którym stałem się bogatszy o znajomość geografii. Podział polityczny Afryki, który poznałem nie pozostawiał złudzeń, że dziewięć lat edukacji zwyczajnie ssało pałę, bo jeśli wierzyć szkoleniowcowi Madagaskar, to w rzeczywistości Dżerba, a Tunezja, to Egipt, chociaż tutaj chwilę się wahał. Szybko jednak odzyskał wiarę w siebie i wskazując na Tunis oznajmił, że tam jest Szam-ten-Szejk – wymawiając to dokładnie w ten sposób. Teraz nie wiem czy wierzyć swojej wiedzy wyniesionej ze szkoły czy też szkoleniowcowi, ale na wszelki wypadek chciałem powiedzieć jedno swojemu nauczycielowi:
- Panie Budzyński! Gówno pan się znasz na geografii!

Po przyspieszonym kursie geografii, wsiadłem w pociąg do Wrocławia. Dosiadła się do mnie grubaska. Łakomie przeszywała wzrokiem moje wychudzone ciało. Może była sympatyczna, ale prawdę mówiąc miałem to w dupie. Odwróciłem się. Patrzę – blondynka z krzaczastymi brwiami, grubym porozciąganym swetrze i równie grubych okularach na nosie. Też brzydka. Cały czas się do mnie uśmiechała. Najpierw po to żebym otworzył jej okno. Później z wdzięczności, że to zrobiłem. Obie całkowicie jednoznacznie zachęcały mnie do kontaktu.

Mogłem zrobić tylko dwie rzeczy – udawać, że nie żyję albo pójść spać. Wybrałem to drugie.


IMPREZA NR. 1


Piotrek wypił kolejnego drinka i był coraz szczęśliwszy. Dziewczyny z bloku naprzeciwko pokazywały sobie nas wszystkich palcami i machały. Wyglądało to przyjaźnie, ale równie dobrze mógł to być odpowiednik słowa „Spierdalaj” wypowiedzianego z uśmiechem i poklepaniem po ramieniu. Zamiast się z tego cieszyć już lepiej było pić. Sąsiadka, która siedziała z nami, nie miała nic przeciwko, ale wolała żebyśmy robili to na koncercie metalowym. Lubię gitary, ale mimo wszystko jestem równie metalowy co masło albo pomidor. Właściwie to wszyscy tacy byliśmy, ale ja przynajmniej miałem czarny „szirt” (tak to się mówi wśród metali), podczas gdy reszta nie miała nic czarnego. Kłamali, że przebiorą się w coś odpowiedniego. Nabrała się.

Przebraliśmy się, ale nie w taki sposób na jaki liczyła. Na przykład ja zdjąłem swój „metalowy szirt” i założyłem niebieską koszulę usuwając jakiekolwiek skojarzenia z brudasami. Spodziewałem się od sąsiadki okrzyku pogardy, a usłyszałem:
- Świetnie wyglądasz!
Polubiłem ją, ale niestety mieliśmy inne plany. Tymczasem biedna dziewczynka naprawdę sądziła, że z nią pójdziemy. Szła ze mną i z Niqu, a my zadawaliśmy sobie jedno pytanie:
- Ej, a ona wie, że my idziemy gdzieś zupełnie indziej?
Łudziła się do samego końca.

W „Eterze” poznaliśmy Białorusinki. Plusem było to, że były śliczne, a minusem, że ciężko było się porozumieć np. nie znały słowa „murzyn”, więc było trzeba zapytać:
- A na Białorusi macie czarnych ludzi?
Okazało się, że nie mają ani czarnych ludzi, ani takich klubów jak „Eter”. Pytanie o murzynów było o tyle uzasadnione, że obie były zachwycone tymi, którzy byli na imprezie. Nawet robiły sobie z nimi zdjęcia.

Nie wytrzymaliśmy konkurencji.


„ORIGAMI, A NIE OREGANO!”


Na każdej imprezie powinna znaleźć się co najmniej jedna osoba nie łapiąca dowcipów. Byłbym skłonny nawet wypożyczać takie osoby za gruby hajs, bo daje to bardzo dużo radości. Przemek, to bardzo miły i inteligentny gość, ale chyba przez to niewystarczająco przyzwyczajony do poczucia humoru Piotrka (mogę się mylić), który z kolei ma świetne żarty na każdą okazję. Robisz kupę? Ma na to kilka dowcipów. Jesz schabowego? Tak samo. Przewracasz się? Jak wyżej. Układasz z menu domki? To powie:
- Ooo… Widzę, że znacie się na oregano – to taka chińska sztuka układania kwiatów.
- Origami! – oburzył się Przemek – Oregano to taka przyprawa.
Jak skończyliśmy się śmiać, mieliśmy dla Piotrka tylko jeden komentarz:
- I widzisz jak cię zgasił?


GWÓŹDŹ PROGRAMU


Gorący dzień, słońce w zenicie, murawa, zapach końskiego gówna oraz tłum wygrywających i dostających w dupę. Na torze wyścigów konnych byłem po raz pierwszy. Przyszliśmy akurat na finisz pierwszej gonitwy. Drugą obejrzeliśmy całą. Trzecią już postanowiliśmy obstawiać, chociaż nie znamy się na tym ani trochę. Spojrzeliśmy w program napisany w nieznanym nam narzeczu i wybraliśmy konie. Ich nazwy, to było jedyne co zrozumieliśmy. Zeszliśmy z trybun i zaczęły się kłopoty…
- Chcę obstawić piątkę – powiedziałem. Ten koń nazywał się Double Perfecta i sądziłem, że zwierzę noszące tak nadętą nazwę da mi pewne zwycięstwo.
- Jest wycofany.
- Jak to? – zdziwiłem się.
- Po prostu.
Niqu zaczął się śmiać:
- Michał – gdybyś był uczciwy, to powinieneś oddać pani te pieniądze i odejść.
Nie byłem uczciwy i zamiast tego obstawiłem czwórkę, nie znając nawet nazwy konia. Niqu pozostał przy swoim typie.

Była to gonitwa na 2 800 metrów, a do tego konie skakały przez płoty. Moja czwóreczka dawała dupy. Co innego koń obstawiony przez Niqu. Dobiegł jako pierwszy i cieszyliśmy się z tego jak gówniarze. Zeszliśmy na dół.
- Nie uwierzy pani, ale wygrałem – pochwalił się Niqu.
Pomyślałem, że się odegram szczególnie, że przed nami stał gość, który przed chwilą zgarnął sześć stów, a w poprzednim tygodniu półtora kafla. Podsłuchiwałem na co stawiał. Obstawiliśmy ponownie.

Piliśmy piwo w oczekiwaniu na kolejną gonitwę. W końcu wyjechały. O ile poprzednia gonitwa płotowa była dla nas małym zaskoczeniem, to teraz byliśmy w szoku.
- Yyy… Co to kurwa jest?!
Program mówił o gonitwie kłusaków francuskich na dystans 2 400 metrów. Brzmiało to całkiem przyjaźnie, ale dżokeje nie dosiadali koni tylko takich nietypowych rydwanów, na których jechali w wyjątkowo niewygodnej pozycji. Mimo wszystko typowany przeze mnie koń prezentował się wyjątkowo dobrze. Kiedy wszystkie ruszyły też nie było źle. Jechał tuż za prowadzącym (obstawianym przez Niqu), a obok jechał jeszcze tylko jeden, więc mój był w samej czołówce z dużymi szansami na zwycięstwo. Z taką myślą pożegnałem się może w okolicach 400 metra, kiedy zjechał ostro w lewo pod samą bandę i już do samego końca jechał ostatni – daleko za wygranym, którym znów był koń Niqu. Niqu cały w skowronkach zszedł na dół i oznajmił:
- Nie uwierzy pani, ale znów wygrałem.
On wygrał, a ja wtopiłem. Bardziej już się nie dało. Nie dość, że dojechał ostatni, to jeszcze dzisiaj przeczytałem, że zdyskwalifikowano go za przejście do galopu. Czy można ponieść większą porażkę?

Gonitwa klaczy i ogierów półkrwi – 2 600 metrów. Jak można przypuszczać przegrałem ponownie, mimo że Arawak miał świetnych kibiców. Całe stadko dziewcząt bardzo gorąco mu kibicowało ogłuszając pół trybuny. Wydaje mi się, że konia Niqu tak nie traktowano. Zresztą on nawet nie wiedział na co postawił.
- Chyba Nirwana…
Jego koń nazywał się Nemezis i uwaga – nie wygrał. Dobiegł drugi, a mój trzeci chociaż bardzo się starał, a nie tak jak ten w poprzedniej gonitwie.

To nie był mój dzień, ale nawet nie spodziewałem się, że nim będzie, a mimo to klimat wyścigów i całego wyjazdu nie pozostawiał złudzeń, że to był dobrze spędzony czas.

Dodaj komentarz

6 komentarzy do "Końskie łajno"

Powiadom o
avatar
100000
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Silver
Gość

Michał, ale mi się ten wpis podoba!

Po moim powrocie do Polski pójdziemy na wyścigi konne z Jimem :D A Niqu pewnie się Bukowskiego tuż przed wyjściem naczytał i dlatego mu tak dobrze szło.

dsa
Gość

Volant dla mnie to ty pisarz jestes dobry a nie uwodziciel . i Chyba zawsze tak pozostanie :)
Dobrze sie ciebie czyta
pzdr

wpDiscuz